#29 Wywód Recenzyjny


Ciężar gatunkowy nie zawsze jest taki sam.
Znam dramaty, które były zwykłymi obyczajówkami albo horrory, które były komediami (he, he, he) lub przygodówkami. Znam też thrillery i przygodówki, które były prawdziwymi dramatami.
Znam też "Dogmana", który był dramatem w pełnym tego słowa znaczeniu. A ciężar gatunkowy tego filmu można mierzyć w kilogramach.

Dlaczego?
Oglądałem "Dogmana" stosunkowo niedawno, ale muszę przyznać, że jego to był jeden z trudniejszych seansów, na jakich miałem okazję być.
Przede wszystkim zdjęcia kupiły moje serce. Tradycyjnie - paskudna sceneria, która potrafiła zdołować już od pierwszych scen.
Ja jednak "osiedle" tytułowego Dogmana mocno utożsamiałem ze swoim własnym. Patologii aż takiej nie było, a jeśli była to nie zwracałem na nią uwagi za dzieciaka, bo wszystko to, co się tam działo, było dla mnie normą.
W kontekście "Dogmana" o normach, cierpliwości czy przyjaźni można mówić i mówić, ale ja chciałbym się skupić na przewrotności i perspektywie.
Zdarzyło mi się oglądać kilka filmów o zaskakujących zwrotach akcji, ale ten, który miał miejsce tutaj, był jednym z tych sytuacji, w których czułem się bardziej zmieszany niż zszokowany.
Może dlatego, że trochę jestem psem, a trochę treserem - może dlatego, że każdy z nas nimi jest i rzadko zdajemy sobie sprawę ze swojej dwoistej natury.
Muszę przyznać, że idąc na "Dogmana" nie spodziewałem się, aż tak ciężkiego kina... Będę to podkreślać na każdym kroku, bo najcięższe filmy niosą często najgorszą prawdę...
Chłopak, który wybrał się ze mną na ten film - pozdrawiam, tygrysku - był zdołowany po wyjściu z sali kinowej i się mu absolutnie nie dziwię. Kiepskim pomysłem jest skok ze spadochronem z samolotu na środek Pacyfiku, jeśli nigdy wcześniej nie dawało się nura nawet na krytym basenie. Skala może jest mocno nieperspektywiczna, ale no nawet tak niesamowicie ekscytujące przeżycie musiałoby być u laika w jakimś stopniu traumatyczne.
Trauma "Dogmana" to coś, co mogło się zdarzyć, tak samo jak trauma Monstera, albo Naszej Klasy.
Wychodzisz z kina i jest ci przykro, bo zobaczyłeś coś... Co trudno opisać słowami, ale leży ci później na sercu. Czasem robią tak nieidealne dramaty, a czasem filmy, których celem jest rozbudzić refleksję o tym, co dotychczas było przemilczane.

Lekki zarys fabuły
Główny bohaterem jest mały, cherlawy, chudziutki, przygarbiony, trzęsący się Marcello. Ludzie raczej go lubią, bo gość nie szuka zwady, ma uległą i grzeczną naturę. Trochę tchórzliwą, trochą poczciwą, ale spokojną.
Ma ukochaną córkę, którą zajmuje się, gdy nie jest ona pod opieką matki. Oprócz niej jednej posiada salon fryzjerski dla psów - interes swojego życia.
Jest to typowy skromny przedsiębiorca z taką budą, w której ciężko haruje, ale kocha to, co robi i nawet jakoś się z tego utrzymuje.
Jedynym jego problemem jest to, że jego bezkonfliktowa natura sprawia, że nie jest w stanie sprzeciwić się jednemu zbirowi, który właśnie wyszedł z pudła i traktuje Marcella, jak swojego przyjaciela od ćpania itd...
Brak mu haryzmy? Brak mu asertywności?
Ale ja do tego filmu nie podejdę z tej strony - przyjrzę mu się od strony "Dogmana", którym nasz Marcello jest.

Kochają go nie tylko psy, ale i ludzie. Jest on w stanie... Był w stanie oswoić sobie każdego. Wiedział jak sobie poradzić, jak bezkonfliktowo i bez zwracania na siebie uwagi dostawać od ludzi, to czego było mu potrzeba - spokój, delikatny szacunek i przestrzeń dla siebie w brudnym świecie pełnym ciemnych typów. W trakcie filmu widać niejednokrotnie jak nasz Marcello przy pomocy swojego usposobienia zwraca się do ludzi, jak do psów, które stara się uspokoić, albo skarcić.
Jedynym wyjątkiem był Simoncino, który kompletnie go nie słuchał i miał sobie za nic słowa zarówno jego, jak i wszystkich innych. Chociaż facet miał przebłyski emocji, to jego serce było tak pogubione, że ciężko było go sobie oswoić... Był zdziczały i od lat - jak się potem okazuje - nasz Dogman chciał tego wilka oswoić. Przebywanie z nim było dla Marcella gwarantem bezpieczeństwa. Uzupełniali się swoją "przyjaźnią", ale jak przychodziło co do czego, to Simoncino pokazywał swoje wilcze oblicze i kompletnie wymykał się ze smyczy swojego pana. A pan bał się, że Simoncino go ugryzie, tak jak był skory do atakowania wszystkich innych (prócz matki).

I chociaż ten film można widzieć jako użeranie się biednego fryzjera psów z ulicznym zbójem, to ja o wiele bardziej kupuję taką narrację "Dogmana". W którym to wcale nie oprawca jest jedynym oprawcą.
Każdy z nas tresuje innych i jednocześnie sam jest tresowany - sami nie wiemy, kiedy nasze przyzwyczajenia wychodzą ukradkiem z naszych słów i uczynków.
W końcu "Dogman" musi pokazać swoją wyższość nad psem i potraktować go jak... psa.
Nie powiem, jak kończy się ta historia i kto kogo oswaja - ale radzę sobie to obejrzeć. Ostatnie kilkanaście minut nasz zwycięzca przedstawia całemu światu swój sukces, to jak jego przeciwnik mu uległ i zastanawia się nad ceną, jaką poniósł, będąc oswajanym i próbując oswoić to, co nieoswajalne.
Od razu zaznaczam, że nie doszło do tragedii - doszło do oswojenia.

Ten film świetnie pokazuje granice ludzkiej cierpliwości i to, jak przyparty do muru pies potrafi dziabnąć.
Każdy z nas może w tym filmie zobaczyć siebie. Jako osobę, która ma się za lepszą, bo jest silniejsza, mądrzejsza, czy coś w tym rodzaju; ale i jako osobę będącą pod uciskiem, kogoś innego, kto w jakiś sposób jest w stanie nas zniewalać.
Im większy pies na smyczy, tym większy szacunek na dzielni,
Jednak im większy pies od ciebie, tym większą ma szansę samemu stać się Dogmanem swojego pana... Paradoksalne, ale znam ludzi, nad którymi władzę dzierżą ich własne psy... Jakkolwiek rasistowsko to nie brzmi.
Ilu bezmózgich mięśniaków ma się za lepszych, bo ma większy biceps?
Ilu ważniaków ma się za lepszych, bo zarabia więcej niż średnia krajowa?
Ile jest rodziców, którzy boją się własnych dzieci?
Ile razy spotyka się w sklepach klientów, którzy traktują sprzedawców, jak swoich niewolników?
Ilu z nas traktuje innych, jak śmieci?
Patrzysz z pogardą na niepełnosprawnych umysłowo?
Patrzysz z pogardą na inną narodowość?
Każdy miał w życiu chociaż jednego psa i pana.

Przyznam, że trochę spodziewałem się takiego obrotu spraw, ale nie wiedziałem, że okarze się on tak bliski mojemu poczuciu sprawiedliwości i do tego stopnia satysfakcjonujący. Może właśnie dlatego, że współczułem w tamtej chwili zarówno psu, jak i Dogmanowi.

Niejednokrotnie zdarza się tak, że najlepszym antagonistą jest ten, którego motywy są dla nas zrozumiałe. Taki człowiek jest nam bliższy i choć boimy się to przyznać, to czasem chętnie przyłączylibyśmy się do niego.
Okradlibyśmy jakiegoś bogatego buca i pomogli ubogim, których znamy.
Pozbawili władzy kogoś, komu się ona nie należy.
Chcielibyśmy, by nasz wróg ukorzył się. Błagał o litość, cierpiał, był nieszczęśliwy albo... zwyczajnie przeprosił.
Znacie Nietzschego? Pamiętacie Raskolnikova ze "Zbrodni i Kary"?
Niech więc rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie chciał wymierzyć sprawiedliwości wbrew prawu.
Chciałeś poczuć się Dogmanem wśród psów- nie bójmy się powiedzieć tego na głos.
Granica między posiadaniem władzy a jej głodem i nadużyciem jej jest cienka.

Każdy z nas (albo większość) pracuje gdzieś. Spora część nienawidzi tej pracy z różnych powodów - kiepski przełożony, wredni klienci, słabe pieniądze, wypalenie zawodowe, zmęczenie, choroba...
Dużo osób teraz jest wege-srege.
Wyobraź sobie, że z powodu kryzysu, albo ucisku władzy byłbyś zmuszony pracować w rzeźni, będąc wege-srege. Co wtedy?
Pracujesz rok, dwa lata, pięć lat... Co wtedy?
Nie uwierzę, że nie zdarzyłoby ci się potraktować zwierzaka jak przedmiotu; z nienawiścią wyżywając się za krzywdy i za niesprawiedliwość. To nic złego przyznać się do tego samemu sobie.
To natura Dogmana, którą każdy z nas w sobie ma.
"Tyle o sobie wiemy ile nas sprawdzono" - pisała Wisława Szymborska (nie mylić z Danutą Szaflarską).

W czasach rzeczywistości obozowej w ucisku nazistowskiej władzy okresu drugiej wojny światowej wielu ludzi poznało to hasło lepiej, niż by tego chciało.
Kiedy ofiary zamieniały się z oprawcami i obdzierały ze skóry swoich Dogmanów.
Na szczęście koniec II wojny światowej oznaczał koniec cierpienia i dzielenia na Dogmanów i psów... Prawda?
Oto cytat pochodzący z opracowanym na podstawie książki "Do piekła i spowrotem" artykułu - "W najdokładniej przeprowadzonych badaniach szacuje się, że w konsekwencji brutalnych wysiedleń zginęło przynajmniej 500 000 Niemców. Los 1,5 mln jest nieznany."
W okresie wojny zginęło od 3,7 mln do 4,5 mln niemieckich żołnierzy.Przez kolejne 5 lat - w "pokojowym" okresie 1945-1950 - zginęło około 50% z tej liczby w wyniku wysiedleń z podbitych terenów.
Historycy są tu podzieleni, ale wikipedia podaje, że było ich 600 tys. do nawet 2,1 mln.
Polecam obejrzeć na ten temat jakikolwiek historyczny dokument, który opowiada o pogromach niemieckich cywili.
Odliczając azjatyckich i rosyjskich poległych, w wyniku zbrodni przeciwko ludzkości i działalności militarnej zginęło blisko 9 mln obywateli Europy. Wychodzi na to, że w okresie powojennym zginęło jeszcze 20% tych ludzi, na których mściły się ofiary.
O tym się nie mówi. Bo alianci to ci dobrzy. Bo ci dobrzy to nigdy nie są Dogmani, i nie powinni być za nich uznawani.

Tak samo warto zwrócić powtórnie uwagę na statystyki policyjne, które przytoczyłem w "Naszej Klasie". Mało kto zdaje sobie sprawę ze skali dręczenia psychicznego mężczyzn i chłopców. A to tylko notowania... Prawdziwe liczby mogą być nawet o kilkadziesiąt procent większe.

Masz się za dobrego człowieka? Jeszcze zmienisz o sobie zdanie.

Film o tresowaniu się zdobył dwie Złote Palmy w Cannes - nagrodę specjalną i dla najlepszego aktora (Marcello Fonte, czyli nasz Marcello) i masę jakichś innych m.in z Europejskiej Akademii Filmowej

Obejrzyj go sobie na trzeźwo.

A następnym filmem, o którym opowiem będzie "ThanksKilling" z 2009 r. - jest to film tak zły, że aż nie jest dobry tylko wciąż zły. To źle zły film. Słabo dobrze zły, tylko dobrze kiepsko beznadziejny.
Polecam zmarnować sobie trochę życia na obejrzenie tego czegoś przed przeczytaniem mojego wywodu.



Wszystkie recenzje można znaleźć TUTAJ


Komentarze