#15 Wywód Recenzyjny


Mam nadzieje, że pamiętasz „Wiklinowy Koszyk 3” i „Oczy Zła”, bo będę się do nich trochę odnosić. W przypadku tego drugiego poruszałem dwie istotne kwestie, a mianowicie, że tytuł był bezsensownie przetłumaczony na polski oraz że mimo wszystko pojawią się w naszym zastawieniu gorsze pozycje z gatunku „horror”. Gorszy jest np. „Wiklinowy Koszyk 3”, ale akurat jest on na tyle specyficzny, że nie powinno się go rozpatrywać w tej samej skali, co resztę filmów- on w logice i popierdoleniu fabuły gdzieś uciekł poza skalę. „Oczy Zła” przekroczyły skalę śmiertelności głównego zwyrodnialca. Dziś (hipotetycznie) opowiem (a przynajmniej spróbuję) o filmie, który zbeształ chyba wszelkie możliwe skale i wylądował na oceanicznym dnie, przekopując się gdzieś parę metrów pod muł. Witajcie na "Wyspie Ostatnich Zombie".

Dlaczego?
Domyślam się, że widziałeś wiele głupich, złych lub przegiętych fabularnie horrorów. Wspominasz wtedy z uśmiechem na twarzy dziewczynkę wychodzącą z telewizora, „to” albo inne tamto, syczącą niczym wonsz żeczny „kobietę w czerni”, nawiedzone krzesła itd. Gwarantuje jednak, że takiej szmiry to jeszcze nie widziałeś.
Przepraszam, że w tych recenzjach omawiam same horrory, ale to, że ktoś uznał je za straszne, to dla mnie idealna szansa, żeby napisać tu coś o filmowych paradoksach.
Wśród pozostałych horrorowych pomyłek znajdą się produkty spleśniałe, kiepskie i tanie, a każda z nich na swój sposób będzie się wyróżniać.
„Wyspa Ostatnich Zombie” trafia w moim prywatnym rankingu na miejsce pierwsze beznadziejnych horrorów i chociaż ma paru konkurentów do tego tytułu, to póki co właśnie ona dzierży złoty puchar wypełniony po brzegi gorącym, płynnym kałem. Apetycznie.
Odkryłem ją, kiedy miałem fazę na produkcje o zombie i wyszukiwałem sobie na Filmwebie filmy właśnie z frazą „zombie” w tytule. Znalazłem wiele ciekawie brzmiących, jednak niedostępnych w internecie produkcji. Jak łatwo się domyślić tytuł „Zombi Holocaust” wydał mi się nader interesujący. Udało mi się nawet znaleźć go po polsku, przetłumaczego na „Wyspę Ostatnich Zombie” właśnie. „Intrygująca praca lingwistów”- ktoś mógłby ironicznie pomyśleć. Ja muszę jednak przyznać, że ani jeden ani drugi tytuł absolutnie nie odzwierciedla akcji filmu.
„Holocaust” oznacza „ofiarę całopalną”. Szczerze powiem, że ona tu nie występuje w żadnej postaci. A kontekst drugiej wojny światowej? Nie, nic z tych rzeczy. Zero obozów koncentracyjnych, czy pracy. Zero eksterminacji. Zero Holocaustu. Więc czemu „Holocaust”? Cholera jedna wie.
„Wyspa” występuje. Brawo. Punkt dla polskich tłumaczy z roku 1980… lub 1982 jak podaje Rotten Tomatoes… aaaalbo 1979 jak podaje horror.com.pl.
„Ostatnich Zombie” to jednak już niedopatrzenie. Nie było zombie, przed tymi, które pojawiły się w filmie, więc to były zarówno pierwsze zombie, jak i ostatnie… Więc równie dobrze film mógłby nazywać się „Wyspa Pierwotnych Zombie” albo „Wyspa Pierwszych i Ostatnich Zombie” lub po prostu „Wyspa Jedynych Zombie”. Nie wiem, czemu ktoś użył tu „ostatnich”. To trochę spoiler, ale i „cholera wie” jednocześnie.
Film jednak jest owiany ciekawostkami i tajemnicami w przestworzach internetu. Podsumować to można tak, że to prawdziwa "Wyspa Tajemnic". Hehe, ale nie. Ciężko stwierdzić, co się właściwie ogląda, bo tak jak różne źródła podają inne daty produkcji, to wikipedia twierdzi, że premiera miała miejsce w 1980 we Włoszech, ALE dwa lata później w USA powstał mocno zmieniony re-edit o nazwie „Doctor Butcher M.D.”, AAAAALE ogólnie to miał on jeszcze inne tytuły: „Island of the Last Zombie” (stąd pewnie polski tytuł) oraz „Queen of the Cannibals and Zombie 3” (i tutaj ktoś mocno popłynął z nazewnictwie).
Film został udostępniony na DVD po ponad 20 latach od swojej premiery- w 2002 (wg Wikipedii, a wg Rotten Tomatoes w 2004, Filmweb zaś ma to w dupie). A teraz uwaga - będzie beka jak rakieta – w 2011 został wydany nawet na Blu-Ray!!!!!! W 2016 można było dostać wydanie deluxe w nakładzie 5tys.- zawierał on pierwotny film i jego re-edit, o którym już wspominałem.
Uznany został za film dla fanów „gore” czyli taki, gdzie flaki latają w powietrzu, jest krew itp., a ogólnie jako totalne gówno dla zdegenerowanych idiotów. Czy coś w tym stylu…

Lekki zarys fabularny:
Tak jak mówiłem- ten film to złoto wśród badziewia. Nie ma nawet szczególnie jakichś zdjęć w necie żebym przypomniał sobie, jak się zaczął. Ciężko znaleźć wiarygodne dane na jego temat, a nie obejrzę go drugi raz tylko po to, żeby napisać tu coś konkretniejszego. Pozwolę sobie popłynąć z prądem ścieków.
Początek był kurewsko nudny. Tępa, pracująca w szpitalu dzida, Lori - której cycki, kiedy tylko mają okazję, pojawiają się tu i tam na ekranie – jest świadkiem, jak ktoś kradnie narządy i części ciała z kostnicy i zostawia na nich dziwne znaki. Wszyscy ci nieżyjący (jakimś cudem znajdujący się akurat w tym jednym i tym samym szpitalu) pochodzą z tej samej wyspy – Molukk.
Paru ludzi wybiera się tam razem z Lori, by ogarnąć temat. Wśród nich przystojniak- George, jakaś dziennikarka- Susan (która też jest głupia i chyba szybko ginie) i jeszcze jakiś ziomuś, ale tego to już kompletnie nie kojarzę.
Gadają z miejscowym lekarzem i wciąż jest nudno. Potem płyną na wyspę obok i tam trafiają na pułapki, atakujących ich miejscowych kanibali, paskudne, zmutowane karykatury ludzi i inne sympatyczne niespodzianki. Ciekawostka jest taka, że oni nie potrafią chyba biegać- otóż pomimo wszystkiego, co ich spotyka nie są w stanie skutecznie spierdalać gdzie pieprz rośnie. Oni posuwają się na przód będąc w tarapatach. Rozumiesz, ten zabieg? Posuwania się? Sunięcia po ziemi, jakby się wyjątkowo nie chciało, albo nie byłoby się pewnym tego, co się robi? To dobrze. Do perfekcji też opanowali patrzenie się jak debile i dawanie się atakować wszystkim dookoła. Bohaterowie mają zatem ewidentnie niesprawne nogi, a w filmie nie jest to powiedziane na głos. To ważne, żeby zrozumieć, że ruchy bohaterów są beznadziejne, powolne i iście kretyńskie. Istotne jak jasna cholera, bo to ten etap, kiedy gumowe elementy ciał latają niczym motylki, a krew radośnie tryska jak z gejzerów.
Nie będę spoilerować, skąd się te potwory wzięły, ale podpowiem, że one są podobno tymi „zombie”.
Operatorka kamerą to dramat- wszędzie jednakowe światło, brak jakiejkolwiek logicznej kolorystyki, a zdjęcia to dno. Gra aktorska Lori i George’a (czyli typowego filmowego przystojniaczka pokroju Indiana Jonesa) to wciąż dwie, te same twarze i tępe spojrzenia, które emanują nieprzeniknioną, kosmiczna pustką. Dialogi są o niczym i nie świadczą o niczym więcej niż o niczym. Fabułę ktoś sklejał taśmą klejącą i jakkolwiek się nawet trzymała (tak, to strzępek komplementu)… Charakteryzacja naszych paskud dorównuje kunsztem i wyszukaniem brwiom blachar z warszawkiej Pragi, jednak zamiast ich wszechobecnego plastiku pojawia się przewaga silikonu oraz szczególnie mocny akcent gumowego wszystkiego, co tylko możliwe. Nic nie przebije jednak dźwięku, który brzmi jak u Hansa Klossa. Tak trzeszczy, jakby wszczepili im mikrofony w krtań. Wszystko, co może szeleścić, szeleści, bo albo panuje cisza, albo wyeksponowany, jak się tylko da, dźwięk czegokolwiek. Więcej grzechów nie pamiętam, bo chyba więcej ich już nie ma.
Oglądając ten festiwal taniochy i gniotu musiałem specjalnie cofać sobie niektóre sceny by nagrywać najgorsze z najgorszych na telefon i udostępnić później ludziom z instagrama. Tego bowiem się nie dało opowiedzieć w słowach. Często (z tego, co zauważyłem) można w internecie natrafić na scenę, w której George rozwala łeb jednej paskudy, silnikiem z łódki. Osobiście uważam, że jest to esencja tego, co można w tym filmie zobaczyć. Jego łeb wybucha jak arbuz, a Lori wspina się na wyżyny swoich aktorskich zdolności, żeby pokazać, jak jest tym faktem zaskoczona.
Scena końcowa jest bardzo znacząca-
Pali się dom.
Bohaterowie stoją i patrzą.
Na dom patrzą.
Dom, który płonie.
Płonie ogniem.
Gdy się ten dom pali.
A oni patrzą.
I koniec.
Jedyne, co może w tym filmie przerazić to, ilość sztucznej krwi i flaków jaka poszła na jego wykonanie (imponująco dużo). Oprócz tego cały film jest strasznie źle zrobiony i ten aspekt „straszności” jest wyraźnie pokazany. Nie wiem, czy Marino Girolami (reżyser) miał na celu wystraszenie widza przerażającym wykonaniem swojego filmu, ale jeśli tak, to osiągnął swój cel w 150%.
Pisząc ten wywód, mam w głowie słowo „paszkwil” i jakoś tak nasuwa mi się bardziej niż każde inne słowo, w kontekście tego filmu. Nie wiem, czy słusznie, czy nie za mało adekwatnie. Jednak jakaś nieznana mi siła wyższa, szepcze mi do uszka: „paszkwil, paszkwil, paszkwil, paszkwil”.
> Google
> Paszkwil
> Niski poziom baterii.
> PWN
<<pismo, wypowiedź lub utwór szkalujące lub zniesławiające kogoś>>
Cholera, wygląda na to, że ten film to jednak nie może być paszkwil, bo nie szkaluje, ani nie zniesławia nikogo prócz swoich twórców całokształtem własnego bytu.
Mimo to ten film to paszkwil.
Tak stwierdza siła wyższa w mojej głowie.

Nigdy, ale przenigdy nie wolno robić takich rzeczy. Oglądałem ostatnio film „Lawalantula”, który opowiada o ataku wielkich, ziejących ogniem pająków i brzmi to chujowo, a jednak był lepszy niż to coś, mimo że przecież opowiada o zombie i kanibalach!
Tak się nie robi! Tak nie wolno!
Skwaszenie na mojej twarzy wywołane tym niemożebnym paszkwilem (niebędącym definicyjnym paszkwilem) jest nieporównywalne z żadnym innym wyrazem skwaszenia.
Zgubiłem się w swoich rozważaniach nad niczym. Pora przejść do końca.

Koniec to 1/10, tylko dlatego, że niżej się nie da.
Jeśli ktoś chce to obejrzeć, to radze w grupie naprutych jak szpadle znajomych, bo to będzie dla was 80-minutowa przejażdżka na karuzeli śmiechu. Ogólnie to filmy z kategorii gore wywołują praktycznie zawsze taką przejażdżkę… Przynajmniej dla mnie. Mam mocny żołądek. Tak, jestem spaczony- wiem.
Film nie został nagrodzony, przez nikogo prócz mnie- złotym pucharem wypełnionym płynnym kałem.

Następny film będzie z nowej kategorii- "Formy Graficzne". I zaczniemy ją od „Coco”.



Wszystkie recenzje można znaleźć TUTAJ

Komentarze