#5 Wywód Recenzyjny


Dobiliśmy już do piątej recenzji, która wychodzi spod moich drżących od psychotropów paluszków. Będę starał się, żeby ta czwarta z kolei była zawsze „na poważnie”, a piąta „dla jaj”. Tak sobie to obmyśliłem podle, zgodnie z tym wzorcem dziś omawiać będziemy jedną z moich ulubionych pomyłek filmowych czyli „Wiklinowy koszyk 3”.
To co warte jest podkreślenia na samym początku- jest to film kończący sagę o Wiklinowym Koszyku(#ważnebardzo), więc wieńczące całą tą trylogię, dzieło. Nie jestem w stanie porównać, czy jest on najlepszy z całej tej trójki filmów, ale to nie dlatego, że poziom jest wyrównany, tylko dlatego, że nie oglądałem poprzednich części. Na początku sądziłem, że może warto, ale potem doszedłem do wniosku, że to by i tak niczego nie zmieniło.

Dlaczego?
Wiele osób dziwiło się, skąd stałem się posiadaczem wiedzy o istnieniu filmu o tak specyficznym tytule. Rozwieję zatem wszystkie wątpliwości po raz ostatni- oglądałem na youtubie jakieś zastawienie najgorszych śmierci w historii kina, czyli scen które uwłaczają inteligencji nawet widza-półgłówka. Jak łatwo się domyślić pierwsze miejsce zajął film- „Wiklinowy koszyk 3”. Może to niektórych zdziwić, zszokować, zniesmaczyć lub oburzyć, ale „Wiklinowe koszyki” nie są ani filmami podróżniczymi, przygodowymi, ani komediami romantycznymi. Są to mrożące krew w mrożonkach horrory. Sztandarowym powodem obejrzenia przeze mnie tego filmu była oczywiście scena, którą widziałem w tym youtubowym zastawieniu oraz fakt, że miałem wówczas fazę na odkrywanie perełek niszowego kina. Tutaj perełka była wypolerowanym króliczym bobkiem.

Lekki zarys fabularny:
No i tu zaczynają się schodki. Dopiero jakieś dwie sceny przed końcem filmu miałem wrażenie, że zaczynam rozumieć, o co w nim chodzi, dziś ich już nawet nie pamiętam, ale nie powstrzyma mnie to przez napisaniem tej recenzji (a już na pewno nie zmusi do obejrzenia tego filmu po raz kolejny). Tak czy siak zabawnie będzie jak będę to opowiadał po swojemu. Zatem…
Jest facet, którego bratem jest takie coś, co wygląda jak kubeł na śmieci z namalowaną na niego twarzą, rękoma zamiast uchwytów i naciągniętą na to wszystko skóropodobną gumą. Kiedyś byli oni syjamskimi bliźniakami, ale ktoś jakoś ich rozdzielił i jeden jest (prawie) „normalnym” człowiekiem, a drugi (ten potworny) brat był bardzo silnym cholerykiem więc z obawy przed kłopotami trzymali go przeważnie zamkniętego w wiklinowym koszu. (TAK, STĄD SIĘ BIERZE TYTUŁ! ZGADŁEŚ, GENIUSZU) Była też taka babcia (która CHYBA była matką tych facetów, o ile tego kreaturowatego też można nazwać facetem), prowadziła ona coś w rodzaju szkoły/przytułku dla potworów takich jak ten z wiklinowego koszyka. Każdy jeden miał na sobie kilka kilogramów kolorowego silikonowego gówna wymodelowanego w dziwne deformacje. Dodatkowo stwarzali wrażenie, że są niepełnosprawni umysłowo więc wszyscy mówili do nich jak do dzieci (albo niepełnosprytnych). Miałem wrażenie, że reżyser Frank Henenlotter chciał w tym miejscu zamieścić jakiś apel o równouprawnienie i tolerancje dla nieuleczalnie chorych, czy coś w ten deseń, ale nie chcę się w to wgłębiać, bo jeśli tak by się faktycznie okazało, to byłaby to kpina na miarę… tego właśnie filmu! Przemieszczali się (oczywiście) w żółtym amerykańskim busie szkolnym.
Wracając do dwójki naszych bohaterów- ten nienormalny brat zapłodnił (nie wiem jak skoro miał tylko ryj i dwie łapy) jakąś babkę i ona zaszła z nim w ciążę, a nawet w pewnym momencie urodziła takie kwadratowe, obślizgłe, pomarańczowe wieloraczki (było ich tam chyba z dziesięcioro). Wszystkie były ze sobą złączone pępowinopodobnym sznurkiem. Później gdzieś się przenosili (nie wiem, bo byłem zbyt przerażony mimiką głównego bohatera, który miał miejscami taki wyraz twarzy jakby, ktoś szantażował go by brał udział w tej produkcji) i wpadła policja, zabiła kilka potworów przerażona, zgarnęła te „dzieci” i oczywiście wiklinowy koszyk, gdzie był nasz choleryczny braciszek. Nie wiem jak do tego doszło, ale wcześniej chyba była jakaś impreza. Na komendzie nastoletnia córka jakiegoś policjanta stwierdziła, że te zdeformowane, syjamskie wieloraczki są urocze i weźmie je sobie jako zwierzaki domowe. Otworzyli wiklinowy koszyk z którego wydostał się rozwścieczony ojczulek i zaczął ich dusić (i to właśnie była najbeznadziejniej nakręcona scena śmierci w historii kina). To nawet nie była sztuczna krew i gumowe elementy- to był silikon, plastik i scenariuszowa masakra. Ktoś tam oprócz tych policjantów (chyba) nawet umiera, ale nie skupiłem się na tym (jak i na reszcie tego filmu). Gdy później, ktoś kogoś próbował zabić na jakimś planie budowy i jechała koparka (tyle pamiętam), to mój mózg już kompletnie zdezerterował i pamięć wyparła wszystko to, co tam się wyprawiało.
Wszyscy bohaterowie mieli jakby tylko częściową sprawność umysłową, na czele z głównym bohaterem- co drugą scenę tak wybałuszali oczy jakby im właśnie aplikowano czopek z kaktusa. Scenariusz był tak absurdalny, że chyba tylko trzy razy spotkałem się z tak niemożebnym pogwałceniem logiki działania postaci i świata. Efekty specjalne, kostiumy i charakteryzację pozwól mi przemilczeć, bo nie chcę nawet tego opisywać. Tego nie da się opisywać. Ja wiem, że ten film jest z 1992 roku i że nie można oczekiwać cudów, ale na litość boską „Czarnoksiężnik z Oz” z mojej drugiej recenzji był z tysiąc razy lepiej zrealizowany od TEGO.
Jeśli to miał być horror, to najbardziej przeraża w nim ten fakt, że reżyser (i jednocześnie scenarzysta)- Frank, kręcił to na serio i kazał widocznie się „wczuwać” osobom z ekipy filmowej. Dookoła zaś sztuczne części ciała (lub całe ciała), tony plastikowych rekwizytów, guma, wydzieliny naśladujące wymioty, flaki i wody płodowe, a do tego TAKI ciąg fabularny. Oj, Panie Henenlotter, tak się nie robi.
Muzyki żadnej nie kojarzę, sceneria i oświetlenie ubogie, ale chociaż istnieje- czego nie można powiedzieć o grze aktorskiej i scenariuszu, które zaginęły gdzieś w gąszczu „akcji”. Całe to danie okraszone jest tandetą. Ludzie jednak lubią tandetę więc powiedzmy, że w tym przypadku mamy do czynienia z podaną na półmisku kupą łajna i kompostu posypaną różowym brokatem.
Nie chcę wchodzić na filmweby itp., żeby zgłębić imiona osób tego dramatu i bardziej profesjonalnych recenzji tej kinematograficznej pomyłki, jednak co do samego reżysera- inne tytuły z jego portfolio to przykładowo- „Zniszczenie mózgu” (1988), czy „Dziewczyna z kawałków” (1990). Dodajmy do tego trzy części „Wiklinowego koszyka” i to, że w 2013 wyreżyserował jeszcze „That’s Sexploitation!”- to kompletnie burzy teorię, że piorun nie trafia dwa razy w ten sam chory łeb. Ewidentnie trafia i to znacznie częściej niż jakieś tam dwa razy.
Najgorsze jest to, że on kręci same „horrory”. Co do tego jednego to pod kątem kinematograficznym jest to dramat, a odbiorowym to bardzo niszowa komedia. Horrorem w tym przypadku jest niesmak pozostający w ustach po zobaczeniu go. Człowiek czuje się wówczas nieestetycznie jak pomiędzy jedną falą rozwolnienia, a kolejną.
Jeśli ktoś lubi kino klasy „Y” to ten film zdecydowanie do niej należy i powinien go obowiązkowo zobaczyć. Każdemu polecam mimo wszystko zobaczyć scenę mordowania policjantów przez cholerycznego braciszka na komisariacie i przejazd autokarem szkolnym gangu zdeformowanych, niedorozwiniętych kreatur, bo takich doświadczeń i obrazów w żadnym innym miejscu nie uświadczysz. Ja filmu nie oceniłem, bo ciężko mi znaleźć adekwatną do niego cyferkę od 0 do 10, instynkt podpowiada 0, rozum 3 (bo oryginalność jest przez niego wysoko ceniona), a serce przestało bić w pierwszej scenie. Może właśnie dlatego jest to „horror”, bo serce nie wytrzymuje widoku jaki jest mu serwowany. Czy jest czemu się dziwić? Nikt mnie do tego nie przygotował, tak samo jak żołnierze amerykańscy na wojnie w Wietnamie- kompletnie nie spodziewali się tego, co miało ich spotkać.
Jeśli chcesz obejrzeć ten film w całości (bo uważasz, że jesteś odważny i masz twardą psychę) to musisz się upodlić jak paskudna alko-świnia, bo na trzeźwo nie ma to sensu. Mimo wszystko scena na komisariacie i w autokarze to obowiązek każdego szanującego się kinomana w dowolnym stanie trzeźwości.

Kolejnym omawianym filmem będzie jedna z części „Gwiezdnych Wojen”. Jeden z filmów o Skywalkerach, a nie Disney’owskich sequeli o Rey. Która dokładnie? Zobaczysz, ale radzę odświeżyć sobie całą serię, tak jak w przypadku „Władcy Pierścieni”. Całuski, widzimy się niebawem!


Wszystkie recenzje można znaleźć TUTAJ

Komentarze