#25 Wywód Recenzyjny
Idziesz sobie w środku nocy ciemną uliczką, aż tu nagle wyskakuje z krzaków mężczyzna i krzyczy, że w biedronce jest przecena na najlepsze w polsce jajka z wolnego chowu, bo teraz z kartą moja biedronka kupisz dwa opakowania, a trzecie i czwarte dostajesz gratis. Co robisz?
Odpowiedź jest prosta.
Kładziesz się na ziemi i płaczesz, bo jest środek nocy i biedronka już zamknięta.
Tak się kończy niespodziewana i nachalna reklama w miejscu publicznym.
W miastach jesteśmy już do niej przyzwyczajeni, gorzej z wsią i wyborcami pisu.
Nikt jednak nie spodziewa się ani nigdy nie jest przygotowany na hiszpańską inkwizycję i lokowanie produktu w filmach. Film, który będziemy dziś sobie omawiać to "Chamskie lokowanie produktu w filmie o apokalipsie zombie".
Dlaczego?
Miałem przyjemność oglądać w swojej fazie na filmy o zombie, takie produkcje jak te z serii Resident Evil lub moje ukochane Striptizerki Zombie, niestety wśród nich znalazły się takie filmy, jak właśnie "Chamskie lokowanie produktu w filmie o apokalipsie zombie". Co zabawne - oceny tego filmu na filmwebie sugerowały, że nie będzie to aż takie gówno, a nawet, że będzie on lepszy od moich ukochanych Striptizerek. 6,9/10 w ocenach ponad 71 tys. ludzi to jednak dość sporo zważywszy na to, że ten film jest o niczym. Nawet moi znajomi (którzy nie są jakimś specjalnym gronem krytyków filmowych) ocenili to na 7... Dnoooooo!
Lekki zarys fabularny:
No i tu jest problem. W czasie trwania tego filmu nic się nie dzieje. Film ogólnie jest o tym, że wirus zmienił ludzi w zombie i jest chłopak i on chce przeżyć i w sumie to trafia do ekipy ludzi, którzy też chcą i im się udaje. Koniec filmu. Tylko że w międzyczasie mamy do czynienia z kuriozum na miarę pierwszych Parówek Berlinek, drugich Parówek Berlinek i Cinkciarza. Tylko że tam się coś dzieje (trochę), a nie ma nawet zombie. Tutaj są zombie, a nic się nie dzieje praktycznie.
Specjalnie obejrzę pierwsze 15 minut filmu i zliczę wszystkie product placement-y, żeby pokazać, co tu się dzieje.
Najpierw widzimy małpę i parę perypetii z nią związanych. Potem penis i dupa. Tak mija nam pięć minut przed tytułem filmu.
Potem film pokazuje, na co go stać.
Siódma minuta - Costa Coffee. Pokazana 5 razy, a raz szczególnie wyraźnie.
Ósma minuta Pepsi.
Ósma minuta 7up i więcej Pepsi.
Ósma minuta puszka Mango i jeszcze więcej Pepsi i 7up.
Ósma minunta Mars.
Dwunasta minuta jeszcze więcej Pepsi.
Dwunasta minuta Nescafee.
Siedemnasta minuta kolejny raz Pepsi.
Siedemnasta minuta jakieś krakersy, ale nie znam tej firmy.
Osiemnasta minuta Haribo.
Osiemnasta minuta loteria EuroJackPot.
Dwudziesta pierwsza minuta Pepsi.
Tutaj kończę, bo obiecałem 15 minut.
Towarzyszy temu wszystkiemu kompletnie dodupna muzyka, tępy wyraz twarzy głównego bohatera i beznadziejne oświetlenie.
Potem film pokazuje, na co go stać.
Siódma minuta - Costa Coffee. Pokazana 5 razy, a raz szczególnie wyraźnie.
Ósma minuta Pepsi.
Ósma minuta 7up i więcej Pepsi.
Ósma minuta puszka Mango i jeszcze więcej Pepsi i 7up.
Ósma minunta Mars.
Dwunasta minuta jeszcze więcej Pepsi.
Dwunasta minuta Nescafee.
Siedemnasta minuta kolejny raz Pepsi.
Siedemnasta minuta jakieś krakersy, ale nie znam tej firmy.
Osiemnasta minuta Haribo.
Osiemnasta minuta loteria EuroJackPot.
Dwudziesta pierwsza minuta Pepsi.
Tutaj kończę, bo obiecałem 15 minut.
Towarzyszy temu wszystkiemu kompletnie dodupna muzyka, tępy wyraz twarzy głównego bohatera i beznadziejne oświetlenie.
Zabawne jest to, że obejrzałem kontynuację - "28 tygodni później" i okazała się lepsza od tego czegoś, a jeśli część druga jest lepsza od pierwszej, to znaczy, że pomimo totalnego braku pomysłu lokowanie produktu się udało i przyniosło twórcom pieniądze.
To przykre, że są filmy takie jak ten ściek i dzięki blokowi reklamowemu już w pierwszym kwadransie zarabiają na kontynuację, a są też filmy genialne, które się nie sprzedały i umarły pod wpływem czasu z powodu niewystarczających zysków.
Najgorszej jest, kiedy intrygujący tematycznie film jest tylko zlepkiem pojawiających się pokątnie - albo chamsko na ryj - produktów albo plakatów z ich nazwami. W "Chamskim lokowaniu produktu w filmie o apokalipsie zombie" dodatkowo mamy kompletnie niecharakternego bohatera, który cały czas ma taki sam wyraz twarzy i, tak jak ludzie chodzący po sklepach w okresie świątecznym, nie przejawia oznak myślenia. Kiedy nie gada z kimś, eksponując przy tym swojego debilizmu, ciszę psuje ścieżka dźwiękowa, która ni cholery nie wiąże się z klimatem filmu.
Ludzie narzekają na "Świt żywych trupów" (który uważam za świetny) lub wyżej wspomniany Resident Evil, ale to nie tam we wprowadzeniu mamy więcej puszek Pepsi od zombich.
Wiem, czepiam się, że po apokalipsie wszędzie są nazwy światowych koncernów i marek... Da się przemycić elementy pop-kultury, ale nie tak, jak jest tutaj.
Nie chce mi się tego kontynuować, bo ten film jest beznadziejny i nic nie przewiduje w swoim scenariuszu poza swoimi paskudnymi ekspozycjami, oświetleniem, muzyką i grą aktorską.
Film był nagrodzony Saturnem za najlepszy Horror 2004 roku, mimo że wyszedł w 2002 r. Ja tego nie będę komentował, bo nie muszę. Ani też nie chcę. Więc nie będę.
Jak oglądać to raczej po kielichu, bo na trzeźwo to tylko po to, żeby zażyć sobie żenady.
Ocena 2/10. Tylko dlatego, że widziałem bardziej szkodliwe "dzieła".
Następna recenzja zacznie krótką serię opisów filmów z półki "Boska Symbolika". A do czynienia będziemy mieli z filmem Jagody Szelc z 2017 r., pt. "Wieża. Jasny dzień." Bardzo, bardzo polecam obejrzeć go, zanim przeczytasz, co o nim napiszę.
To przykre, że są filmy takie jak ten ściek i dzięki blokowi reklamowemu już w pierwszym kwadransie zarabiają na kontynuację, a są też filmy genialne, które się nie sprzedały i umarły pod wpływem czasu z powodu niewystarczających zysków.
Najgorszej jest, kiedy intrygujący tematycznie film jest tylko zlepkiem pojawiających się pokątnie - albo chamsko na ryj - produktów albo plakatów z ich nazwami. W "Chamskim lokowaniu produktu w filmie o apokalipsie zombie" dodatkowo mamy kompletnie niecharakternego bohatera, który cały czas ma taki sam wyraz twarzy i, tak jak ludzie chodzący po sklepach w okresie świątecznym, nie przejawia oznak myślenia. Kiedy nie gada z kimś, eksponując przy tym swojego debilizmu, ciszę psuje ścieżka dźwiękowa, która ni cholery nie wiąże się z klimatem filmu.
Ludzie narzekają na "Świt żywych trupów" (który uważam za świetny) lub wyżej wspomniany Resident Evil, ale to nie tam we wprowadzeniu mamy więcej puszek Pepsi od zombich.
Wiem, czepiam się, że po apokalipsie wszędzie są nazwy światowych koncernów i marek... Da się przemycić elementy pop-kultury, ale nie tak, jak jest tutaj.
Nie chce mi się tego kontynuować, bo ten film jest beznadziejny i nic nie przewiduje w swoim scenariuszu poza swoimi paskudnymi ekspozycjami, oświetleniem, muzyką i grą aktorską.
Film był nagrodzony Saturnem za najlepszy Horror 2004 roku, mimo że wyszedł w 2002 r. Ja tego nie będę komentował, bo nie muszę. Ani też nie chcę. Więc nie będę.
Jak oglądać to raczej po kielichu, bo na trzeźwo to tylko po to, żeby zażyć sobie żenady.
Ocena 2/10. Tylko dlatego, że widziałem bardziej szkodliwe "dzieła".
Następna recenzja zacznie krótką serię opisów filmów z półki "Boska Symbolika". A do czynienia będziemy mieli z filmem Jagody Szelc z 2017 r., pt. "Wieża. Jasny dzień." Bardzo, bardzo polecam obejrzeć go, zanim przeczytasz, co o nim napiszę.
Wszystkie recenzje można znaleźć TUTAJ
Komentarze
Prześlij komentarz