#31 Wywód Recenzyjny

Okej, przyznam, że jest to banalna historia.
Wszystko jest takie se - nie najgorzej, ale upierdliwie - potem coś się zmienia, jest super, potem przychodzi kryzys i "ojej", a na końcu wszyscy żyją długo i szczęśliwie.
Ale co ja poradzę, że do tego konkretnego obrazu mam sentyment i jakoś mnie wewnętrznie rusza.
Czasem są takie przyjemne dla oka filmy, które pokazują jaki ładny jest świat i na jakich miłych ludzi można natrafić oraz jak wszystko się może elegancko ułożyć jeśli tylko wykaże się odrobinę odwagi, aby kiwnąć paluszkiem w kierunku swoich marzeń. To takie naiwne i niewinne, ale na swój sposób urocze.
Miło jest czasem popatrzeć, jak komuś się w życiu powodzi. To dodaje otuchy.
Shelter, niuniu. Dzisiaj będzie Shelter.

Dlaczego?
Z racji tego, że niektóre filmy, np. GranatowyPrawieCzarny kończą się i zaczynają praktycznie tak samo, warto zwrócić uwagę na filmy, które są podróżą od innego początku do innego końca. Przeżywa się je jak spacer, trekking, albo pływanie w basenie pełnym plastikowych piłeczek.
Shelter to przyjemny film - prawie jak zjazd na sankach, ale bez wchodzenia na górkę i zimnego śniegu w nogawce.
Czasem trzeba pozwolić sobie na takie przeżycie, bo oglądanie tylko ciężkich produkcji może wywołać przepuklinę mózgu. Ciężkie podróże są fajne, bo przecierają intrygujące szlaki i wyostrzają charakter, ale odpocznijmy sobie.
Wiesz, co to "Shelter"? W wolnym tłumaczeniu oznacza on "schron".
I niekoniecznie chodzi o schron przeciwlotniczy, albo bunkier. Czasem to taki kącik, w którym można sobie odpocząć, pobyć samemu ze sobą i poznać się lepiej.
Takie miejsce, którego nie dało się uświadczyć w Grobowcu Świetlików. Chyba każdy zdrowy psychicznie człowiek powinien takie mieć.
Jak mi jest źle, to idę sobie popisać, porysować, posłuchać gothic metalu, albo pooglądać film pokroju Sheltera.
Czasem idę sam do klubu pośpiewać z nadzieją, że ktoś mnie wypatrzy i odmieni się moje życie, ale póki co to się jeszcze nie zdarzyło. No, ale jakbym wcale nie wychodził z domu, to szansa na wypatrzenie mnie byłaby równa okrągłemu zeru.
Shelter kończy się tak ładnie i sympatycznie, że chciałbym, abyś ten film zobaczył i sam sobie po nim westchnął, uśmiechnął się i wyszedł z domu wołać do świata "jestem tu, weź mnie!".
Piękny początek czegoś kompletnie nowego.

Lekki zarys fabularny:
Zach jest przystojnym chłopakiem, który od lat zajmuje się synem swojej nieodpowiedzialnej siostry, której facet jest stuprocentowo przerysowanym przykładem gościa nienadającego się ani na ojca, ani do związku.
Bohater traktuje siostrzeńca jak swojego młodszego brata, a nawet jak syna. Jest w stanie zrobić dla niego praktycznie wszystko i tak też robi. Pracuje w knajpie ze swoim najlepszym przyjacielem Gabem, z którym znają się od małego.
On jest babiarzem, a Zach od lat tkwi w statecznym i nudnawym związku z Tori, która jest ładna, mądra i ogólnie nie wiadomo, o chuj mu chodzi, że nie potrafi się wczuć w tę relację jakoś tak, na serio.
W wolnych chwilach robi graffiti, rysuje, albo serfuje, bo mieszka w pobliżu oceanu i tam jest zajebiście... Generalnie żyje sobie w miód-malina miejscu, tylko takie trochę zadupie i siostra to młot. No i trapi go, że wciąż brakuje mu jednak czegoś do szczęścia. Być może z tego powodu, że nikt go nie rozumie, bo wszyscy układają sobie jakoś życie, a on na pierwszym miejscu stawia życie głupiej siostry, która to wykorzystuje.
Któregoś dnia wraca do ich mieścinki starszy brat Gabe'a, który X czasu temu wyjechał w wielki świat. I od tego wszystko się zaczyna.
Zaczyna się droga do zbudowania swojego schronu przeciwświatowego. W pięknym miejscu tylko z najważniejszymi ludźmi i bez toksycznych dodatków.

To jest film o budowaniu sielanki na swoich zasadach i warto zobaczyć go, żeby uświadomić sobie, że może już pora wyruszyć w drogę do swojego sheltera? Może nie wszystko uda się na 100%, ale nawet jeśli uda się w 20%, to wciąż będzie to nasz sukces, nasz schron, nasz mały-wielki świat.
O czym marzysz? Może da się to jakoś zrealizować? Metodą małych kroczków możemy osiągnąć dużo i to nie kołczing. Może to nie jest jakoś szczególnie wybitne osiągnięcie, ale ja co roku realizuje swoje postanowienia noworoczne; wszystkie oprócz siłowni.
Kilka dni po sylwestrze zaglądam na moją karteczkę, gdzie zapisywałem sobie rok wcześniej, czego chcę i odznaczam to, co się udało.
Przeważnie w ciągu roku tam nie zaglądam ani też niczego nie dopisuję, bo to nie o to chodzi.
Chcę, żeby każdy kolejny rok był sequelem moich postanowień.
Udanych, czy nie - to nieważne.
Ważne jest, żeby obserwować, jak daleko dojdzie się, patrząc tylko przed siebie, a pod nogi tylko raz na jakiś czas.

Zach nie sięgał wzrokiem na tyle daleko, przez co długo pozostawał w miejscu bezpiecznym, ale mocno niezadowalającym. Wystarczyło zmienić bardzo niewiele, aby wszystko było zajebiście, ale nawet najmniejszy z kroków trzeba pokonać.

Zdjęcia w filmie są nasycone ciepłymi kolorami, a sceneria nieziemsko piękna.

"Shelter" to ponoć melodramat, ale nie ma tu elementu "melo", ani też charakteru typowego dramatu; przynajmniej moim zdaniem. Dramatem może być tu ewentualnie fakt, że życie nie jest takie łaskawe i niestety nie jest tak pięknie...

Nie dostał żadnych ciekawych nagród, ale ja nagrodziłem go dziewięcioma gwiazdkami na filmwebie i ciepłym serduszkiem.

Polecam obejrzeć sobie niezależnie od stanu trzeźwości. Chociażby dla przystojnego Trevora Wrighta w roli Zacha i ślicznej Katie Walder w roli Tori.

Następnym filmem, który przemielę, będą... po raz kolejny Gwiezdne Wojny! Tym razem Ostatni Jedi z 2017 (bosz, jak ten czas leci) w reżyserii Riana Johnsona. Czyli film, który podzielił fanów chyba bardziej niż "Mroczne Widmo".


Wszystkie recenzje można znaleźć TUTAJ

Komentarze