#6 Wywód Recenzyjny
Uniwersum „Star Wars” przez pierwsze 13 lat życia znałem
jedynie pod postacią Yody, Lorda Vadera i epickiego „Luke, jestem twoim ojcem”
(które tak się przyjęło, a faktycznie cytat ten brzmi „Nie, to ja jestem twoim
ojcem” prawdopodobnie kolejny przykład efektu Mandeli). No i rzecz jasna http://nooooooooooooooo.com/ . Nie ma
się więc czym szczycić, bo to popkulturowe klasyki. Z „Gwiezdnymi Wojnami” face
to face spotkałem się dopiero w gimnazjum dzięki koledze, z którym wtedy się
trzymałem i był on akurat fanem owego świata. A propos niego, to raz jeszcze
życzę mu wszystkiego najlepszego, bo tak się składa, że trzy dni temu obchodził
swoje 23-cie urodziny. Zalatywała mi ta znajomość młodzieńczym homo-romansem,
bo razem sypialiśmy i czasem zdarzało się, że lizał mi ucho.
Nie pytaj. To było przecież gimnazjum… W Stanach podobno
mają od tego collage.
Jednak jeśli był w tym pierwiastek romantyczny to zrodziła
się z niego moja pewność, co do swoich preferencji oraz dzidzia w serduszku,
którą była właśnie miłość do „Gwiezdnych Wojen”. Znajomość nam się posypała,
jednak owa dzidzia rosła i rosła i wciąż żyje we mnie na całego.
Zgłębiałem latami bardziej lub mniej (ale jednak) całe
uniwersum, legendy, kanony i nie-kanony, żeby dziś móc się nazwać z dumą fanem
tejże sagi.
Dlaczego?
„Star Warsy” to nie tylko cały świat, tak jak u Tolkiena- to
cała galaktyka. To co zostało poczęte przez wyobraźnię George’a Lukasa, a potem
pielęgnowane przez miliony fanów, pomagających w kreowaniu w wyobraźni ogromu
nowej wiedzy science fiction. To coś jak idea- spajająca niepowiązanych ze sobą
ludzi z całego świata- poruszająca kreatywność. Cudowna inicjatywa. Powstały w
ten sposób całokształt jest iście gigantyczny, choć „gigantyczny” w tym wypadku
to za małe słowo. Kolosalny! Niebotyczny! Monstrualny! Bezkresny, Niezmierzony!
„Gargantuiczny” to chyba najbardziej odjechane słowo oddające ogrom tego, co
oferuje śmiertelnikowi wszechświat „Gwiezdnych Wojen”.
Każdy, kto ma chodź trochę wyobraźni powinien spróbować
popłynąć w oceanie „Star Warsów”, nawet, kiedy nie odnajdzie w nim (w co
wątpię) swojego zakątka, będzie to dla niego niewątpliwie ciekawe
doświadczenie. Pływałeś kiedyś w Morzu Martwym? To, też ciekawe doświadczenie. Trochę
śmierdzi, ale to chyba przez spoconych Rosjan i polaczków, których jest tam zaskakująco
sporaśno. Ale jest ciekawie. Chociaż raz warto dotknąć innej wody niż tej którą
mamy w kuchennym kranie. Tak samo jest z innym światem. Chociaż go dotknij.
Raz. Delikatnie. Nie bój się go. Jest duży, ale i piękny.
(Brzmi sprośnie wiem.)
Czy trzeba więcej tłumaczyć?
Dobra, to dam jeszcze więcej.
Jestem też miłośnikiem historii, a lata powstawania
„Gwiezdnych Wojen” były jednocześnie latami Żelaznej Kurtyny i Zimnej Wojny.
Czerwona armia klonów, w której nikt nie wyróżnia się z tłumu. Potężne Imperium
próbujące stłumić kochaną rebelię walczącą o wolność. Gdzie łatwiej o tak oczywiste
nawiązanie do ZSRR próbującego przejąć resztę demokratycznego jeszcze świata?
Tak też jest to pokazywane w filmach. Czyli można powiedzieć, że główna
trylogia „Gwiezdnych Wojen”- części 4, 5, 6- to kino propagandy!
Czy w najśmielszych marzeniach można sobie zażyczyć przyjemniejszego
prania mózgu?
Definitywnie nie.
Lekki zarys fabularny:
Zajmowałem się opisem całości, ale teraz pochylę się nad
moją ulubioną częścią spośród starej, oryginalnej trylogii- cz. IV „Nowa Nadzieja”,
cz. V „Imperium Kontratakuje” i cz. VI „Powrót Jedi”, oraz nakręconej później,
trylogii prequeli- cz. I „Mroczne Widmo”, cz. II „Atak Klonów” i cz. III
„Zemsta Sithów”. Nie komentuję nowych produkcji- spin-offów i disney’owskiej trylogii
sequeli.
Najlepsza, moim zdaniem (i tym razem, w przeciwieństwie do
„Władcy Pierścieni”, nie będzie zaskoczenia) jest cz. V „Imperium Kontratakuje”
(1980 rok). Dwa Oscary i dziesięć innych wygranych prestiżowych nagród
filmowych, głównie za epicką muzykę Johna Williamsa (znajdź mi człowieka, który
nie zanuci Marszu Imperialnego) mówi już sporo o tym filmowym majstersztyku.
To teraz faktycznie lekki zarys fabularny od początku- mamy
galaktykę w której od prawie dwudziestu lat władzę sprawuje Galaktyczne
Imperium, którą rządzi Imperator i jego przydupas Darth Vader. Są oni Sithami,
którzy użytkują ciemną stronę Mocy, która swoją siłę czerpie z silnych,
negatywnych emocji- strachu, gniewu, nienawiści itp. Opozycją do nich powinni
być Jedi- użytkownicy jasnej strony Mocy, ale wszystkich ich podstępnie
uśmiercono. Co teraz? Jak żyć, kiedy panuje terror, a Imperium jest w
posiadaniu świeżutkiej broni największego kalibru- Gwiazdy Śmierci, która jest
zdolna jednym strzałem z kosmosu rozpierniczyć całą planetę? Jest słabo. Jednak
jeden z przetrwałych Jedi- Obi Wan Kenobi decyduje się pomóc Rebeliantom w zniszczeniu
owej Gwiazdy Śmierci. Rusza z nim 19-letni Luke Skywalker, który jeszcze nie
wie, że stary Kenobi chce go wykorzystać. Nie tak jak myślicie. Chce z niego
zrobić Jedi! I jakoś zamknąć ten galaktyczny burdel.
W cz. IV dzieje się sporo, Gwiazda Śmierci zostaje
ostatecznie zniszczona, Kenobi umiera, ale jego duch żyje i czasem szepcze coś
Luke’owi do uszka. Chłopak znalazł sobie ziomków- księżniczkę i szmuglera z
kolegą, który wygląda jak Yeti oraz dwa droidy z czego jeden przypomina
irytującego, narzekającego ciecia, a drugi- wodny odkurzacz z funkcją prania
dywanów.
W cz. V (tej, którą lofciam naj.) myślą jakby tu przeżyć po
tym jak wkurzyli całe Imperium rozwalając ich największą bazę bojową. Z Lukiem
kontaktuje się duch Kenobiego, który każe mu znaleźć innego przetrwałego, wciąż
jeszcze żyjącego, mistrza Jedi- Yodę, żeby ten go wyszkolił, bo Skywalker jest ostatnią
nadzieją, żeby odsunąć Sithów od władzy w galaktyce.
W tym filmie widzimy różnorodność planet- jedną śnieżną,
jedną bagienną i dodatkowo miasto w chmurach; proces szkolenia Jedi; bitwę
lądową tudzież pościg kosmiczny.
Perełką jest scena walki naszych dwóch kluczowych postaci
całej sagi- Dartha Vadera i Luke’a. Podczas niej gra świateł idealnie oddaje
przewagę danej strony. W pomieszczeniach unoszą się kłęby dymu. Gdy Luke ma
przewagę w walce, dookoła niego jest więcej światła, przybiera ono też
niebieskawą poświatę. Analogicznie kiedy Vader przewyższa Luke’a robi to
dosłownie- Luke jest pokazany jako ofiara- kamera pokazuje chłopaka od góry,
czyli z punktu widzenia oprawcy, a dookoła panuje zdecydowanie większy mrok i
czerwona kolorystyka. Ich walka jest wybitnie nakręcona i każdy, kto na sztuce
filmowej się nie zna, powinien moim zdaniem, obejrzeć sobie te 10-15 minut,
żeby zobaczyć jak muzyka, efekty specjalne, oświetlenie, ruchy kamery i zdjęcia
budują atmosferę tudzież manipulują odbiorem filmu przez widza. Oglądając filmy
w uważny sposób można dostrzec wiele ukrytych zabiegów, które chcą przekabacić
nieświadomych kinowych zabiegów i ukierunkować ich myślenie na swój sposób. Tak
jak mówiłem- nie ma to jak przyjemne pranie mózgu.
W każdym lepszym filmie można przy pomocy obserwacji
otoczenia bohaterów, światła i kolorystyki ocenić czy postać jest dobra, czy ma
jakieś szemrane intencje. Stajesz się wtedy jak jasnowidz i możesz czytać z
filmu tak jak z książki- między wierszami, to co reżyser, scenarzyści itd.
chcieli w zupełności przekazać poprzez swoją pracę. To właśnie jest sztuka
kinowa.
Oczywiście nie każdy film tak ma, niektórzy nie umieją robić
filmów artystycznie i robią komercyjny syf, który oglądasz do popcornu albo
piwka i masz wywalone na warstwę estetyczną i sens przekazu. Mógłbym
powiedzieć, że tym właśnie jest polskie kino, ale tak się akurat składa, że
znam (serio) co najmniej 2 polskie filmy, których autorzy potrafili podczas
seansu wbić się butami w twoją psychikę nie pytając o zgodę. A wystarczy tylko
dobrze ustawić światło i kamerę. Czy to takie trudne? Wiążę się to z pracą na
planie i myśleniem nad realizacją- czyli dla niektórych nie do pomyślenia.
Bywa, że robienie filmu to przepierniczanie budżetu na
dziwki, a w ostatnim tygodniu zapisywanie scenariusza na paragonie z żabki i
kręcenie wszystkiego na kacu, na działce u kolegi. Wklejasz dialogi o
podtekstach erotycznych z przekleństwami w co drugim zdaniu. Taśmą klejącą
łapiesz to jakkolwiek, a potem mówisz, że to wybitne i że ludzie tego nie
rozumieją i nie doceniają ich humoru, bo finalnie wychodzi zawsze
komedio-dramat romantyczny z elementem satyry na społeczeństwo. Ta dau!
Ten film jednak to dobrze wykorzystane pieniążki i widać to
po samych efektach specjalnych i rekwizytach. Reszta tego, co widać to jedynie dodatkowe
argumenty potwierdzające tą tezę. Koniec spoilerów. Sam obejrzyj to się
przekonasz.
Moja ocena 10/10
Oglądaj na trzeźwo.
Następny film będzie polskim filmem! A recenzja nie będzie
go wyśmiewać, bo jest jednym z moich ulubionych, narodowych produkcji. Tytuł:
„Pora Umierać”.
A tą recenzję pora kończyć. Buziaki, pa.
Wszystkie recenzje można znaleźć TUTAJ
Komentarze
Prześlij komentarz