#21 Wywód Recenzyjny


Tak jak już mówiłem w recenzji „Naszej Klasy” - filmy wywołują wszelakie emocje głównie poprzez klimat otoczenia i fabuły. Skoro filmy to muza jako odłam sztuki wielorakiej, to mają za zadanie estetycznie poruszyć w jakiś sposób odbiorcę, czyli w tym przypadku widza. Początkowo zadaniem teatru (z którego sztuka filmowa się wywodzi) było wywołanie katharsis (omówione w "Monsterze") czyli zgromadzenie napięcia z całego ciała i umysłu, a potem uwolnienie go poprzez wylanie morza łez. Należy się wczuć, aby pozwolić na to by sztuka (filmowa czy też jakakolwiek inna) przebiła się przez naszą twardą skorupę i wywołała realne emocje. Zatem wiemy, że dramaty (tragedie) mają doprowadzić do emocjonalnego wyzwolenia poprzez łzy, ale co z resztą gatunków? Komedie rozśmieszają (przynajmniej taki jest ich zamysł); horrory straszą (udowadniam to w co-piątym filmie hihi); erotyki mają nas rozpalić; historyczne/wojenne/biograficzne wywołać uczucie nostalgii i refleksji nad skutkami działań z przeszłości; sci-fi oraz fantasy pobudzają wyobraźnie, marzenia tudzież szeroko otwierają umysł; a edukacyjne chciwość wiedzy lub zachwyt nad otaczającym nas światem. Można tak wymieniać i wymieniać, jednak co z kryminałami?
No, zastanów się, ćwierćinteligencie…
I co? Na coś wpadłeś?
No to pomyśl jeszcze raz.
Masz?
No, ja doszedłem do wniosku, że mają nas skłonić do myślenia, analizowania faktów.
Z tym, że chwilunia… Przecież myślenie i analizowanie nie jest raczej stanem emocjonalnym.
Wpadłeś na coś lepszego? Bo póki co to wychodzi na to, że z naszej dwójki albo ja jestem ćwierćinteligentem, albo oboje nimi jesteśmy.
Pewnie tak by pozostało i nie doszedłbym do żadnego wniosku w tej sprawie, a następnie uznałbym, że kryminały stanowią wyjątek od reguły; gdybym nie obejrzał filmów takich jak „Se7en” lub „Millenium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet.” Były to jedne z najlepszych kryminałów jakie na ten moment umiem przytoczyć i dziś chcę pochylić się nad tym drugim. Film ten niewątpliwie wywołał u mnie efekt emocjonalny, a mianowicie wkurwił mnie jak żaden dotychczas.

Dlaczego?
Zacznijmy od początku. Parę lat temu był bum na szwedzkie kryminały i jednym z prekursorów tej mody była trylogia Stiega Larssona „Millenium” z lat 2005-2007. Ta seria sprzedała się na świecie w 60 mln egzemplarzy i wciąż widuję w tramwajach studentki z jej charakterystycznymi okładkami w dłoniach.
Z racji, że pierwszą książką jaką przeczytałem z własnej woli był kryminał - „Nie mów nikomu” H. Cobena – to do tego nurtu literatury miałem naturalną słabość. Gdy byłem mały to oglądałem z mamą w weekendowe poranki, stary serial telewizyjny pt. „Napisała… Morderstwo”, w którym to starsza pani rozwiązywała zagadki kryminalne i pisała o nich książki oraz opowiadania. Do argumentów za ruszeniem w kierunku „Millenium” była także odwieczna miłość do klasycznego Scoobiego Doo. Zanim jednak zająłem się tą konkretną produkcją to poczekałem jeszcze parę lat, bo nie przepadam za ślepym podążaniem za trendami i wolę dopiero „po wszystkim” przyjrzeć się temu, co wywołało tyle szumu.
Kierując się ocenami internetowymi, wybrałem szwedzką wersję (pierwotną) zamiast tej amerykańskiej i zabrałem się za oglądanie jednej części po drugiej. Uważam, że to ta pierwsza zasługuje na niepodzielną uwagę, bo „Dziewczyna, która igrała z ogniem” był już mocniej skupiony na osobach bohaterów pierwszej części, zaś „Zamek z piasku, który runął” kontynuował to i dodatkowo mocno wchodził na tory dramatu sądowego. Zatem jeśli przywiązujesz się do charyzmatycznych postaci (a te w Millenium właśnie takie są) to polecam sobie ogarnąć też i te dwie części, jednakże uważam, że „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” jest nieporównywalnie lepsze od reszty. Był to film, przy którym najmocniej doświadczyłem siły uczuć wywoływanych przez rewelacyjny kryminał.

Lekki zarys fabularny:
Mikael Blomkvist jest redaktorem kontrowersyjnej gazety „Millenium”, która dopada polityczne szmaty i śledzi przeróżne machloje, a potem obsmarowuje to wszystko na swoich stronach. Niestety, jak nie trudno się domyślić, jest to powodem późniejszych wątów w stosunku do redakcji, represji od skandalistów i późniejszych poważnych problemów finansowych gazety. Blumkwist (tak się to wymawia, chociaż ja mówiłem na niego kumkwat) próbuje ogarnąć ten niemały burdel i na skutek takiego a nie innego obrotu wydarzeń, uwikłał się w nierozwiązane nigdy śledztwo sprzed w pizdu lat. Drugim bohaterem, a właściwie bohaterką, jest Lisbeth Salander (moje pseudo to salamander, a jak powszechnie wiadomo - salamandra plamista jest zajebista), która delikatnie mówiąc, ma w życiu przejebane. Jej image (wiedziałeś, że tak się pisze słowo „imidż”, bo ja dopiero to odkryłem) budzi kontrowersje wśród ludzi, bo mroczna z niej laska- ma ćwieki, łańcuchy, glany, skórzane ciuchy, multum kolczyków, czarny irokez z grzywą itp. Dodatkowo jest ona pod opieką kuratora sądowego, ma żółte papiery i w wielu sprawach nie może być przez to samodzielna. Jest jednak twardą dupą i potrafi walczyć o swoje, poza tym ma świetne umiejętności hakerskie i zna się na ludziach. Na skutek ciekawego splotu wątków także i ona angażuje się w to samo śledztwo, chociaż ktoś jej pokroju (w innych okolicznościach) miałby to generalnie w dupie. Nieufni w stosunku do siebie muszą (raczej) połączyć siły by spróbować odkopać stare trupy z szafy i rozpłatać zabliźnione już dawno rany.
Jest to ciekawsza historia niż mogłoby się wydawać.
Tak, mój pół-móżdżku. Wywołanie uczucia ciekawości to jedno z kluczowych zadań dobrego kryminału. Idziemy jednak z tym dalej.
Dlaczego, zaznaczyłem, że ten film mnie wkurwił? Była tam bowiem jedna scena, która była tak doskonale nakręcona i zagrana, że aż parszywy typ, który brał w niej udział wkurzył mnie do tego stopnia, że byłem zmuszony zatrzymać film, odsapnąć, posiać na głos nieco fermentu i dopiero po jakimś czasie mogłem wznowić seans. Stwierdziłem, że to się w głowie nie mieści. Tak nie wolno! Tak się, do jasnej cholery, nie robi! I ja ci powiem, o co chodziło, bo ten spoiler nie jest jakoś szczególnie znaczący dla fabuły tego akurat filmu (dla pozostałych części już bardziej).
Mianowicie skorumpowany, paskudny, stary kurator Lisbeth, za to żeby mogła wziąć pieniądze ze swojego konta bankowego, przymuszał dziewczynę do robienia sobie dobrze. W rzeczonej scenie, dziewczyna chciała więcej kasy niż wcześniej i kurator zmusił ją do seksu. Obezwładnił ją, związał i paskudnie zgwałcił, a biedaczka tak krzyczała i płakała, że moje nerwy tego zwyczajnie nie zniosły. Taki wymiar chamstwa, bezczelności i podłości doprowadził mnie do jawnej furii. I tu dochodzimy do tego, że ofiary zrobiło mi się żal, a przestępca za swoje czyny został otulony kolczastym kocykiem  mojej nienawiści.
Kryminały łączy przeważnie to, że budzą współczucie do ofiary zbrodni (tak jak w dramatach) i powodują złość w stosunku do sprawcy ich cierpienia.
I ja rozumiem, że gniew to nie jest dobre uczucie, ale lepiej gdy wyżywamy swoją nienawiść na fikcyjnej postaci, niż na rzeczywiście otaczających nas ludziach. Tu jest pies pogrzebany. Każdy z nas, a przynajmniej większość, zna kogoś, komu najchętniej urządziłby pokoik, a potem zamurował w nim drzwi i okna. Takie emocje potrafią zatruwać od środka długo i namiętnie, tak jak sama miłość. Z tą różnicą, że jawne odczuwanie miłości jest legalne, a jawne odczuwanie chęci mordu już nie zawsze.
Rozniecenie nienawiści do antagonisty pozwala na przekierowanie negatywnych emocji z ludzi dookoła, na osobę, której nic się nie zrobi; ewentualnie kopnie się w telewizor. Typowe zakończenie kryminału, czyli odnalezienie i zapuszkowanie sprawcy, daje z kolei poczucie zwycięstwa nad znienawidzonym gnojem i satysfakcję ze słusznie wymierzonej sprawiedliwości Uczucie zwycięstwa i satysfakcji z procesu poukładania sobie puzzli, wytropienia od nitki do kłębka sprawcy i w końcu ujęcia go, daje nam spełnienie.
Wykonałem misję. Zrobiłem to dobrze. Jestem taki sprytny, mądry, wybitny.
Podkręca tym samym ego, bo rozwiązanie zagadki to tak jak wygranie gry, albo zwycięstwo nad nieprzyjacielem.
Nigdy wcześniej, ani też później spotkałem się z filmem, który tak by mnie wkurzył. Nasza Klasa ma zaszczytne drugie miejsce w tej kategorii - „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to zdecydowanie jedynka.

Jeśli chodzi o klimat i oświetlenie to dominują przede wszystkim zimne barwy i półmrok. Lokacje są piękne, ale prawdziwą perłą (pomijając książkową fabułę) jest gra aktorska. Noomi Rapace w roli Salander to mistrzostwo. Kumkwat miejscami mnie wkurzał swoją mimiką, ale chociaż z niej korzystał, bo są tacy, którzy przed kamerą mają wymalowaną jedną, niezmiennie tą samą twarz. Odtwórczyni roli Lisbeth została kilkukrotnie laureatką, a wielokrotnie nominowaną w kategorii najlepszej aktorki tego właśnie filmu. Oprócz tego, produkcja zgarnęła jedynie pomniejsze nagrody za najlepszy film nieanglojęzyczny. Ja jednak nie miałbym nic przeciwko jakby dostała ich więcej.

Podsumowując, świetnie się na tym filmie wkurzyłem i głównie za to ofiarowuję mu zaszczytne 9/10.
Z racji tego, że rozwiązywanie zagadki należy w tym filmie zaliczyć do zadania wykonalnego (w przeciwieństwie do niektórych „CSI: Kryminalnych Zagadek Sosnowca”), polecam obejrzeć go na trzeźwo i w skupieniu spróbować przeanalizować poszlaki. Możliwe, że swoją dedukcją trafisz w dziesiątkę i poczujesz się jak geniusz, którym nie jesteś.

W najbliższym wywodzie przytulimy film „Logan: Wolverine” z 2017 roku. Jak zawsze, zachęcam do uprzedniego obejrzenia go.



Wszystkie recenzje można znaleźć TUTAJ

Komentarze