#14 Wywód Recenzyjny



Pisanie niektórych recenzji idzie mi jak krew z dupy… Powoli, boleśnie i piecze jak diabli… No, ale o każdym z recenzowanych filmów chcę wspomnieć chociażby słówko.
O innych zaś tytułach wprost marzę by móc się wypowiedzieć! Nie wiem, czy można marzyć o opisywaniu przeżyć weterana wojny w Wietnamie, ale ja tam paliłem się od samego początku tego cyklu by położyć swoje brudne łapska na „Drabinie Jakubowej”.


Dlaczego?
Ten film jest thrillerem psychologicznym, czyli- obok dramatu psychologicznego- moim ulubionym gatunkiem filmowym. Wyreżyserował go pan Adrian Lyne- to właśnie dzięki niemu, film ten gości na naszych ekranach i pustoszy głowy już od 1990 roku.
Pomimo tego, jaki szmat czasu minął od tamtych lat, to film ten zrobił na mnie powalające wrażenie i przyznam, że wywołał nawet ciarki, a nie jestem jednym z tych boidudków podatnych na tanie sztuczki z horrorów. Ten film nawet horrorem nie jest, a jednak potrafi przerazić. Klimat idealnie trzyma się kupy dzięki długim ujęciom (bez cięć), estetyce starego nagrania, wyblakłej kolorystyce i surowości pokazanych tam lokacji. Jeśli czytałeś „Popodróżujmy” to wiesz, jak kocham surową, zasyfioną, starą, zaniedbaną, miejską scenerię, a tu jest ona mistrzowsko przedstawiona.
Tim Robbins - odtwórca głównego bohatera – robi fenomenalną robotę. Zajebiście poradził sobie w roli Jacoba, dookoła którego dzieją się coraz bardziej niepokojące wydarzenia…

Lekki zarys fabularny:
Jacob wrócił z wojny w Wietnamie i stara się też wrócić do życia jako pan listonosz. Mieszka z młodą, strasznie irytującą mnie, dupą, z którą związał się po swoim rozwodzie. Zaczyna go jakby coś prześladować, miewa także wizje i nietrzymające się kupy, strzępki wspomnień jednej z nocy na froncie. Nie ma pojęcia, o co może chodzić jednak przypuszcza, że rząd może mieć z tym coś wspólnego.
Szuka wsparcia wśród kolegów weteranów, ale nie zdradzę, czy je dostaje.
Szuka też zrozumienia u tej irytującej dupy, która najpierw nawet stara się (oklaski dla niej), a potem przechodzi samą siebie, przekraczając wszelkie granice bycia irytującą dupą…
Z drugiej strony nie ma się, co dziwić, bo dzieją się naprawdę chore rzeczy. Najbardziej mózgojebne są dla mnie sceny goniącego go samochodu, przechodzenia gorączki i pobytu w szpitalu.
W 100% będąc poważnym i szczerym - jestem niemiłosiernie zdumiony, że tyle lat temu pan Lyne był w stanie nakręcić tak mrożące krew w żyłach sceny, że po dziś wywołują one u widza zdruzgotanie. Jest to kolejnym dowodem na to, że efekty specjalne, komputerowe i CGI, wcale nie czynią kina lepszym, a jedynie ułatwiają robotę reżyserom. Lyne poradził sobie z minimum efektów specjalnych i maksimum talentu oraz ciężkiej pracy. Mglistość i minimum koloru (o których już wspomniałem) łączy się tu z wysokim kontrastem, gdzie nieprzenikniona czerń jest wszechobecnie wyeksponowana. W całej historii jedynie masażysta naszego Jacoba jest postacią niewątpliwie pozytywną. Wyróżnia się on na tle całego świata tak, że nawet ludzie kompletnie nie mający styczności ze stylistyką kina, potrafiliby to dostrzec. Zawsze skąpany jest on w śnieżnej bieli. Mimo, że czerń i tak ją przyćmiewa,  jest to jedyna, tak „wybielona” postać w całym filmie. Uśmierza on ból Jacoba, służy mu dobrą radą i w pewnym momencie wyciąga go z niemałych tarapatów składając mu niespodziewaną wizytę. Ma on niemalże boski wymiar- jak dobry duch wyciągający go z objęć piekła. Z czasem poznajemy także drugą, otoczoną bielą postać, jednak to dopiero pod sam koniec. Można jednak domyślać się, kim ona jest, śledząc uważnie historię przeszłości Jacoba.
Tak samo jak w „Obłędzie” mamy tu sporo puzzli, które musimy sobie poukładać, jednak droga interpretacji jest tu o wiele szersza i pozwala na więcej opcji zrozumienia tego, co zobaczyło się na ekranie.
Pierwszą i najważniejszą zarazem konkluzją jest ta, iż wojna nie niesie za sobą niczego dobrego. Na samym końcu mamy już zaznaczone, co prawdopodobnie wydarzyło się w Wietnamie. I nawet jeśli teoria dotycząca ingerencji władz mimo wszystko nie byłaby prawdziwa, to wciąż sam koniec podkreśla, że wojna to nic dobrego. Gdyby nie Wietnam wszystko potoczyłoby się inaczej. Gdyby nie okrucieństwo wojny, wszystko skończyłoby się inaczej. Cierpienie ludzi nie jest drogą prowadzącą do jakiegokolwiek satysfakcjonującego rozwiązania. Mogę pokusić się nawet o stwierdzenie, że cierpiętnicze wystawianie swoich flaków na ostrzał nie jest objawem bohaterstwa, ale szaleństwa i przedsionkiem samego czyśćca.
Skończmy z wojnami, nieśmy miłość.
Make love, not war.
Pomimo okrucieństw wojen światowych, holocaustu, wietnamskiego horroru, niezliczonych krwawych konfliktów i wojen domowych, wojen pozycyjnych, totalnych, religijnych, kolonialnych,  kolejnym pokoleniom WCIĄŻ trzeba tłumaczyć, a nawet i udowadniać, że przemoc nie jest rozwiązaniem…
Tak, jak z dziećmi- o niektórych rzeczach muszą się nauczyć na własnej skórze, ale zawsze chce się je przed tym ustrzec. Niestety historia pokazuje, że ludzie zamiast zapamiętywać sobie wymiar strat ludzkich, zapamiętują sposoby na zadawanie innym bólu. Te ewoluują i wciąż się mnożą, dają oprawcom nowe możliwości by umyć sobie ręce z krwi lub przy pomocy coraz mniejszych środków zaszkodzić większej masie ludzi… A straty tak samo jak były odczuwalne, tak są odczuwalne i będą. Uderzenie w twarz, czy strata dziecka wcale nie bolą mniej od momentu, gdy człowiek stworzył czołg lub bombę atomową. Skala bólu od tysiącleci jest taka sama chociaż świadomość ludzi, ich wiedza i postęp cywilizacyjny (podobno) z czasem poszły na przód. Zatem czemu kolejne kraje wydają za coraz to inne waluty wciąż nowe rodzaje broni po to by ranić nowe pokolenia ludzi poległych niegdyś na wojnach w imieniu… pokoju.
Czemu polacy, którzy zaznali tyle bólu ze strony nazistów sami stają się powoli nietolerancyjni do tego stopnia, że grożą swoim mniejszościom śmiercią np. przez zagazowanie…
Gdzie jest logika?
Gdzie jest pamięć?
Gdzie szacunek dla pradziadka, który poświęcił życie by Auschwitz zostało zamknięte, skoro teraz „prawdziwi polacy” grożą „gorszemu sortowi”, że otworzą je na nowo by móc ich wyplenić…  Gdzie szacunek dla pradziadka tego pradziadka, który walczył o niepodległość polski by teraz będąc w tym wolnym kraju jakaś druga grupa polaków nie miała prawa chodzić po WASZEJ wspólnej ziemi? Gdzie szacunek dla pradziadka pradziadka tego pradziadka, który walczył byście mogli w swoim domu mówić po polsku, a ty dziś nie pozwalasz innym polakom na słowa miłości w WASZYM wolnym języku? Gdzie szacunek dla pradziadka pradziadka pradziadka tego pradziadka, który bronił podczas wojen domowych np. w czasie konfederacji barskiej przed rozebraniem tego kraju na części pierwsze, kiedy ty dziś chcesz podzielić polaków na kolejne grupy, tylko po to, bo nie podoba ci się WASZA wspólna przynależność narodowa? Gdzie szacunek dla pradziadka pradziadka pradziadka pradziadka tego pradziadka, który bronił kraju przed destrukcyjnymi najazdami obcych krajów skoro, ty teraz chcesz grozisz wojną krajom, które dają ci miliardy na rozbudowę, naprawy i rozwój, a w zamian chcą tylko wspólnoty gospodarczej i utrzymaniu z nimi pokoju? Gdzie szacunek dla pradziadka pradziadka pradziadka pradziadka pradziadka tego pradziadka, który walczył by po złamaniu zasad konfederacji warszawskiej w polsce wciąż panowała tolerancja religijna, gdy dzisiaj plujesz na islamistów, gardzisz żydami i nazywasz każdego księdza pedofilem? Gdzie szacunek dla pradziadka pradziadka pradziadka pradziadka pradziadka pradziadka tego pradziadka, który był twoim krewnym i walczył o to, by WSZYSTKIE pokolenia jego prawnuków mogły być szczęśliwe i wolne, gdy ty dziś myślisz jakby tu swojemu bratu zrobić krzywdę? Wymiar takiej ironii losu powinien dostać nową definicję w słowniku…
Może przesadzam? Może nie jest to w 100% zgodne, bo czasy przecież się zmieniały. Niezmiennie jednak poprzez tamtą przemoc chciano abyś ty dziś żył w świętym spokoju, a nie wymyślał, knuł, krzywdził i szczuł ludzi dookoła, powołując się na swoich przodków, bo wydaje ci się, że masz większe prawo do życia, niż osoba o innym kolorze skóry, czy kochająca kogoś, kto akurat nie jest w twoim guście…
Wojny nie przynoszą nic prócz kolejnych pokoleń paranoi, dat śmierci, miejsc kaźni.
Jakbyś ty wyzywał (Bogu ducha winnych) żydów albo rzucał kamieniami w ludzi na paradzie równości, a w domu twoje dziecko by tego wszystkiego słuchało, brało przykład na przyszłość i powielało to, czy czułbyś się dumny i spokojny, że wyrośnie z niego porządny człowiek? Rusz choć raz na trzydzieści lat głową i zastanów się nad konsekwencjami swojej nienawiści do innych. Przemoc rodzi tylko przemoc. Więc może kiedyś dzieci tych dręczonych ludzi patrzące na to, jak ty traktujesz ich rodziców, będą mściły się za to na twoich dzieciach? Dziś ty ich kijem, jutro oni ciebie nożem… A po co to wszystko? Pamiętasz „Naszą Klasę”? Chcesz by dzieci tak skakały sobie do gardeł? Chcesz by słupki statystyk prześladowań rosły? Po co kultywować kolejne wojny? No kurwa, napisz w komentarzu, po co?
Każdy z nas może się wypowiadać zarówno za, jak i przeciw czemuś, ale nie krzywdzić!
Nie nawołuj do przemocy! Nie przymykaj na nią oka! Nie popieraj jej… Zawsze można iść na ugodę.  Zawsze można się jakoś dogadać, o ile żadna ze stron nie szuka rozlewu krwi. A nawet, jak szuka, to da się agresji zaradzić.
Sam nie lubię Januszy i Grażynek, które gówno wiedzą, a się wypowiadają. Miejscami są kompletnymi matołami i nie potrafią nawet po chodniku chodzić , ale nie rzucam w nich kostką chodnikową ani nie klnę na nich na ulicy. Mogę napisać wiersz jeden lub drugi, ale po to, żeby pokazać, że bezmyślność albo ślepe naśladowanie innych jest głupie. Nie robię tym krzywdy i nie zrobię.

Kolejnym wnioskiem z „Drabiny Jakubowej” jest to, że cierpienie zawsze jest złe i czasem nie bierze swojego źródła u innego człowieka, ale w zwykłym nieszczęśliwym zbiegu okoliczności. Nic nie da się zrobić, a uczucie pustki, niesprawiedliwości, czarnej rozpaczy pozostaje. Śmierć zawsze kogoś boli i zostawia w kimś wewnętrzną gangrenę która niesie za sobą zepsucie i cierpienie. „Drabina Jakubowa” pokazuje jak wielowymiarowe potrafi być cierpienie. Cierpienie po stracie najbliższego, po traumatycznych wydarzeniach, po fizycznych ranach, podczas choroby, poprzez niezrozumienie, po odrzuceniu, przez samotność i niesprawiedliwość… Wszystko to spotyka Jacoba i widzimy na własne oczy, jak beznadziejny jest los przechodzącego przez to wszystko człowieka. 
Bolało cię kiedyś coś? Ząb? Ucho? Gardło? Głowa? Odejście bliskiej osoby? Zdrada? Doskwierał ci ból istnienia? To, że Rychu Peja ma szanse uczciwie zarobić?Cierpienie jest nieodłącznym elementem życia i tak często spada na nas samo z siebie. To teraz pomyśl, czy warto jest własnoręcznie, sztucznie rozszerzać światową epidemię bólu dalej, czy starać się małymi krokami powstrzymywać ją, leczyć, zapobiegać jej?
W Europie od jakiegoś czasu jest pokój, a sama koncepcja konfliktów zbrojnych jest tak przerażającą wizją, że stała się tematem niemalże tabu. Chociaż zawsze znajdzie się osoba, która swoją wewnętrzną gangreną stara się zarazić innych, to miliardy ludzi mają dziś nadzieje na to, że nikt nie rozprzestrzeni już jej tak, jak udało się to zrobić kilkadziesiąt lat temu.
Pozostaje nam dbać o dogłębną eksterminację cierpienia, bólu oraz agresji ze swojego otoczenia i modlitwa o to, by zwyczaj masowego wyrządzania krzywd nie był powielany, a historia nie zatoczyła kolejnego koła… Dla bezpieczeństwa twojego i twoich prawnuków, amen.

Drabina nie była nagradzana i nie skomentuję tego, bo nie wolno uprawiać przemocy.
Ja oceniam ją maksymalnie i radzę by upić się dopiero po obejrzeniu tego obrazu, a potem wziąć sobie do serca to, jakie niesie przesłanie.

Następnym, filmem (już z przymrużeniem oka) będzie „Wyspa Ostatnich Zombie”. Polecam się tam wybrać, żeby przyjrzeć się dokładnie, jak nie należy kręcić horrorów.



Wszystkie recenzje można znaleźć TUTAJ

Komentarze