#23 Wywód Recenzyjny


Pamiętam to uczucie, kiedy byłem mały, a mój dziadek oglądał westerny w tv i już od samego głosu tego starego lektora, dostawałem wrzodów na mózgu. Oglądałem kiedyś co prawda „But Manitu” i mnie rozbawił, ale to była bardziej beka z westernu niż sam western, podobnie z „1000 sposobów jak zginąć na dzikim zachodzie”. Próbowałem się jakoś przemóc, ale oficjalnie został on najbardziej znielubionym przeze mnie gatunkiem filmowym.
I chyba tylko ślepota losu wraz ze świetnie nakręconym trailerem, zachęciły mnie do tego, żeby zabrać się za „Nienawistną Ósemkę” - jedyny film z tego gatunku, który nie dość, że mi się spodobał, to jeszcze oglądałem go już kilka razy. Pora porozmawiać o kinie Quentina Tarantino.

Dlaczego?
Z nazwiskiem Quentina Tarantino zetknąłem się po raz pierwszy w gimnazjum, kiedy jedna z koleżanek miała na niego fazę i wychwalała jego kino pod niebiosa. Potem tylko kolejne opinie o jego filmach i znane tytuły w jego reżyserii śmigały mi przed oczami, a ja starałem się być nieugięcie obojętny. Pierwszym z jego filmów była „Nienawistna Ósemka” lub „Django”. Zastanawiałem się, czy by tutaj nie walnąć „Django”, ale kryminalny charakter „Nienawistnej Ósemki” był mi bliższy niż tematyka segregacji rasowej; chociaż w tym dziele było jej trochę.
„Pulp Fiction” jakoś mi nie podeszło; nie trafiło do mnie. O „Sin City” trochę już mówiłem, ale to nie był w 100% jego film. Podobnie z „Od zmierzchu aż do świtu” na którym świetnie się bawiłem, gdzie Tarantino pełnił rolę scenarzysty (i jednego z aktorów), a samym reżyserem był (również) Robert Rodriguez.
„Czterech pokoi” (też z Rodriguezem), „Bękartów wojny” i „Wściekłych psów” nie widziałem, więc co ja się w sumie wypowiadam… Ano wypowiadam się o tym, co już widziałem i czemu już winszuję. Obie części „Kill Billa” były dla mnie super. „Django” tak samo lub jeszcze bardziej, ale no jednak „Nienawistna Ósemka” jest moją ulubioną z jego produkcji.
Co ten Tarantino ma w sobie, że się o nim mówi? Ma dryg do tego, co robi. Świetnie bawi się ujęciami, dynamiką obrazu, dialogami i projektem całej historii. On inaczej podchodzi do reżyserii swoich filmów od większości swoich kolegów po fachu. Facet przełamuje czwartą ścianę nawet bez zwrotów do widza, ale samym prowadzeniem fabuły. Głownie naturalność dialogów i genialne zdjęcia sprawiają, że czuję się jakby wszystko to działo się na moich oczach. Poniekąd dzieje się, ale trochę inaczej niż w mojej głowie. Niewyparzona gęba jak u Kinga… No i krew. Tarantino to King kina.

Lekki zarys fabularny:
W jednej knajpie, na końcu świata, w potwornej śnieżycy spotyka się poprzez zrządzenie losu ośmiu gości, którzy mieszając się ze sobą tworzą prawdziwą mieszankę wybuchową. Łowcy nagród, stróże prawa, wyjadacze wojenni i zimna suka z przestępczego gangu. Szybko jednak się okazuje, że ktoś z tego niebezpiecznego grona sukinkotów wcale nie jest tym, za kogo się podaje. Z racji, że nikt się w tańcu tam nie opiernicza, to podejmowane są środki bezpieczeństwa, żeby po zawierusze móc rozejść się w pokoju. Oczywiście średnio to wychodzi.
Napięcie w powietrzu można kroić nożem. Praktycznie od pierwszych scen czekałem na to, aż to wszystko pieprznie.
Zresztą to właśnie ten film i to napięcie były dla mnie bodźcem do napisania „Dziennika Mashi 07.07.3109"
Historia jest tak poprowadzona, jakby ktoś pijany zaczął opowiadać na imprezie, jak ostatnio poszedł załatwiać coś w urzędzie. Pełna zwrotów akcji, niespodziewanych retrospekcji, wyeksponowanych elementów pozornie niemających znaczenia, skrajnych emocji i trupów w szafie. Tak właśnie wygląda załatwianie spraw w polskich urzędach.
Ostatnim razem gdy do tego doszło padał deszcz. Wiem gdzie. To były warszawskie Włochy. Kilka ładnych lat minęło od tego dnia, jak przyniosłem tam swoje dupsko razem z kopertą wypełnioną szmalem. Kilkoma tysiącami złotych w oznaczonych banknotach. Przekroczyłem próg i od razu stanąłem twarzą w twarz z twarzami. Nienawistne starcze oczy wbite w moją cherlawą, przemoczoną posturę oceniały mnie, knuły przeciw mnie i ćwiartowały moje – wciąż jeszcze ciepłe – zwłoki.
Rozpiąłem czarny ortalion, zdjąłem kaptur i zignorowałem świdrujące mnie spojrzenia. Zesłały mnie one już w mroki swych źrenic i zdawały się przesądzić mój los. Ja jednak w tamtej chwili byłem kowalem swego losu i miałem głęboko wywalone to, co maleńkie móżdżki pospólstwa wyobrażają sobie na mój temat. To było nieistotne. Liczył się cel i to, że jestem wojownikiem. Jestem niezależnym żołnierzem własnej sprawy, który już za chwile niechybnie wbije kij w mrowisko na środku gniazda jadowitych, latających, wodnych węży dusicieli dzielących swe legowisko z olbrzymimi skorpionami cesarskimi. Po dziś dzień pamiętam zimną stal swoich jaj, kiedy przebijałem się przez mokry motłoch stawiający twardy opór. Zdawali się być bardziej niedowidzący niż ślepi. Czułem, że ta ignorancja odbywała się z pełną premedytacją. Mało tego – to była bezsłowna, cicha, społeczna zmowa przeciw mnie. Na tyle cicha, że krzyk mych bezczelnych ramion przebił się przez nią i tak stanąłem przed samym oknem, w kierunku którego patrzyli pozostali, gdy tylko zdjęli ze mnie spojrzenia ciężkie od kilogramów udręki i zgryzoty. Gdy stałem przed tłumem poczułem satysfakcję. To było moje miejsce i bez wątpienia jedynie ja o tym wiedziałem, co tym bardziej czyniło mnie „kimś”.
Gdy jeden z ludzi odwrócił się w stronę wyjścia, po tym jak udało mu się załatwić swoją sprawę, ja paroma szybkimi krokami zająłem jego miejsce. Wtedy usłyszałem to, na co czekałem. Ten syk nienawiści. Poczułem wbijające się w moje plecy, nogi, pośladki, lodowatą stal grotów wylatujące z kolejnych czarnych źrenic. I do tego ten ochrypły głos. Pełen nienawiści i pogardy. Obrzydliwy. On nie powiedział tego do mnie, on te słowa na mnie wyrzygał. Zwymiotował swoją niewypowiedzianą złość wprost na mnie razem z jadem i kwasem.
- Przepraszam, tu jest kolejka.
Wiedziałem to doskonale. Przecież oprócz tego, że cały ten tłum chowa się tu przed wichurą, stał tu też, żeby „załatwić” swoje sprawy. Wiedziałem, że nie obejdzie się bez potyczki. Młody wiek, pozorny brak doświadczenia w walce z podłością świata… To bez wątpienia był odpowiedni grunt, by wkopać w niego kilka ton trotylu i wysadzić w powietrze.
- Robię wpłatę z „Ruchu”. - Odparłem nie racząc go spojrzeniem. Wiedziałem, że gdy tylko skrzyżowałbym je, konfrontacja byłaby nieunikniona.
Poczułem stal pod gardłem. Siwa kobieta w karmazynowej czapce ze sznurkiem wystającym w jego środka, była bliska by poderżnąć mi gardło.
- Nie sądzisz, chyba że ujdzie ci to płazem, kanalio?
W mgnieniu oka wyjąłem dwa załadowane rewolwery i jednym z nich wycelowałem w nią, zaś drugim w niego. Westchnąłem.
- To zajmie 15 sekund i rozejdziemy się. Nie zależy mi na rozlewie krwi.
- Gówno mnie obchodzi na czym ci zależy. - Odpowiedział facet z mojej prawej. Trzymał w dłoni coś twardego. Chyba kamień. Nie wiem. Widziałem to tylko kątem oka. Byłem skupiony na tym, żeby trzymać pion i pewność siebie. Przeraża ich to, bo żywią się ludzkim strachem. – Ja chcę odebrać aviso i rozwalić komuś łeb. Chcę tego. Tu i teraz! – Jego ton zmieniał się jak w kalejdoskopie. Był obłąkany. Głodny mordu. – Chce flaków walających się po podłodze! Krzyków i płaczu! Błagań o litość i szybką śmierć!
Jego dłoń trzęsła się w amoku. Byłem gotowy do wystrzału, ale szał chyba go sparaliżował.
Starucha posuwała lekko nożem po mojej szyi.
- Zabierz to. – Zwróciłem się do niej.
- Zabieraj się stąd. Nie wiesz, z kim masz do czynienia? Nie wiesz, z kim zadarłeś? To mój rewir, szczeniaku. – Powiedziała i splunęła na podłogę. Prawie trafiła w mój but. O mały włos.
- Nie mam zamiaru się tłumaczyć. Robię, co do mnie należy.
- Więc zginiesz w słusznej sprawie. Oby Bóg miał cię w opiece, jak już rozpłatam ci gardło. – Powiedziała na jednym wdechu.
- Nie tutaj umrę i nie z twoich rąk. Łapska precz, raz jeszcze uprzedzam. Jestem tu z „Ruchu”.
- Pokaż uprawnienia. Jakiś identyfikator, bo inaczej rozwalę ci czaszkę, a potem znajdę i wymorduje cały twój ród. – Odezwał się mężczyzna z prawej.
Milczałem. Trzymałem pion. Minęło pół minuty od kiedy położyłem kopertę z wpłatą na ladzie. Nie zwrócili na to uwagi. Kobieta po drugiej stronie przyglądając się zajściu podała niewzruszona potwierdzenie dokonania wpłaty i odparła:
- Z „Ruchu” wchodzą bez kolejki.
- To nie sprawiedliwe! – Krzyknął facet. – To oszust. Niech udowodni. Zdejmuj koszule! Niech ktoś da mi bat, nauczymy tego śmiecia, że na poczcie trzeba stać pierdolone dwie godziny w kolejce. - Uniosły się głosy. Nastało poruszenie.
- Cisza! – Odparła kobieta zza lady. – Na mojej warcie nie ma tutaj chłosty.
- Ukamienować! – Warknęła ta z nożem.
- Ukrzyżować!
- Rzucić truchło psom na pożarcie!
- Powiesić na rynku, niech widzą jak kończą oszuści i przepychacze w kolejkach.
Kolejni ludzie nakręcali się. Nastał chaos; na niego czekałem.
W mgnieniu oka odepchnąłem starą wiedźmę z nożem, chwyciłem kwitek i odwróciłem ignorując resztę napastników.
W moim kierunku leciały bluzgi i niesprecyzowane uderzenia, których unikałem. Co raz podstawiano mi nogi. W końcu otoczyli mnie. Byli wszędzie.
- Dokąd to? Myślisz, że możesz od tak teraz wyjść? – Powiedział brodaty mężczyzna z kowalskim młotem w ręku.
- Rozwal mu kolana, żeby nie mógł uciec! – Krzyknęła jakaś dziewczynka zza pleców.
Czułem smród i gorąc czyjegoś oddechu na karku. Wyciągnąłem rękę ku górze i z trzymanego w niej pistoletu wystrzeliłem ostrzegawczo.
Napastnicy odeszli na krok.
- Wychodzę. – Powiedziałem i pewnym krokiem przeszedłem między dwoma gorylami zapinając kurtkę i zaciągając kaptur.

Tak mniej więcej było. Może niedokładnie, ale coś koło tego.
Polecam „Nienawistną Ósemkę” - był bardzo podobny w odbiorze.

Oglądaj jak chcesz, ja raz na trzeźwo, raz nie i za każdym razem było mi świetnie.
9/10 w mojej ocenie.

Następnym filmem miał być ten „mocniejszy”, ale z racji tego, że zbliżamy się do filmów z kategorii „Boska Symbolika” to odpuszczam tym razem i daję tytuł neutralny. A jak już przy ludziach i przy nienawiści jesteśmy, to omówię „Dwunastu gniewnych ludzi” z 1957 r.



Wszystkie recenzje można znaleźć TUTAJ

Komentarze