#17 Wywód Recenzyjny
Każda z animacji, które tu przedstawię będzie nieco innego
typu. Dzisiejszą jest forma komiksowa, która robi takie wrażenie, że zwaliła
mnie z nóg już podczas oglądania jej pierwszych scen. To nie jest kreskówka,
ani jakieś anime- to coś kompletnie innego. Robert Rodriguez i Frank Miller byli
tymi niegrzecznymi chłopcami, którzy w 2005 zrodzili pierwsze miasto grzechu. Bardzo
niegrzecznymi chłopcami. Pewnie dlatego, że do płodzenia tego dzieła przyłożył
się też Quentin Tarantino? „Sin City” to nie miejsce dla mięczaków. Chociaż sam
jestem mięczakiem, to klimat tego miejsca pochłonął mnie jak czarno-biała
dziura z epizodycznymi czerwono-złotymi wstawkami.
Dlaczego?
Już od pierwszych sekund wiedziałem, że ten film warto jest
polecić innym niezależnie od tego, jaka będzie jego fabuła. Chodzi mi o niespotykany,
innowacyjny styl i formę. Ekipa odwaliła tu gigantyczny kawał dobrej roboty. Mega
efektywne przejścia, dynamiczne i żywe zdjęcia, bezbłędna gra świateł, a całość
odziana jedynie odcieniami szarości, czerni, bieli oraz wyżej wspomnianymi już elementami
o barwach czerwieni i złota. Graficznie ten film to istny majstersztyk
stylizowany na ekranizowany komiks; na ruchome obrazki prawdziwych ludzi.
Budżet tego cudeńka to 158 753 820$, co stanowi
dość sympatyczną liczbę, czyż nie? W Cannes „Sin City” zdobył Technical Grand
Prize i nie jest to dla mnie absolutnie żadnym zaskoczeniem.
Dodatkowo, w miejscach pozbawionych dialogów, towarzyszą nam
niejednokrotnie nasycone eterycznym oniryzmem komentarze bohaterów
pierwszoplanowych. Taki narrator opowiadający historię, z tonem stereotypowego,
zmęczonego tudzież wypalonego zawodowo i życiowo detektywa z brutalnego
kryminału (którym właśnie jest ten film). Krótkie wstawki - mocne przesłanie.
Enigmatyczne, ale wymowne opisy. Nie pierdolą się w tańcu. Czasem mam wrażenie,
że język scenariusza jest całkiem podobny do mojego własnego, stąd tak mnie urzekł.
Od samego początku towarzyszy nam kilku niebezpiecznych i piekielnie
charyzmatycznych twardzieli. Spartańsko wychowują nas, gdzie się właśnie znaleźliśmy,
jaki mamy przed oczami świat i jakie kanalie w nim żyją.
No i oczywiście jest tu Marv w którego rolę wciela się Mickey
Rourke, którego w tym filmie wprost ubóstwiam.
Lekki zarys fabularny:
Mamy trzy różne historie. Osadzone w różnych (miejscami
przeplatających się) liniach czasowych.
Opowiem o nich w kolejności czysto subiektywnej, od
najlepszej do najmniej zajebistej.
Moją ulubioną jest historia Marva, który nie jest
człowiekiem- jest pieprzonym minotaurem. Kwadratowa kupa mięśni. Ciężki,
twardy, jednym słowem „gęsty” typ. To nie jest już nawet maszyna do zabijania
tylko czołg do masakrowania. Koleś sprawia wrażenie nieśmiertelnego monstrum z tytanową
płytką w jajach i silnikach spalinowych w bicach. Nie doświadczył on
prawdziwych uczuć ze strony ludzi, oprócz pewnej przepięknej prostytutki
imieniem Goldie. Złociutka rozkochała go w sobie pewnej nocy, a gdy ten się
przebudził, była już martwa. Ktoś podkradł się i pod samym nosem tego chłopa zabił
mu kochankę, którą dopiero co zdążył obdarzył uczuciem. Oczywiście huragan
zemsty Marva był nieunikniony. O dziwo ten tytan nie wpadał we wściekłość- był
opanowany i miał pełną świadomość tego, że nie ma w Sin City nikogo tak
powalonego jak on. Prawdopodobnie… Historia jest pełna intryg, dramatu, krwi,
krwi, krwi i czarnego humoru.
Obok wątek zbliżającego się do emerytury detektywa Johna Hartigana,
granego przez Bruce’a Willisa, który to chce uratować 9-letnią Nancy z rąk pedofila.
Niesłusznie zostaje on osadzony w więzieniu na wiele lat, gdzie nie może pisnąć
słówkiem na temat tego, co faktycznie stało się podczas tamtego pamiętnego
starcia z obleśnym antagonistą. Wątek przeplata się w pewnym momencie z Marvem,
który pomaga Hartiganowi rozwalić kilku gości. Więcej nie zdradzę, bo
wystrzegam się spoilerów.
Ostatnim bohaterem jest Dwight, a odtwórcą jego roli- Clive
Owen. Jego otacza wianuszek dziwek oraz drani szukających jakby się nimi bezlitośnie
pożywić. Marva niestety tu już nie uświadczymy. Uświadczymy jednak dzielnicę
starego miasta, gdzie prawo stanowią właśnie kobiety ulicy. Policja nie ma tu
wstępu, a na straży pokoju stoi grupa nowożytnych walkirii, wśród których jest boska
azjatka- Miho. Malutka, zgrabniutka i cichutka, a przy tym niebezpieczna i
mordercza niczym żeńska wersja Marva. Z tym, że ona ma katanę, a tamten
rozwiązywał sprawę głównie swoimi wielkimi łapskami. Wracając do wątku Dwighta-
wpadł on w spore tarapaty i wraz z dziewczętami próbuje z nich wyjść.
Chociaż fabuła gra tu drugie skrzypce- bo film ten stoi
formą- to jego treść i przesłanie także są zajebiste. Surowy, miejski klimat (mój
ulubiony) Miasta Grzechu, estetyka miasta zepsutego od środka i ludzie kierujący
się własnymi uczuciami, personalnymi zasadami i żyjący niezależnie od prawa,
którego „stróżami” są przeważnie skorumpowani ciule- fantastyczny obrazek,
prawda? Spośród sporów i brutalności, mroku jak i szarości rzeczywistości wyłaniają
się śmiałe, prawdziwie ludzkie emocje, które sprawiają, że nawet czołg do
masakrowania serii „Marv-2005” wciąż nie działa bez motywów dyktowanych wprost
z własnego serca. Dla dobrych idei działają nieraz nawet i skończeni dranie-
nie oceniaj książki po okładce... W tym przypadku- komiksu.
Polecam też kontynuację- „Sin City: damulka warta grzechu” z
2014. Ciut gorszy niż część pierwsza, ale również mnie oczarował (i jest tam
też Marv).
Film dostaje ode mnie twarde 9/10.
Można obejrzeć samemu, można z kumplami, można z alkoholem,
można też bez. Sin City to w końcu dowolność wyboru środków w każdej słusznej
sprawie.
Następną perełeczką będzie, ukochany przeze mnie od samiutkiego
już dzieciństwa rasowy dog i detektyw, w długometrażowym- „Scooby Doo: Na Wyspie
Zombie”. Polecam calusieńkim sobą.
Komentarze
Prześlij komentarz