Yti telefon babcia


Ćwokonator
Yti telefon babcia



- Możemy pogadać? Ja, wasz kumpel, chcę pogadać i pobawić się w różne pasjonujące rozrywki, które tylko mi zaproponują moi najdrożsi z całej szkoły. Spędźmy więc ze sobą czas szkolny, jaki nam pozostaje. – Zaczął Ćwokonator. Mówił tak szybko i wcale nie przerywał, że z braku tlenu zrobił się czerwony.
- Przecież codziennie tak jest- gadamy i spędzamy czas, więc po co ta przemowa zajmująca prawie trzy linijki? – Zauważył Smyk.
- No właśnie, o co chodzi? – Rzekła Brunetka.
- Dzisiaj popołudniu jadę do babci Stefanii.
- No i co w tym złego?
- Poza tym, że mieszka w Ruderowilicz, za cmentarzem, ze strychem z półtora-metrowymi pająkami, w chałupie gorszej od tej dr. Fiksurdyndum i prof. Szajbusa, to nic…
- Yyy…?
- Pojedźcie, ze mną, proszę!
- Spoko! – Odpowiedzieli.
- Seryjnie?!
- No jasne! – Wzruszył ramionami Frajerosmyk.
- Wielkie dzięki, Smyku. A ty, co na ten temat myślisz?
- Ja? – Zająkała się Brunetka. – No jak mama się zgodzi, a poza tym razem pokonaliśmy filofana, powstrzymaliśmy deszcz bażantów i złapaliśmy kopnięty gobelin, to zaliczenie twojej babci to pryszcz i krosta! – Powiedziała po przemyśleniu, dziewczynka.
- A poza tym, nie ma się co bać, twoja mama nas przecież podwiezie! – Dodał Smyk.
- W tym problem!
- Jaki problem? No to będzie to tylko podróż busem.
[Ona nic nie wie- „będziemy w zwykłym, cywilizowanym miejscu” – powiedziała. Nie prawda! Będziemy na…]
- Felerny przystanek?
- Dokładnie… A ty myślałeś, że jakiś normalny, jak w centrum? – Mówił Ćwok, gdy trójka patrzyła już na opuszczony barak z napisem: „AUTOBUS”
Podeszli z niechęcią, gdy Ćwokonator z książką od historii geografii mówił:
- W tym oto miejscu było lotnisko wojenne, a dokładnie tu palili wiedźmy na stosach. Brat Merlina- Bernin został tu pogrzebany żywcem!
- Gdzie?
- Tutaj, pod ławką! Od piętnastu lat lotnisko jest niezamieszkane, mimo iż ludzie mówią, że widzą tam latające samoloty, które startują w godzinach od 19:00 do 21:30, a lądują od 6:00 do 7:20. Czasami widać tu także szkielety!
- Co !?
- Szkielety… Ludzie też mówią, że na tym przystanku jest tylko jedna osoba, która od dwóch lat czeka na swój autobus i w strachu przed Berninem chowa się w śmietniku.
- Łał!
- No… - Nagle zobaczyli, że ktoś wychodzi z kosza. Był to wysoki brunet z przymrużonymi oczami i smutnym wyrazem twarzy.
- Wy też czekacie? – Odezwał się unosząc wysoko brwi.
- Tak.
- Ostatni raz, kiedy coś tu przyjechało, to samochód rozwożący ten plan jazdy – Powiedział, wskazując na słup z umieszczoną na nim kartką. Frajerosmyk podszedł do niego i zobaczył:




- W dwóch miejscach jest zniszczona godzina!
- Trafne spostrzeżenie! – Powiedział człowiek, po czym zemdlał.
- Co mu się stało? – Spytała Szurnięta Brunetka.
- Nie wiem! Patrzył tam i zemdlał. – I wtedy wszyscy odwrócili się w przeciwną stronę i zobaczyli parę świecących, zwierzęcych oczu, zmierzających ku nim. Nie widzieli jednak, co to dokładnie jest, ponieważ było już ciemno, ale po paru sekundach , okazało się, że był to… autobus „-12”.
Otworzyły się drzwi i z wnętrza wyszedł gruby człowiek z oczami tak miłymi, że Brunetka ociupinę przestała się bać.
- Dzieci? Co wy robicie na tym pustkowiu i to na tym nawiedzonym przystanku?
- Jedziemy do babci Stefanii – Rzekł pewny siebie Ćwok.
- Chodźcie, pojedźcie ze mną!
- Z miłą chęcią lecz ten człowiek czekał na jakiś autobus parę lat i musimy go zabrać ze sobą. – Powiedział Smyk pokazując leżącego na ziemi mężczyznę.
- Zabrałbym stąd nawet własną teściową! – Powiedział miły kierowca biorąc na ręce omdlałego i kładąc go na jednym z siedzeń. – Wsiadajcie, proszę! – Powiedział, kładąc na trzech siedzeniach po kocu.
- Bardzo dziękujemy.
- A gdzie was mam podwieźć, droga młodzieży? – Spytał się żartobliwym tonem.
- Do Ruderowilicz.
Kierowca zbladł i natychmiast odparł:
- Oj, dzieciaki. Widzę, że szukacie przygód, ale tam ich nie znajdziecie. To koszmarne miejsce. Najpierw jesteście tu, potem chcecie tam, jak tam można dzieci same puszczać w takie miejsca?
- To do babci…
- No podwiozę was, czemu nie, ale jak po karetkę do mnie nie dzwońcie potem… - Powiedział znowu człowiek.
Dzieci widziały podczas drogi, że na polu za przystankiem rzeczywiście ktoś się kręcił.
Udało im się szybko dostać na miejsce.
- Ruderowilicz, straszne miejsce. – Powiedział po cichu kierowca otwierając drzwi autobusu. – Jesteśmy na miejscu. Wychodźcie dzieciaki, bo muszę stąd szybko zjeżdżać.
Myśleli, że tak tylko mu się powiedziało, ale rzeczywiście odjechał o wiele szybciej i bardziej nieostrożnie niż wcześniej.
- Tutaj, Kamilku! – Usłyszeli wołanie.
- Babcia! – Krzyknął uradowany Ćwokonator. Inaczej sobie wyobrażali jego babcie- małą, w okularach i wełnianych fatałaszkach. To była wielka kobieta w okularach przeciwsłonecznych i czarnej sukni. – I jak tam wasze pierwsze wrażenie?
- Proszę pana, panie kierowco, proszę zaczekać! – Zaczęły krzyczeć w stronę oddalającego się autobusu.
- Ej! Nie jest aż tak strasznie, nie przesadzajcie…
- Nie tak strasznie?! – Oburzył się Smyk. – Na niebie nie ma słońca, okolice oświetlają tylko ledwo działające latarnie wyglądające jak z horroru, a twoją babcie już widziałem, jak wkładała Jasia do pieca, w jednej z baśni Andersena!
- Babcia brała udział w sesji zdjęciowej do filmu, ale do „Bazyliszka” i to tam, grała główną rolę. – Powiedział z dumą, chłopiec.
                Kiedy udało się mu uspokoić kolegów to jednak poszli z nim i babcią Stefanią do domu. Na kolację były jakieś dziwne klopsy, ale na szczęście z polewą- albo majonezem, albo ketchupem- wszyscy musieli zdecydować, co wybrać.
[Potem poszliśmy do pokoi. Brunetka przez cała noc się darła, a przecież dostała najwięcej miejsca, bo najwygodniejsze łóżko było w pokoju na strychu. Dostała nawet od babci młotek na prezent powitalny. Użyła go kiedy zobaczyła prezent dla Frajerosmyka- nietoperza. Potem, jak już poszła do siebie to cały czas waliła nim w podłogę. Rano jej nie poznałem.]
- Brunetka? – Spytał się Smyk widząc zamiast uczesanej dziewczyny, która zawsze miała klasę i nudne zasady, dzicz. Dosłowny przykład kobiety neandertalczyka siedzącej obok przy jednym stole.
- Cześć! Pomalowałam pokój bardziej w moim guście…
- A skąd miałaś farbę?
- Sami zobaczycie, nie chcę o tym mówić przy jedzeniu. – Powiedziała jedząc wczorajsze klopsy.
Kiedy weszli na górę, wszyscy osłupieli, bo cały jej pokój był we krwi.
- Co ty zrobiłaś? – Spytał opanowany Smyk.
- Zatłukłam wszystko, co chodziło, skakało, pełzało, latało i pływało na tym strychu.
- A co, to niby jest? – Zapytał widząc coś na suficie suficie.
- A, on jest oswojony.
- OSWOJONY?! – Przyjrzał się. – Przecież to gigantyczny pająk!
- No wiem, no i co z tego? Ćwokonator ma bestię z Loch Ness, a ja nie mogę mieć pająka? – Oburzyła się dziewczynka. Ćwok jeszcze dziwił się, jak udało się jej wszystko, co żyje na tym strychu, rozgnieść. W sumie młotek, który dostała przypominał tłuczek do mięsa dla słoni, bo warto wspomnieć, że był niewiele mniejszy od samej Brunetki.
Od razu po śniadaniu babcia zaczęła oprowadzać dzieci i tłuczek Brunetki po Ruderowilicz.
- Tu był wisielec, ale przerobili go na karmnik. A tu palono na stosach zimą, a dziś grzeje się kiełbaski. A tam coś spadło z nieba i zrobili z tego atrakcje.
- Co spadło?
- To długa historia, a więc opowiem w skrócie.
- Słuchamy…
- Pewnej nocy niebo rozbłysło na złoty kolor i trwało to dwie sekundy…
- A to nie była błyskawica?
- Możliwe… Opowiadam dalej: i nagle coś spadło z chmur, rozbiło się w tym miejscu. – Babcia pokazała dzieciom wielką dziurę. – Spadła tu jakaś kula, którą potem zabrali jacyś naukowcy.
- Naukowcy?
- Mieszkali w sąsiedztwie, teraz wyprowadzili się i mam o wiele lepszego sąsiada, bo oni w ogóle z nikim nie rozmawiali. A o znalezisku mówili, że to jakaś magiczna sfera, bo ma poóśmione dno.
- Nie ma takiego słowa.
- No to ma osiem razy większe wnętrze od swojej wielkości. Lepiej?
- Łał!
- Przydać się może kobiecie, kiedy nie chce jej się dźwigać stu walizek z ciuchami. – Zaśmiała się Szurnięta Brunetka.

                Po kolejnym klopsowym obiedzie w domu powstała czteroosobowa kolejka.
- Proszę pani, kiedy Ćwok wyjdzie z łazienki?
- To nie ty siedzisz? – Spytał Brunetki, Ćwokonator.
- No jasne, że nie. A więc to Smyk.
- Nie! Ja jestem tu! – Wyjrzał zza drugiego rogu chłopiec.
- No to, kto tam tak długo jest? – Spytały się dzieci w tym samym czasie.
Drzwi w końcu się otworzyły i wyszła z nich wysoka istota, której nie można było nazwać człowiekiem. Nikt nie jest aż tak owłosiony.
- Przepraszam, pani Stefanio! U mnie remontowana łazienka i musiałem skorzystać.
- Nie ma za co! – Powiedziała babcia z uśmiechem. – To właśnie mój sąsiad.
- Nie, to chyba Yti.
- Sąsiad…
- Yti.
- Dobra, niech wam będzie, ale ja i tak wiem, że mam rację.
Niedługo potem poszli odpocząć po spacerze i obiedzie, do swoich pokoi.
[Brunetka znowu się darła, a ja i Frajerosmyk odkryliśmy coś ciekawego.]
- „Dryn, Dryn” – Usłyszeli.
- Ja odbiorę. – Rzekł Ćwok, podnosząc słuchawkę. – Hallo?
- Czy to zakład pogrzebowy?
- Nie, pomyłka.
- Dziękuję, do widzenia.
- „Dryn, Dryn”
- Hello
- Czy to łowca czarownic?
- Nie!
- Przeprasza…
- „Dryn, Dryn”
- Słucham?
- Palarnia wampirów?
- Nie!
Od dźwięku „Dryn, Dryn” bolała ich już głowa, nie mówiąc już o piskach dochodzących ze strychu. Przestano się już jednak pytać, o to czy to zakład pogrzebowy, cmentarz itp., teraz, gdy obierali słyszeli jedynie ciszę, albo śmiech.
Na szczęście każde spotkanie się kończy.
- Cześć babciu!
- Do widzenia, pani Zakwińska – Pożegnali się przyjaciele Ćwoka wybiegając z domu.


Wszystkie rozdziały można znaleźć TUTAJ

Komentarze