Komentarz od dorosłego autora
Komentarz
Od dorosłego
autora
Ćwokonator podobał mi się
znacznie bardziej niż go sobie wspominałem. Schowany w pudełku był moją
pamiątką, do której jednak nigdy przenigdy nie chciałem zaglądać. Taki
wstydliwy debiut. Jednakże w tamtych czasach dumny.
Obiecywałem, że nie będę
kombinował w treści i poprawiał tylko toksyczne tudzież rakotwórcze błędy. Te
mordercze wstawiałem w formie zdjęć, bo uznałem, że tak brutalne, ortograficzne
tortury na tle takiej genialnej fabuły muszę obowiązkowo pokazać. Bez dowodów w
formie fotografii rękopisu, nikt by mi w to nie uwierzył, ponadto chciałem
pokazać, jak znajomość języka nie przeszkadzała mi w tworzeniu czegoś wielkiego
treścią.
„Wielkiego? Nie przesadzasz”-
Zapytasz.
Wszyscy moi bliscy w podstawówce
doskonale wiedzieli, że to piszę. W dodatku zdawali sobie sprawę, kto jest
czyim odpowiednikiem w świecie Ćwokonatora. Więc wtedy było to dla mnie wielkie
i, w sumie nawet teraz, po tylu latach widzę, ile serca włożyłem w te 179 stron
(zeszytowych) treści. Czasem głupiej, czasem nielogicznej, ale pełnej
nieskalanej, dziecięcej wyobraźni! Towarzyszyły mi przy tym takie emocje, że
zapisywałem wszystko w straszliwym pośpiechu- bazgrałem, rozwlekałem pojedyncze
słowa na całe linijki, a obrazki rysowałem niedokładnie, byle tylko przejść już
dalej.
Dlaczego?
Bo ucieknie…
…Jak zając!
Myśl, pomysł, wena (której wtedy
nie definiowałem).
Liczyło się TYLKO przekazanie
treści zawartej w głowie, bo płynęła ona w formie obrazkowej i trzeba było
zrobić wszystko by zdążyć ją zapisać. Byle jak, ale aby tylko zanotować sobie
jak najwięcej z tego ulotnego, wyimaginowanego filmu.
Czasami tak prędko, że aż
zapominałem zaczynać wypowiedzi bohaterów od następnych linijek i zdanie
jednego bohatera kończyło się myślnikiem i zdaniem kolejnego bohatera. Byłem pędziwiatrem
i to się nie zmieniło, bo wciąż piszę jedno, myślę już o kolejnym, a wymyślam to,
co ma być potem.
Nie zmieniałem ogromu
wykrzykników, nie zmieniałem prostych konwersacji bohaterów. Starałem się być
tylko bezstronnym maszynopisarzem (poprzez rozszyfrowanie hieroglifów i
przepisanie ich na komputer) by ta treść stała się zwyczajnie czytelniejsza.
„Ćwokonator” był w sporej części
pozbawiony opisów przy dialogach, więc czasami ciężko było rozróżnić, kto co
powiedział. Trzeba było się mocno wczytać. Może zniszczyłem to, dodając CZASAMI
w dialogach między trzema lub więcej postaciami, takie skromne „powiedział”, „zapytał”
itp. Starałem się jednak dublować te zwroty, których wcześniej używałem, żeby
nie ubogacać języka. Wciąż próbowałem zostawić brak opisów i surowość fabuły. Treść
czarno na białym.
Niestety ostatni rozdział gdzieś
zgubił logikę podróży w czasie na rzecz popierniczonego ciągu fabularnego (z
którego jestem dumny) więc musiałem ciut go poprawić, żeby zachować sens…
Ktoś (w szczególności ja sam z
przeszłości) mnie może za to znienawidzić. Kiedyś wyznawałem zasadę, że jak już
coś napiszę to można to jedynie podziwiać- poprawki nie wchodziły w grę- bo
obrazów przecież też się już po namalowaniu nie poprawia (wiem, byłem
specyficznym dzieckiem). Błędy, nieścisłości itp. były dla mnie wstydliwe, ale
udawało mi się udawać, że ich nie ma, a jak były to się wkurzałem. Wciąż
wkurzają, ale staram się im zapobiegać zamiast je ignorować (oprócz
przecinków).
Więc jedna moja strona uważać
może, że zbeształem dziedzictwo, zaś druga usprawiedliwiać się, że jedynie
poprawiła sensowność przebiegu zdarzeń. Nie dotykając fabuły, dialogów, ani
opisów (których, jak nie było na początku, tak nie było też na końcu). Nawet tą
końcową, pokraczną, pseudo-inteligentną myśl zostawiłem bez zmian. Dzięki temu czuję, że
skończyłem coś, co dla małego mnie stanowiło podstawę i dowód własnej
twórczości.
Czy zniszczyłem tym samym, coś co
było już ukończonym obrazem mojej wyobraźni? Uwieńczonym niedopowiedzianymi
dialogami, gubiącą się logiką i trudną interpretacją prostej wyobraźni młodego,
ambitnego kandydata na pisarza?
Myślę, że trochę tak. Dołożyłem
tam ten minimalny pierwiastek dorosłego, zmęczonego życiem faceta.
Po co?
Tylko dla czytelności.
Chociaż skoro ja to odczytałem to
inni też chyba by potrafili?
No nie wiem…
Ja widziałem to, co pisałem. Nie
tak dokładnie, ale znałem dobrze charakter bohaterów, którzy w tej treści byli
jednowymiarowi i szarzy. Umiałem dopasować te puzzle tak dobrze, jak nikt inny na
całym świecie.
Bywam trudny w zrozumieniu nawet
teraz, więc być może to wypaczenie logiki było tylko jakąś przeszkodą na drodze
do zrozumienia jakiejś głębi, o której już zapomniałem?
Stoję w rozkroku i nie wiem, czy
być z siebie dumnym, że ta dziecięca książeczka została nareszcie ubrana w
czcionkę „Times New Roman”, czy że została po tak długim czasie skorygowana-
całkiem możliwe że- wbrew woli jej autora. I mam przypuszczenie, że ten dysonans
pozostanie gdzieś w mojej głowie.
Pomijając już to oraz aspekty formy,
chciałbym się odnieść do tego, co się najbardziej liczy w „Ćwokonatorze”, czyli
jego treści.
Z początku mamy banał, potem
łączy się z trochę mniej banalnym banałem. I ta banalność, bananalnych banałów
(nie bananów) zaczyna się przeplatać, wiązać i rosnąć w coś, co finalnie
wygląda niebanalnie i niesztampowo. Jestem z siebie dumny, że byłem w stanie to
zacząć jako coś małego, a skończyć jako kawał fabularnej zupy w której składzie
znalazła się komedia, horror, akcja, przygoda, romans, kryminał, a nawet dramat.
Widoczny był postęp i rozwój w tym, co pisałem. Każdy rozdział był cegłą, z
których ostatecznie powstał dom. Zaczęło się od pestki zepsutego przez robaki jabłka,
a skończyło się sadem- nawiązując do ostatniej wypowiedzi Ćwokonatora.
No właśnie… Co z tym sadem?
Dobre pytanie.
Zastanawiałem się, co mogłem mieć
na myśli w kontekście zakończenia książki, ale na próżno… Wychodzi na to, że za
młodu byłem kreatywniejszy lub chociaż mądrzejszy. Z pewnością jednak ostrożniejszy
i rozważniejszy.
Bardzo jednak jestem z siebie
zadowolony. Dobra robota, młody Buszłyku! Jestem szczerze dumny!
Przebudziłeś we mnie część swojej
wyobraźni, która już dawno była uśpiona. Przebudziłeś dziecko. Zapewniłeś mi
uśmiech i rozrywkę, których się nie spodziewałem. Przypomniałeś o tym, że
pisanie od zawsze było w moim sercu. O przygodach, które istniały naprawdę. Udowodniłeś,
że już tak wiele lat temu potrafiłem, tak wiele.
Pisząc to teraz, wiedz, że cieszę
się na myśl, iż to ja jestem tobą.
A co do ciebie, mój czytelniku,
pewnie zastanawia cię, cóż zostawiłem tobie na sam koniec tej lektury?
Los jej bohaterów.
W temacie Frajerosmyka- chłopak,
który był jego odpowiednikiem kilka lat po tym, jak napisałem już tą książkę (i
o niej nawet zapomniałem), umarł naprawdę. Poinformowała mnie wówczas o tym,
dziewczyna będąca niegdyś odpowiedniczką Szurniętej Brunetki. Nikt jednak z
naszej paczki nie był obecny przy jego śmierci. Odbył on przygodę po alkoholu,
która okazała się bardziej niebezpieczna od skakania przez przeklęte płotki,
czy nawet walka z dr. Fiksurdyndum
W zupełnie innych
okolicznościach, ale Ćwokonator znalazł się na jego prawdziwym pogrzebie. Nie
było Angeliki, nie było Justyny, nie było Magi, nie było wtedy nawet Brunetki…
Ale był Ćwokonator. Stał bardzo blisko trumny dawnego przyjaciela, mając przed
oczami tamte czasy. Dla Ćwokonatora Frajerosmyk wciąż gdzieś żyje w innym
wymiarze, bo przecież nikt z nas nie widział jego śmierci, ani ciała… On gdzieś
jest, tylko nikt nie umie go tu przywrócić. Oby więc w wymiarze, w którym się
znalazł, odnalazł szczęście i ukojenie.
Justyna „Super Dziewczyna” nigdy nie
była dziewczyną Ćwokonatora. Brunetka odeszła od niego, niedługo po tym, gdy
ten skończył ze swoimi przygodami. Jej głód niesamowitych historii i odczuwania
wrażeń okazał się silniejszy od lojalności wobec przyjaciela. Czesiek zniknął,
bo chyba nigdy nie istniał on naprawdę… Tak samo jak Sann i profesor. Magi
zmieniła szkołę i kontakt im się urwał. Podobno ma ona już dziecko. Tylko
Angelika wciąż zajmuje miejsce obok niego jako, odpowiedzialna jak zawsze, lecz
mniej tajemnicza, głównodowodząca PZWĆ. Razem miewają nawet przygody. Innego
rodzaju co prawda, bo nie przenoszą się już tak daleko w odmęty świata i
wyobraźni, jednak są to wciąż ich piękne przygody.
Ćwokonator tym czasem wciąż szuka
swojego miejsca w świecie, który wciąż próbuje go pokonać.
Czy się mu uda? Czy może ulegnie? Ta historia wciąż trwa i oby, w przeciwieństwie do tej książki, znalazła swój happy end.
Czy się mu uda? Czy może ulegnie? Ta historia wciąż trwa i oby, w przeciwieństwie do tej książki, znalazła swój happy end.
Wszystkie rozdziały można znaleźć TUTAJ
Komentarze
Prześlij komentarz