Implozja sfery Lucky
Ćwokonator
Implozja sfery Lucky
- …Co jest…? – Spytał się
chłopiec otwierając oczy.
- Obudziłeś się! A myślałam, że
już po tobie! – Krzyknęła uradowana Justyna.
- Cześć. – Uśmiechnął się. –
Gdzie Magi?
- Leży w domu nieprzytomna.
- Jak to? Co jej się stało?
- Po walce z sennym upiorem była
wykończona. – Wyjaśniła. – Idziemy do niej?
- Dobra… - Wstał powoli z łóżka i
natychmiast wybiegł z domu. – Ej, mam pytanie…
- No… Słucham?
- Czemu na mnie zaczekałaś? –
Zapytał zawstydzony.
- No, bo cię polubiłam i chciałam
ci towarzyszyć.
- Dzięki…
Byli już przy domu Magdy. Wbiegli
na trzecie piętro i zapukali do brązowych drzwi.
- O… Wstałeś! – Usłyszeli, gdy
jeszcze otwierały się drzwi.
- Magi!!! – Ucieszył się
Ćwokonator widząc uśmiechającą się do niego kuzynkę. – Nawet nie wiesz, jak
mnie cieszy twój widok! – Wiwatował ściskając ją.
- Wiesz, co ci siedziało w
głowie?
- Nie…
- DOBRYSEN to pies Władcy Snów,
czyli ciebie! Rycerze Słodkiego Snu to żołnierze, którzy chronili to zwierzę
przed złymi snami…
- Nawet nie wiedziałem…
- Zrobiłam coś, czego nie
powinnam zrobić, ale kusiciel, który pomógł mi, kiedy ty zemdlałeś mówił, że
nie ma innego wyjścia…
- Co zrobiłaś?
- Wlazłam w twoje słabości i z
twojej największej zrobiłam jednego wielkiego potwora, który zniszczył czarnego
ducha.
- Jak to dobrze, że ja cokolwiek
rozumiem. – Zasmuciła się sarkastyczna jak nigdy Justyna.
- Aj, dużo by opowiadać. –
Uśmiechnął się krzywo Ćwok obejmując Magi z podziękowaniem.
- Jutro już do szkoły… - Odezwała
się.
- No niestety… - Westchnął
chłopiec
- Nie przesadzaj. – Rzekła
Justyna
- A co, ty lubisz szkołę?
- Wykaż jakąkolwiek chęć, przecież to już koniec…
- Że co?! – Zdziwił się.
- No… Spałeś trochę i za tydzień
koniec szkoły.
- Znaczy, że będę gimnazjalistą?
- No i to bardzo dobrym, bo jak
na poszukiwacza przygód to jesteś mądry… - Uśmiechnęła się Justyna.
- No, wychodzi ci średnia 5,4. –
Poinformowała Magi.
- Nawet o tym zapomniałem.
- Widzisz? Dobrze sobie pospać…
- A jak z Ewą i Jackiem?
- Ewa ma 4,8, a Jacek 5,0.
- Nie o to mi chodzi… Chyba nie
wiedzą jeszcze, że się obudziłem?
- Nie… Martwią się cały czas.
- Trzeba szybko powiedzieć
wszystkim, że wróciłem!
W
ostatnie parę dni szkoły, Angelika wyglądała na zdenerwowaną i ku zdziwieniu
wszystkich zaczęła się zadawać z Ćwokiem i jego nielubianą grupką. Wychodziła z
nimi na podwórko, ale tylko do 16:00, a potem zawsze mówiła, że musi wracać. Jak
do niej później dzwonili to nie odbierała już telefonu. Nikt jednak się tym nie
przejmował.
Dni mijały jak sekundy- szybkie i
nieważne. Aż już tylko jeden dzień dzielił grupę od otrzymania ostatnich
świadectw w tej szkole. Na nieszczęście nie tylko takie uroczystości odbywały
się przez te dwa dni.
- Muszę już iść. – Powiedziała
Angelika na którą znowu przyszedł czas.
- No to cześć.
- Dlaczego ona tak zawsze ucieka?
- Nie wiem
- „Dryn-dryn” – Zabrzmiał znajomy
głos komórki Ćwokonatora.
- Halo…
- Dzień dobry, panu.
- Kto mówi?
- Nie poznajesz mnie? To ja,
Czesiek…
- O, dawno nie dzwoniłeś.
- Wiem… Bo nie było okazji.
- A teraz co się dzieje?
- Mamy problem z organizacją PZWĆ
(Pamiątki z Wypraw Ćwokonatora)…
- Całą firmą?
- Tylko jedno tajne archiwum
potrzebuje natychmiastowej pomocy. A właściwie jeden z jego pracowników-
profesor Szajbus.
- Stary, dobry kumpel.
- No właśnie… Z jego działu
skradziona została pewna ważna rzecz…
- Jaką?
- Mówił, że to nie rozmowa na
telefon i musi się z tobą osobiście zobaczyć.
- Rozumiem… A gdzie jest to
archiwum?
- Wysłali wam wtajemniczonego
pracownika. Dowódcę całego PZWĆ.
- Kto to?
- Nie wiem, to tajne.
- Dobra, wielkie dzięki.
- Nie ma za co.
- To cześć
- Narcia! – Odłożył słuchawkę. –
Mamy misję. Jedziesz super dziewczyno?
- No, dobra! – Zgodziła się
Justyna.
- No to dobra, a ty Magi? Nie
jesteś zmęczona może…
- Nie!!! Nie przekonuj mnie i tak
pojadę z wami! – Uśmiechnęła się.
[Zanosi się na przygodę, ale
nawet nie zdaję sobie sprawy na jak ryzykowaną]
- Więc to wy jesteście tymi
agentami? – Usłyszeli głos zza pleców.
- Pani jest tą głównodowodzącą
PZWĆ? – Zapytał Ćwok.
- Tak.
- Miło mi. – Odwrócili się i
ujrzeli znajomą postać, tylko w czarnym garniturze i zaczesanymi w tył włosami.
[Tak, właśnie tak. To była
Angelika.]
- Ty jesteś…? – Nie mogła
uwierzyć Brunetka.
- Tak. Zaczynam pracę od 16
codziennie.
- To dlatego, nie odbierasz
telefonu…
- Nie mogłam wam powiedzieć, moja
tożsamość jest ściśle tajna.
- Rozumiemy…
- Super, ale nie mamy teraz
czasu. To sprawa życia i śmierci.
- Co takiego? – Zdziwił się
Frajerosmyk.
- To co zostało skradzione. –
Odpowiedziała.
- A, co to takiego? – Zapytał
Ćwokonator.
- Pogadajcie z prof. Szajbusem,
to się dowiecie. Mi w takich miejscach o takich sprawach nie wolno mówić, a
profesor chce się z wami spotkać osobiście, bo to bardzo ważne…
- No to szybko! – I z Angeliką na
przedzie zaczęli biec nadal z niedowierzaniem w to, kim się okazała.
Przebiegli ulicę Przepiękną i
Miodową, aż weszli do supermarketu i wbiegli na wprost do sklepu z damskim
obuwiem. Angelika podeszła do sprzedawczyni i rzekła:
- 36- buty na obcasach w kolorze
fioletowej róży. I dla nich też. – I wskazała na dzieci. Sprzedawczyni zaś
pokazała kciukiem na drzwi stojące obok przebieralni… Nastolatki zeszły tamtędy
krętymi schodami do wielkiego pomieszczenia z komputerami i nie tylko…
- Patrzcie, to wehikuł czasu i…
Młotek, który Brunetka dostała od mojej babci? O! A tu jest mój sen, w tym
stroju…
- Tak, tu są wszystkie twoje
przygody. Nie mamy tylko filofana i gobelinu. Nie mogliśmy dopaść tego dywanu,
a filofan zabrała wiedźma.
- Profesor Szajbus! – Krzyknął
Ćwok widząc znajomą, smutną jak zawsze twarz.
- Witaj chłopcze! – Krzyknął do
niego, a zza jego pleców wychylił się rudy chłopiec o wzroście Ćwokonatora. Był
nieco zmieszany z bladą twarzą.
- O ty w życiu… To ty? –
Zszokował się Ćwok.
- Tak…
- Kto to? Kto?
- To jest… Czesiek! – Krzyknął
uradowany, podbiegając do niego i ściskając mu dłoń w dziwny sposób.
- Wszystko super, ale mamy
problem. – Profesor przerwał ciepłe powitanie chłopców.
- O co tak właściwie chodzi?
- Pamiętasz, jak pokazywałem ci
mózgozmieniator?
- Tak.
- Niestety eksperymenty i
nieudane próby z tą maszyną, skłoniły mnie by oddać ją tutaj, a stworzyć coś
nowego. Wewnątrz jej rur była pewna kula, czy ją pamiętasz?
- Chyba kojarzę, było coś
takiego.
- No właśnie, znaleźliśmy ją
jeszcze z dr. Fiksurdyndum w Ruderowilicz…
- Zaraz! Babcia opowiadała nam o
tym, że coś się tam rozbiło i dwójka naukowców wzięła to do swojego
laboratorium… - Przypomniał Frajerosmyk.
- Tak, właśnie tak. Odkryliśmy,
że to sfera o interesujących właściwościach.
- No wiem, z ośmiokrotnie większym
dnem.
- Nie! Właśnie tak na początku
myśleliśmy, ale okazało się, że może pomieścić nawet całą planetę, bo zmniejsza
cząsteczki, które w nią wchodzą, tak aby były one zawsze mniejsze od niej. Tak,
jest ona nieskończona.
- To coś niezwykłego… - Wyszeptała
Magi.
- Ostatnio, jak badałem sferę,
chciałem sprawdzić jej działanie. Podłączyłem ją do lasera by sprawdzić, czy
całe moje laboratorium wejdzie do jej środka, ale źle to ustawiłem. Sfera w
połączeniu z moim magnetycznym laserem napromieniowała całe miasto i zabrała z
niego całe szczęście…
- Co?!?!
- Tak, wiem… I stało się coś
strasznego. Położyłem się spać, a rano przedmiot z ich szczęściem zniknął…
- O, nie! – Krzyknęła Justyna.
- Muszę to odzyskać, bo jak sfera
się stłucze to ci ludzie stracą swoje szczęście na zawsze. – Stwierdził
profesor. - Ale to nie to miasto ucierpi najbardziej.
- Jak to?
- Jak ci ludzie stamtąd wyjadą,
to zarażą swoim pechem innych i tak cały świat…
- No to ładnie… - Powiedziała
Szurnięta Brunetka.
- Przepraszam? – Spytała się
Justyna. – Czy można obejrzeć miejsce kradzieży? Bo może złodziej pozostawił
jakieś ślady?
- Dobry pomysł. Chodźcie za mną…
- I wraz ze zdenerwowanym profesorem i Cześkiem ruszyliśmy w stronę niewielkich
drzwi. Weszli przez nie do środka i ujrzeli wielkie pomieszczenie z różnymi
próbówkami, szkieletami i urządzeniami. Podeszli za nim do stolika. – Tutaj
położyłem sferę. – Wskazał na coś podobnego do odciśnięcia od spodka filiżanki
z kawą, ale w rzeczywistości to właśnie ten niepozorny przedmiot tak się odcisnął.
- Ja to tu nic nie widzę.
- Jesteśmy po lekcjach, więc
zmęczyliśmy się trochę. Jutro jest sobota , może przyjdzie nam coś do głowy
potem?
- W sumie to jesteście tylko
dziećmi, ale tylko na was mogę teraz liczyć… Nie zawiedźcie mnie i przyjdźcie jutro
jak najszybciej!
- Oczywiście, profesorze! – Powiedziały
nastolatki rozglądając się uważnie i robiąc zdjęcia aby po jakimś czasie ruszyć
w stronę wyjścia.
- Do zobaczenia…
Dzieci
rzeczywiście długo się namyślały. Ćwok ciesząc się, że odwiedził go stary
kumpel z dawnej, dalekiej szkoły, cały ten czas był w skowronkach. Wszyscy
pozostali byli intensywnie zajęci analizowaniem, zwłaszcza Angelika, która po
zajściu była mniej tajemnicza lecz o wiele bardziej zestresowana od wszystkich.
Czesiek wraz z Ćwokonatorem chodzili w różne miejsca opowiadając sobie
wzajemnie swoje przygody, aż doszli do płotu, który był jeszcze niedawno
zaklęty. Zauważyli pod drzewem coś ciekawego i natychmiast pogrzali do
Brunetki.
- Wiesz co? Widzieliśmy jeszcze
jeden zaklęty płot! Ten był czarny i również leżał na ziemi!
- A czy wy moglibyście się nie
obijać? – Wybuchła przyjaciółka patrząc ze zmarszczonym czołem na dwójkę
chłopców. – My harujemy jak woły i zastanawiamy się jak tu pomóc w sprawie tej
kradzieży, a wy tylko sobie spacerujecie! Ćwokonator, może byś tak pomógł? W
końcu te zlecenie było skierowane do ciebie! – Krzyknęła zestresowana
dziewczyna, patrząc nie wiadomo dlaczego na swojego chłopaka (Frajerosmyka),
który główkował razem z nią.
[No to już wiem, co się stało podczas
tamtego huraganu!]
- Co ja zrobiłem? – Spytał się
zdziwiony Smyk.
- Ty dużo, a oni w ogóle!
- Wypraszam sobie… - Odrzekł
Ćwok.
- A co takiego? Oprowadziłeś
sobie Cześka po okolicy?
- Nie. Wymyśliłem już dawno. Jak
tylko spojrzałem na stół to już wiedziałem, co zrobić.
- To czemu nic nie mówiłeś
profesorowi?!
- Bo chciałem trochę odpocząć…
- A co wymyśliłeś?
- Jeżeli sfera była tak potężna,
że aż promieniując zostawiała po sobie odcisk na stoliku, to musiała też być
gorąca. Złodziej pewnie się tego nie spodziewał i po jej dotknięciu musiał się
oparzyć i rękę przyłożyć do czegoś chłodnego. [Ja tak robię.] Sfera mimo
wszystko już napromieniowała jego palce..
- Nie rozumiem… - Podrapał się po
głowie Smyk.
- To znaczy, że jak chociaż przez
chwile jego palce dotykały sfery to już się napromieniowały. A jeżeli chwilę
później dotknął nimi czegokolwiek innego…
- …To też się to napromieniowało.
– Dokończyła za nim Brunetka.
- Mało tego. Po zgaszeniu
całkowicie światła można będzie pewnie zobaczyć świecący w ciemności odcisk
jego palca i zeskanować linie papilarne, przeszukać w kartotece i zlokalizować
złodziejaszka.
- No dobra, ale jak w takim razie
zabrał kulę, jak była ona taka gorąca? – Zapytała się Brunetka.
- Założę się, że prof. Szajbus
miał o czynienia z gorącem i wiedział, co to oparzenie. A każdy, kto wie takie
rzeczy ma przy sobie specjalne rękawiczki.
- Myślisz, że złodziej je przy
sobie miał?
- Pewnie nie. Ale profesor tak i
sprytny bandyta mógł mu je zabrać…
- Wiecie co? To tak głupi,
nieprzemyślany, nierozważny i przekombinowany plan wydarzeń, że mógł się
zdarzyć. – Stwierdził Czesiek i prędko udali się do archiwum PZWĆ. Wbiegli do
laboratorium prof. Szajbusa i zaczęli krzyczeć wniebogłosy wyrażając tym samym
euforię z powodu odkrycia sposobu na znalezienie złodzieja.
- Znaleźliście sposób? – Ucieszył
się smutny naukowiec.
- Tak! A właściwie to Ćwok sam go
znalazł.
- Oj, przestań Brunetko… Też dużo
nad tym pracowaliście.
- Nie kłóćcie się, tylko
powiedzcie o co chodzi? – Czekał prof. Szajbus. Więc wyjaśnili mu wszystko po
kolei. – Wiecie co? To tak głupi, nieprzemyślany, nierozważny i przekombinowany
plan, że mógł się wydarzyć. – Pochwalił ich, gasząc zaraz wszystkie światła w
pomieszczeniu. Odcisk po sferze świecił aż na parę metrów. Przy takim promieniowaniu
dziecinnie proste było nawet znalezienie odcisku palca.
- Są tutaj! – Zawołała Justyna,
wskazując w ciemności na niewielkie złote ślady pod stołem. – Już ledwo świecą!
- Szybko niech pan je zeskanuje!
Profesor Szajbus złapał za
niewielka maszynę, która sądząc po jego minie była dość ciężka. Przyłożył ją do
odcisków. Cały stół rozbłysnął przez sekundę na zielono. Następnie podłączył
maszynę do komputera i zaczął coś pisać na klawiaturze. Nagle, na wielkim aż na
całą ścianę monitorze, pojawiły się dwa złote odciski.
- Teraz tylko do kartoteki.
- Niech pan sprawdzi najpierw
literę „F” – Zaproponował Ćwok.
- Nie poganiajcie mnie!
- Są! – Krzyknęła Brunetka.
- O nie! Zdrajca. – Zdenerwował
się profesor.
- Czyje to odciski? – Spytała się
Justyna.
- Doktor Fiksurdyndum…
- Mówiłem ci, żebyś szukał pod
„F”. Tylko on znał właściwości sfery i mógł się tu wkraść nie włączając alarmu…
- Powiedział chłopak.
- Uuu! Ćwokonator, nie
wiedziałam, że ty taki mądry! – Zachwyciła się dziewczynka.
- Dzięki…
- On teraz mieszka na ul. Tartarskiej
w domu za stawem. – Znalazł prof. Szajbus w kartotece. - Był moim przyjacielem.
Jak mógł coś takiego zrobić?
- To szalony naukowiec, więc
mógł… Szybko… - I pojechali służbowym samochodem do ów domu za stawem.
- Mamy szczęście, jest w domu! –
Zauważył Ćwok.
- To będzie prostsze niż
myślałam… - Powiedziała Brunetka.
- Nie bądźcie tacy pewni siebie.
– Rzekł profesor.
- Uwaga, wywarzam drzwi… - I
wcześniej zupełnie milcząca Angelika z rozpędu kopnęła drewniane drzwi.
- Mogliście zapukać… - Usłyszeli
głos.
- Fiksurdyndum, ona jest
naładowana szczęściem! To magiczna sfera Lucky, nie wolno jej zniszczyć –
Rozpaczał Szajbus.
- Zdaje sobie z tego sprawę, ale
na tyle głupi nie jestem, by wam ją oddać. W odpowiednich rękach może ona wiele
nabroić… Czyli właśnie w moich rękach.
- Nie pozwolimy ci jej zatrzymać.
– Powiedziała głównodowodząca i skoczyła ku szyderczo uśmiechającemu się
doktorowi, gdy w jej drogę uderzył piorun.
- Przywitajcie się dzieci ze szkieletem elektrycznym. Wynikiem
moich żmudnych badań. – Z dziury w podłodze tuż przed Angeliką wylazł świecący
się kościotrup. – Mój drogi, zademonstruj im, proszę, kulę burzową.
W tym momencie dwie kościste
ręce, od których dziewczynki miały dreszcze, uniosły się do żeber i między
dłońmi utworzyły niewielką, świecącą się kulę.
- Tym masz zamiar nas pokonać?
Jak tak to słabo… - Zaśmiał się Ćwokonator.
- Nie mów hop póki nie
przeskoczysz… - Odpowiedział doktor. Po tych słowach szkielet ułożył się w
pozycji do rzutu podczas gry w kręgle i cisnął kulą w dzieci stojące wraz z
profesorem, rażąc wszystkich dużą ilością woltów.
- Tylko na tyle cię stać? – Śmiał
się dalej chłopiec.
- Nie prowokuj go! – Krzyknął
Szajbus.
- Miło, że się spytałeś.
Oczywiście stać mnie na o wiele więcej, ale ten kościotrup dopiero parę godzin
temu obudził się ze swojego „wiecznego snu”.
- Przestań. To jest złe! – Prof.
Szajbus rzucił się niespodziewanie na doktora, z którego kieszeni wypadła sfera
i uderzyła o ziemię zbijając się.
Z tego miejsca wystrzelił w górę
promień sprawiający, że na niebie pojawiły się czarne chmury. Dzieci na własne
oczy widziały jak biały piesek idący przy stawie zamienił się w czarnego kota.
- O nieeeee!!! Co ja zrobiłem?! –
Krzyczał płacząc profesor. – To przez ciebie Fiksurdyndum! Ludzie będą mieć
pecha na zawsze!
- Mam to, co chciałem! Powstał
zamęt! Wielkie dzięki, Szajbusku! Ale szkoda, że nie pozwoliłeś mi tego samemu
spowodować. Elektryczny przyjacielu, zabierz mnie stąd, gdzieś gdzie jest
jeszcze słonecznie… - Po tym zaśmiał się i zniknął z szybkością jednego
grzmotu.
- Na upiorną wizję, ale się
porobiło…
Wszystkie dzieci właśnie teraz
zrozumiały, co się stało. Pech i ciemność, nie wiadomo co jeszcze. Prof.
Szajbus do którego nikt się nie odzywał szybko ruszył do samochodu i zabrał dzieci
do archiwum.
Niestety pech był od nich
szybszy. Zaczęły gonić ich koty (a psów wcale już nie było), gdy złapali gumę
zaczęli uciekać przed nimi na piechotę. Dziewczynom zniszczyły się włosy, a
chłopcom buty. Nagle zaczął też padać wielki grad. Jakoś udało im się nareszcie
trafić do archiwum PZWĆ.
Angelika natychmiast wskoczyła
przed komputer.
- Jakie są straty? – Spytał jej
Czesiek.
- Miliony domów są bombardowane
przez kule gradowe wielkości kurzych jaj. Trzy rzeki w jednym momencie i
wybuchł pożar na ulicy Rolonckiej. O, coś się dzieje z radarem międzygwiezdnym…
- Myślałem, że proces pecha
będzie wolniej się rozwijać. Jednak brak szczęścia jest szybszy… - Rozpaczał
prof. Szajbus.
- O nie! – Krzyknęła Angelika.
- Co się stało?
- Wielkie kowadło o objętości
pięciu milionów metrów sześciennych pędzi wprost na ziemię… To będzie koniec
świata… Uderzenie nastąpi za… 54 minuty…
Wszyscy zaniemówili.
- Czyli tak się wszystko skończy?
- Tak…
[To prawdziwy koniec świata, nie
jak w jakichś głupich filmach lub książkach o poszukiwaczach przygód żądnych
przyjaciół i pieniędzy.]
- Nie! To jeszcze nie koniec! –
Zdenerwował się Ćwok. Złapał za skrzyknę z narzędziami i pobiegł do Sali w
której były pamiątki z jego przygód.
- Kończy się nam energia
elektryczna…
- A to pech!
- Właśnie, pech. No inaczej tego
nie można nazwać. – Ćwok siedział tam dość długo i słychać było tylko jak przez
pech wypadają mu z rąk kolejne narzędzia. Nikt nie wiedział, co kombinuje ich
przyjaciel, ale byli zbyt przybici by nawet to sprawdzić. Aż sam chłopiec
wrócił do laboratorium.
- Zrobiłem.
- Co?
- Naprawiłem fotel czasu.
Cofniemy się, kiedy stłukła się sfera i zapobiegniemy katastrofie. Justyna
Super Dziewczyna i Angelika odzyskają sferę. Ja, prof. Szajbus i Czesiek
zajmiemy się dr. Fiksurdyndum, a Brunetka, Magi i Frajerosmyk będą nas
ubezpieczać.
- Świetny plan!
- Nie mamy na to czasu, właściwie
to już powinniśmy stąd uciekać…
- Graaaa! – Usłyszeli z góry
znajomy głos.
- Zaraz, czy to…?
- Graaaaaa!!!
- Tak! To Sann!
Nagle bestia z Loch Ness wybiła
okno i wskoczyła do PZWĆ.
- Sann będzie osłaniać Brunetkę,
Frajerosmyka i Magi. Grad pewnie zniszczył już dom i dlatego tu się znalazła.
Ćwok, Brunetka i Smyk stanęli
obok siebie.
- Bardzo się poświęcasz…
- Wiem… Jesteście ze mną? – Rzekł
Ćwokonator i wysunął dłoń.
- Nawet do końca świata. –
Powiedział Smyk i położył dłoń, na jego dłoni.
- Ty pokręcony Ćwoku, ktoś was
musi pilnować, żebyście nie nabroili. – Brunetka położyła rękę na
frajerosmykowej dłoni…
Wsiedli do wehikułu. Wszyscy
trzymali się siebie mocno, a Sann jako wielka bestia położyła łapę na oparciu
fotela. Cofnęli się w czasie o dwie godziny, 43 minuty i czternaście sekund.
- Jesteśmy w samą porę!
Zobaczyli w tym momencie, jak
profesor rzuca się na doktora… Ćwok wyskoczył z korytarza w którym się pojawili
i w ostatnim momencie złapał sferę w locie. Tuż za nim wyskoczyła z przedpokoju
reszta przyjaciół…
- Zaskoczony? – Uśmiechnął się
Szajbus patrząc na doktora Fiksurdyndum.
- Ty dobrze wiesz, profesorku, że
nie. Nie pamiętasz już binokli przyszłości? Szkieł, które pokazują przyszłość?
Chyba nie… Więc zobaczyłem już, co mnie czeka. Że mnie napadniecie.
Przygotowałem wam więc ekipę powitalną…
- Co?
- Dla Brunetki- ostatni czarny
płotek. Dla Smyka i Sann, Mateusz z Cerbusiem. Dla głównodowodzącej Angeliki
elektryczny trup. Kuzynka Magi pewnie pamięta jeszcze sennego ducha, zmierzy
się z nim raz jeszcze. A wy proszę zostajecie dla mnie- Czesławie, Szajbusku,
Ćwoczku…
- Skąd ty ich wziąłeś? – Spytał
Ćwok patrząc na wychodzącą z wnętrza domu, wrogów.
- Kiedy dowiedziałem się, że
założone zostało PZWĆ, ja utworzyłem ZGNĆ, czyli Znienawidzoną Grupę
Nieprzyjaciół Ćwokonatora i dotarłem do nich wszystkich. To wasz koniec…
- Będziemy walczyć! Nigdy się nie
poddamy. – Rzekła Brunetka biegnąc wraz ze swoją wersją z przeszłości w stronę
latającego, czarnego płotka.
- Wszyscy na pozycję! Justyna,
bierz sferę i schowajcie się! – Powiedział Ćwok turlając gorącą kulę do
dziewczynki. Ta zaś jak tylko dostała ją w swoje ręce, założyła specjalne
rękawice od profesora i wybiegła za drzwi.
Ćwok, profesorowie i Cześki
zaczęli walczyć z doktorem Fiksurdyndum używając różnych elektrycznych sprzętów
w połączeniu z siłą fizyczną.
Obie Magi używając swoich
nadnaturalnych zdolności zaczęły znowu walczyć z już o wiele mniejszym od
ostatniego razu duchem, który zaraz obezwładnił Ćwokonatora z przeszłości. Przez
to że omdlały trzeba było je osłaniać by nic im się nie stało.
Angeliki ku zdziwieniu absolutnie
wszystkich, używając najznakomitszych ciosów karate biła elektrycznego potwora,
że nawet sam nieboszczyk bał się z nią zadrzeć.
Z kolei Mateusz i Cerbuś
wypchnęli Sann i dwóch Frajerosmyków na dwór, gdzie zaczęli toczyć zacięty bój.
Nie był on już jednak tak widowiskowy jak przedtem, bo tym razem przeciwnicy
już znali się i wiedzieli, co należy zrobić by wygrywać. Wciąż jednak walka
budziła emocje, bo potężne ciosy powodowały, że w domu zaraz zaczął walić się
sufit i ściany.
Szalone Brunetki patrzyły przez
długi okres czasu na czarne drewno, aż uniosło się do góry i zaczęło strzelać w
nie drzazgami. Szczęście im jednak dopisywało, bo odłamek spadającej ściany
osłonił je przez bolesnymi ukłuciami.
Nagle stało się coś, czego nie podejrzewał nawet szanowny Fiksurdyndum, który to wydawał się frzechwiedzący.
(zastanawiałem się, czy zepsuć ten dramatyczny moment i stwierdziłem, że nie ma wyjścia) Ziemia się zatrzęsła i spod podłogi coś wyskoczyło. Tym „cosiem” okazał się nasz dobry, zły znajomy- extremalny filofan! Przez pierwsze chwile nikt nie wiedział, jak obronić się przed nieproszonym gościem, gdy Sann była zajęta walką z Cerbusiem, aż do pojawienia się kolejnej niespodzianki. To musiała być walka stulecia- Legendarny Extremalny Filofan kontra… Nasz wspaniały kopnięty gobelin, którego przywiało tu, aż z mitycznej świątyni (odkrytej w pierwszym rozdziale).
Walki trwały o wiele dłużej niż się wszyscy spodziewali, ale jak to w każdej historii bywa- dobro zawsze zwycięża. Szczęście było po ich stronie.
Mateusz i Cerbuś uciekli z pola
walki.
Magi prawie zostały zgniecione
przez walczące potwory, ale wyszły z tego cało. Dzięki nim czarny duch wpadł w
białą farbę i papa!
Elektroszkielet miał zwarcie,
kiedy jedna z Angelik jednym z ciosów kopnęła w umywalkę i woda wytrysnęła na
piorunującego kościotrupa. Potem pomogły one w walce Brunetkom i z jednego
płotka zrobiły się dwa…
Został tylko Filofan i
Fiksurdyndum wyczerpani już walką.
Filofan jednak został owinięty i
uziemiony ostatecznie przez gobelin.
- Nie, to nie koniec, nie mogę
przegrać! – Rzekł wściekły doktor widząc przewagę swoich wrogów. Z kieszeni
wyciągnął jakiś sprzęt celując nim w Ćwokonatora, któremu skończyła się
amunicja. – Pa pa, kolego!
- Nie! – Usłyszeli wszyscy, gdy
Fiksurdyndum pociągnął za spust. Na drodze czerwonego promienia pędzącego
wprost na zdezorientowanego chłopca wyskoczył Frajerosmyk z przeszłości,
obrywając nim i znikając w jednej chwili wraz z Frajerosmykiem z przyszłości.
- Co ty mu zrobiłeś?! Gdzie on
się podział! – Krzyknęła Brunetka skacząc na złego doktora.
- Chłopak utknął w innym
wymiarze…
- Odeślij go! W tej chwili!
- Nie da się. Nawet ja tego nie
umiem.
- Co?! – Zdziwili się wszyscy. – Jak
to?
- To miał być Ćwokonator, ale on
go osłonił.
- Doktorku, już nikogo nie
odeślesz i nikomu nic nie zrobisz… - Usłyszeli głos Justyny. Ale zobaczyli ją w
towarzystwie trzech mężczyzn w białych strojach i kulami w rękach- tych którzy
grozili mu jeszcze Hipnozotown. – To magowie policjanci.
- Gdzie schowałaś… Wiesz co? –
Zapytał Szajbus.
- Nikt tego nie znajdzie.
- Gdzie?
- U siebie w domu… - Szepnęła.
- Że niby co?!
- No nikt się nie połapie, że tam
jest.
- Masz racje… - Rzekł profesor.
- Jeszcze was dorwę! – Krzyczał
doktor Fiksurdyndum z odjeżdżającego wozu.
Za
parę godzin, kiedy przenieśli się do swoich czasów, prof. Szajbus włączył laser
ze sferą Lucky w odwrotną stronę i wszyscy mieszkańcy, którzy mieli na sobie
pecha odzyskali szczęście. Z wyjątkiem dwóch ludzi.
- Dlaczego? – Zastanawiała się
Brunetka.
- To moja wina! – Krzyczał zły
Ćwok.
- Nie, to nie przez ciebie…
- Właśnie, że przeze mnie! I już
nigdy nikomu nie pomogę, to koniec moich przygód
- Ale…
- Prawie moja kuzynka poniosła
śmierć, a mój przyjaciel wylądował nieodwracalnie w jakimś innym wymiarze! –
Powiedział i teraz niechętnie przyznali mu racje.
[Każda jabłoń rodzi jabłka, ale
czy te jabłka będą zdrowie, czy nie, to już zależy od złych robaków. Jednak bez
jabłka i pestki jabłka nie będzie ani jednej jabłoni i sad przestanie istnieć…]
Koniec XD
Wszystkie rozdziały można znaleźć TUTAJ
Komentarze
Prześlij komentarz