Szklana Góra - AKT VII
AKT VII
WĘDROWIEC idąc ku górze
natrafia na lustra o kolorze purpury. Parę kroków dalej rozciąga się mgła ciemna
niczym smoła. Wchodzi w nią. Wtem słyszy śmiech.
WĘDROWIEC
Kto tu jest? Podejdź bliżej!
Bo w tej chmurze nic nie widzę!
ŚMIECHY CHICHY
Jesteśmy blisko, w dół racz spojrzeć
Do swych błędów w końcu dojrzeć…
WĘDROWIEC patrzy w dół,
a tam widzi swoje poranione nogi i szkaradne odbicia samego siebie w krwistych
lustrach.
WĘDROWIEC
Nie dostrzegam…
ŚMIECHY CHICHY
Pod stópkami sobie biegam…
WĘDROWIEC spostrzega,
że każde z jego odbić jest inne. Ponad to każde rusza się jak gdyby nie było
nim.
ŚMIECHY CHICHY
Ja przypomnę, że masz dzieci…
Że nie byłeś u spowiedzi…
A za młodu kradłeś sporo,
Biłeś się też za oborą.
Ja wyśmieję twe marzenia,
Naiwniackie, bez myślenia,
KAŻDY BŁĄD TWÓJ, KAŻDE KŁAMSTWO,
SZTUCZNE MĘSTWO ORAZ CHAMSTWO!
WĘDROWIEC próbuje biec
przed siebie, słyszy śmiech, który dzwoni mu w uszach. Przystaje i łapie
oburącz swą głowę.
WĘDROWIEC
Precz szatany! Precz demony!
Jak najdalej od mej strony!
Byłem winny,
Jestem inny.
Odmieniłem się już przecież cały.
Wyrzuciłem rzeczy, które mi nie grały.
ŚMIECHY I CHICHY
Ach no przecież, panie, władco,
Błaźnie, królu i doradco!
Tyś jest mistrzem nad mistrzami,
Poetami i mędrcami
Tyś jest w pięciu aż osobach
Cały świat jest w twoich nogach!
Spójrzże! Gwiazdo promienista!
U twych stóp purpura czysta!
WĘDROWIEC nie czuje
bólu, patrzy na dół i spostrzega, że oto stoi teraz na długim, czerwonym
dywanie.
ŚMIECHY I CHICHY
Monarsze barwy, dla bóstwa najwspanialszego,
Jedynego i niepowtarzalnego!
Spocznijże nasz wielki wodzu,
Skosztuj rajskiego owocu!
Rozłóż swe męskie ciało na mięciutkim tapczanie,
Za te bóle i męki, to ci się należy, panie!
WĘDROWIEC kuca by
położyć się na dywanie, myśl się jednak w jego głowie tworzy niespodzianie.
WĘDROWIEC
Chwila moment, owoc rajski z Eden?
Skosztowany był raz jeden.
Ewa wzięła, Adamowi także dała,
I cierpieli, a przez węża go zerwała,
Zakazany przez Twórcę mego…
ŚMIECHY I CHICHY
Tyś jest twórcą wszystkiego!
WĘDROWIEC
To nie prawda! Jam nie Bóg!
CHOCIAŻ BOGIEM BYĆ BYM MÓGŁ.
Dywan znów jest
krwistym, zbitym lustrem.
ŚMIECHY I CHICHY
Mocarz z ciebie, twarda sztuka,
Tego każda dama szuka!
Gdy odszedłeś od swej żony w podróż, daleko,
Mogłeś każdą pannę mieć, nie wziąłeś żadnej. Dlaczego?
WĘDROWIEC
Podróż ma to nie rozpusta.
Zamknij jadowite usta!
Chociaż moje zimne ciało pragnie ciepła piersi jędrnych,
Nie po drodze mi do łoży kobiet innych, nawet niepoprawnie
pięknych.
Wśród szklistej
przestrzeni WĘDROWIEC dostrzega nagą DZIEWKĘ spoglądającą nań. Oniemiały
pięknem jej cudnej figury, mężczyzna czuje ciarki dookoła skóry.
DZIEWKA
Podejdź proszę, cieplej będzie
Tobie… wszędzie
WĘDROWIEC robi parę
kroków w jej kierunku, patrząc tylko na nią. Wicher zawiał go po twarzy i wtem
dostrzegł, że nie widzi odbić swoich, ni nie słyszy śmiechów.
WĘDROWIEC
Gdzie odbicia luster wszystkich się podziały?
I te głosy, które zewsząd tu szeptały?
Co cna DZIEWKA robi na tej Szklanej Górze,
Gdy dokoła ze zbitego szkła, krwiste, ostre róże?
DZIEWKA
To nie ważne jest, głuptasie!
Pokaż lepiej co masz w pasie!
WĘDROWIEC znów
otrzymuje powiew wiatru na twarz.
WĘDROWIEC
Co to znów za czarcie sztuczki?!
Ktoś posyła na mnie suczki?!
DZIEWKA znika. Dokoła
znów widać odbicia w lustrach.
ŚMIECHY I CHICHY
Idźże stąd, bo tracisz czas…
Przy tym, zniszczysz wszystkich nas…
WĘDROWIEC rusza w ciszy
przed siebie i wychodzi z ciemności.
Komentarze
Prześlij komentarz