Zrozumienie Brokeback

 

Wiele lat temu oglądałem film Tajemnica Brokeback Mountain i oceniłem go surowo na jakieś 2-3 na 10. 

Stwierdziłem wówczas, że bohaterowie są strasznymi drewniakami i w zasadzie zachowują się, jakby im ktoś wsadził kija w dupę. Był przepełniony brakiem charakteru... i westerownością, której nienawidzę w kulturze tak jak muzyki country czy polskiego rege. 

Dziś oglądałem go przez przypadek po raz kolejny i wydaje mi się, że do tego filmu potrzeba jednak przeżyć nieco więcej, aby zrozumieć jego treść (nie tylko przesłanie, jakie ona niesie). Teraz oceniam go na 5. Za parę lat może będzie to 7?

Sztywne podporządkowywanie się regułom, jakie istnieją w społeczeństwie, powodują, że ludzie potrafią latami nie żyć według siebie i zgodnie ze swoimi potrzebami, wciąż odwlekając je na później i później; ewentualnie z góry je odrzucając bez zastanawiania się nad konsekwencjami... A kiedyś życie się skończy - albo twoje, albo tych, na których ci zależy, a ty nigdy im tego nie powiedziałeś. 

Brokeback Mountain opowiada o dwudziestu zmarnowanych latach jednego bohatera i drugiego, który wciąż miał nadzieje, że tamten zmieni zdanie - aż umarł. Wtedy tamtego oświeciło, że swoim bezsensownym uporem unieszczęśliwiał wszystkich ludzi, jacy kiedykolwiek go otaczali, a także samego siebie, tylko po to, bo "tak trzeba". 

Przypomina mi to początek wiersza szymborkiej - śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą

Tylko że po tego typu przebudzeniu nie jest tylko człowiekowi żal straconych lat i bliskiej osoby, ale również rodzi się w nim lęk - przyszłość, w której nie ma tego kogoś, nie ma tych lat i w zasadzie to nie ma niczego. Tworzy się w nim poczucie bezsensu i perspektywa ciągnącego się końca. To tak jak oglądanie napisów końcowych w filmach marvela w oczekiwaniu na "scenę po napisach". Taki człowiek siedzi znudzony tym, co jest, przerażony tym, co się stało i w napięciu oczekujący tego, co stanie się zaraz. A stać może się dosłownie wszystko.

Ja dziś tej samotności się boję. 

Gdy w filmie była scena, w której bohaterowie przytulali się do siebie z całej siły, tak jakby chcieli w tej sposób ugasić - od dawna wysuszające ich duszę - pragnienie, sam pomyślałem: kurde, też się kiedyś tak wtulałem. 

Jednak to kiedyś, było rok temu, a ja czuję, jakby od tamtej pory minęło 20 lat i jakbym zapomniał już, jak to jest. Boję się, że nie umiem już wtulić się, tak jak potrafiłem to od zawsze - szczerze, z całego serca i beztrosko. Dziś moje kolekcjonowane przez lata rany utworzyły szczelinę, której nie potrafię przekroczyć, gdy zbliżam się do drugiej osoby. W chwili, gdy jestem blisko, czuję, jak moja dusza opuszcza ciało, a ono staje się na te parę chwil pustą twardą skorupą, której żadne ciepło nie jest w stanie rozgrzać ani rozpuścić.

Czuję głęboko wrośnięty w siebie pęd strachu, który wysysa ze mnie wszelkie płyny i energię wygłuszając wówczas całą swoją siłę i racjonalne decyzje. 

Wiem, że ostro zboczyłem z gór Brokeback, ale jakoś z bycia mi kompletnie obojętnym (a nawet negatywnie postrzeganym) film ten stał się bliski przeżywanym przeze mnie chwilom.

I mógłbym tu o tym pisać jeszcze długo, ale to nie ma sensu, skoro wszystko to wszyscy wiemy... A jednak to olewamy, odrzucając wizję naszego życia na rzecz... naszego życia

Ile można pracować? 

Ile można odkładać na później swoje marzenia? 

Ile można opierać się samemu sobie? 

Otóż można za długo



Komentarze