#32 Wywód Recenzyjny


Dawno, dawno temu w odległej galaktyce wszyscy zgadzali się, co do jednego - oryginalna trylogia Star Warsów jest zajebista, a Prequele są od nich znacznie gorsze. 
Teraz pojawiły się sequele od Disneya i, o ile "Przebudzenie Mocy" było raczej mało dyskusyjnym filmem, to "Ostatni Jedi" wywołało burzę wśród fanów sagi.
Rian Johnson popsuł Gwiezdne Wojny, czy stworzył najlepszy spośród wszystkich filmów z uniwersum? To pytanie dzieli fanów. Jeśli chodzi o moje podejście, to chyba jest oczywiste, jeśli piszę tu recenzję tego filmu.

Dlaczego? 
Tak, wiem, że gwiezdne już były. Znam jednak co najmniej 3 osoby, które uważają sequele Star Warsów za świętokradztwo na miarę coverowania piosenek Metalliki. Dlaczego?
Po pierwsze primo, bo Disney. 
Myszka Mickey podróżująca po galaktyce z mieczem świetlnym to coś, co powoduje u niektórych konwulsje. U tych, którzy traktują sagę na serio. Bo może być to seria filmowa jak ich wiele, ale może też być to dorobek kultury masowej i symbol czegoś. Czego? Czegoś ważnego - historii, chociażby.
Po drugie primo, bo to już nie to samo. 
I tutaj wchodzi dyskusja na temat tego, co do kanonicznego świata Gwiezdnych Wojen wprowadziło "Przebudzenie Mocy"? Jak dla mnie prawie nic, prócz zmiany drzewka rodziny genealogicznego Skywalkerów. To było jedynie takie przywitanie z fanami po latach, z kompletnie nowym czymś. Na dobrą sprawę jednak przedstawili bohaterów opowieści, zarysowali fabułę i tyle. Dla mnie to była kalka z oryginalnej trylogii. Nic specjalnego.
Wielu osobom ta kalka przypadła do gustu, bo w bezpieczny sposób dawała fanom coś nowego, wzorując się na czymś, co już znali. Poszli starymi szlakami, czasem schodząc z nich na boczki, ale bez szokowania. Może oprócz śmierci Hana Solo... Ogólnie ten film nie był zły - był prawidłowy, ale sam nie nazwałbym go "dobrym".
No i potem wszedł "Ostatni Jedi" a wraz z nim zastrzyk kompletnie nowej perspektywy wszechświata. Dlatego warto o tym porozmawiać. W ogóle warto rozmawiać; psycholodzy to zalecają.

Lekki zarys fabularny:
"Ostatni Jedi" zaczyna się od razu po akcji z 7. części. Luke ma namuł życiowy przez Bena Solo, potem Leia zostaje poważnie ranna i jest kryzys, bo ruch oporu jest rozwalony w drobny mak (trochę tak, jak zawsze). Teraz jednak motywy są inne niż zawsze.
Przywództwo nad resztkami rebelii przejmuje zgraja kobiet, które denerwują wszystkich, a na ich czele stanęła różowowłosa małpa, która stała się uosobieniem feminizmu w nowych star warsach. 

Ludzie czepiają się sceny z "supermanem, Leią"; sflaczałości życiowej Luka, która nie pasuje do jego imidżu; braku logiki pogoni w przestrzeni kosmicznej; żałosnej wielkości floty ścigającej Ruch Oporu; nierealnej kraksy w przestworzach przy manewrze, który wykonała Holdo, by ratować uciekinierów; marginalnej roli Phasmy; postaci tej różowowłosej małpy; postaci Rose Tico i pozagrobowych mocy Yody, który trolluje Luka... To chyba takie najważniejsze powody fanowskiego oburzenia z gradobiciem.

Co ja mogę powiedzieć o tym filmie?
Przede wszystkim wprowadzał wiele nowego. Przez jakiś czas film kierował się podobnymi, znanymi schematami, aż tu następuje zabicie Snoka. Był to kompletny zwrot akcji w porównaniu do wszystkiego, co już znane. Potem wymagające starcie z gwardzistami, gdzie ci zawsze byli postrzegani bardziej jako takie elementy dekoracyjne, niż realni przeciwnicy. Od tego momentu działy się w filmie tylko rzeczy nieoczekiwane. 
Ma swoje głupotki, ale - porzucając prawa fizyki - manewr Holdo był przedstawiony zajebiście i gdy go zobaczyłem wraz z towarzyszącą mu głuchą ciszą, to szeroko rozdziawiłem zarówno oczy i usta, jak i nozdrza. Niesamowity efekt srogich ciarów na plecach. Walka Luka z Kylo też - również mocno nieszablonowa - była fenomenalnym przedstawieniem różnic i motywacji w posługiwaniu się ciemną oraz jasną stroną mocy. Akt rewolucji w szeregach Ruchu Oporu i sprzeciwiająca się temu Leia, używająca przy tym miecza świetlnego.... No proszę cię. Tego się ŻODYN nie spodziewał. 
Scena z żelazkiem to też było mistrzostwo. 
Nie będę bronił postaci Rose Tico, która w moim mniemaniu była nie tylko niepotrzebna, ale i irytująca. Podobnie mam z Holdo, ale jej poświęcenie podbudowało w moich oczach jej istnienie w sadze. Żyła po to, żeby wkurzać i umrzeć z wielkim hukiem. Ale chociaż miała sens. 
Całość zawierała zarówno elementy akcji, dramatu, jak i miejscami komedii. Nie był obsrany z każdej strony, śmierdzącym na lata świetlne patosem, tak jak było to w przypadku kontynuacji. 

Dodatkowo film posiadał coś, co lubię, czyli elementy symboliczne. Kiedy zbliżał się do końca, mówiono o wygaszeniu starego, aby powitać nowe, lepsze. W tle Luke, i zachodzące za nim słońce zwiastujące odejście dnia i nastanie nocy. Zamiast jednak nocy, zza horyzontu wychyla się drugie, świecące jaśniej słońce. Film poprzez wprowadzenie do scenariusza i świata Star Warsów wielu niespotykanych mechanik (także tych kontrowersyjnych) był sam w sobie zarówno końcem pewnego rozdziału, jak i początkiem kolejnego, który wznosił sci-fi na nowy poziom logiki. Pamiętajmy, że świat "science fiction" to jednak świat "naukowej fikcji", która to balansuje na granicy logiki - naginając istniejące w fizyce i rzeczywistości prawa, pozostawiając jednak całość ukazywanego świata spójnym i na swój sposób wytłumaczalnym.

Faktem pozostaje to, że w społeczności fanów dyskusja nad sensem tego filmu trwa. Zwłaszcza po tym, jak powstał - pożal się boże - Skywalker. Odrodzenie, który kompletnie pomija fabułę, wydarzenia i bohaterów z Ostatniego Jedi. J.J. Abrams ewidentnie nie lubi Riana Johnsona i chciał, żeby jego film popadł w niełaskę, zrzucając w kontynuacji sagi, poruszane przez niego wątki na ósmy plan. 
Pociesza mnie tu, że jego wysiłki spełzły na niczym, bo mimo iż, Ostatni Jedi dostał na Filmwebie średnią ocen 6,9/10, to Skywalker. Odrodzenie ma już równiutkie 6.0/10. 
To taki typowy przykład, gdy szef robi rzeczy prawidłowo i tradycyjnie, jego pracownik w pewnym momencie go zastępuje i rozwala system swoimi innowacyjnymi rozwiązaniami.  Potem wraca szef i mówi: "dobrze. ale ja bym zrobił to inaczej". i zamiast kontynuować wspólne dzieło, robi na szybko poprawki wykonanej już pracy, żeby było po jego, bo on nie popiera tego "wydziwiania" i najlepiej jakby jednak było "po staremu".  Potem kończy całość na szybko, robiąc cokolwiek, aby wyrobić się w terminie i odwrócić uwagę od niezgodności. Na końcu nikomu się nie podobają efekty i on wzrusza rękoma i stwierdza "no, ja zrobiłem co w mojej mocy, ale od początku byłem zdania, że to, co on tam wymodził, to jakoś mi nie pasuje." 
Gdyby Rian odparł mu na to: "ale przecież to ty zrobiłeś scenariusz niezgodny z moją historią", to Abrams - wyobrażam sobie - że odpowiedziałby mu: "nie pyskuj, gnoju. zwalniam cię"
Rian zaś stwierdziłby: "ale nie jesteś moim szefem".
Abrams wówczas odwróciłby się, nie odpowiadając niczego wielce urażony i odszedł.

Film nie dostał żadnych znaczących nagród, prócz "Nagrody Filmwebu - Że co!?
- Leia jak Mary Poppins". Został jednakże nominowany w 2018 r. do pięciu Oscarów. 

Ja za całokształt, jaki wprowadza Ostatni Jedi do świata fantastyki nagrodziłem go oceną 10/10 i serduszkiem.

Kolejna będzie recenzja thrillera z 2007 roku pt. Hannibal: Po drugiej stronie maski w reżyserii Petera Webbera. To bardzo ciekawa historia będąca prequelem do serii filmów o demonicznym i genialnym Hannibalu Lecterze, którego znamy, chociażby z Milczenia Owiec


Wszystkie recenzje można znaleźć TUTAJ

Komentarze