O Wartości Bezcenności
Tytuł jak do fraszki, wiem.
Jednak nie umiem pisać fraszek (chyba) i wypowiem się w tradycyjnym wywodzicielskim stylu.
Naszła mnie ostatnio pewna konkluzja dotycząca naszej piramidy wartości i nawet nie chodzi mi tu - jak to często w moich wywodach bywa - o to, że panuje kryzys wartości moralnych i duchowych na rzecz dóbr materialnych. Dziś raczej chciałem powiedzieć o względnej wartości rzeczy.
Im wino starsze tym jest lepsze, droższe itp. Z kolei im facet starszy, tym głupszy.
Im komputer starszy, tym bardziej nieaktualny i z czasem bezużyteczny.
To takie oczywiste oczywistości dla każdego.
Są jednak rzeczy, którym my nadajemy wartość i nie definiuje ich ogólne spojrzenie, a czysto personalne.
Ostatnio miałem do podpisania umowę swojej niemalże wymarzonej pracy i szukałem w swoim burdelu długopisu. Przeważnie nie mam takiego burdelu jak wówczas i mam działające długopisy, ale jakoś tak wyszło, że mój dyżurny długopis do wszystkiego mi się wypisał; cześć jego pamięci. I zacząłem dłubać, gdzie popadnie, bo przeważnie ten jeden długopis mi wystarczał.
I wiesz co? Tak sobie pomyślałem, że w mojej szufladzie podręcznej - nie mylić z tą biurową - mam długopis. Jednak wcale nie używam... A mam tam same "podręczne" rzeczy. Takie, które lubię sobie podotykać, na które lubię popatrzeć, które dają mi satysfakcje.
I wśród nich jest jeden długopis. I ja nim nigdy nie piszę.
Ba, nigdy nim nic nie napisałem.
I chwilę tak sobie przystanąłem i zrobiłem sobie w głowie taką retrospekcję z całej historii tego długopisu - a od kiedy tylko pamiętam, był on obecny w moim życiu.
Był to pierwszy długopis, jaki mi się w życiu spodobał. Należał do mojego dziadka, który zawsze miał jakieś gadżety z dupy (w sumie to ze straży pożarnej, bo tam pracował). Jak byłem gówniarzem z przedszkola i coś tam robiłem przy biurku w domu dziadków, to on tam był.
Ten długopis.
I ja go chciałem.
Mało rzeczy za dzieciaka robiło na mnie wrażenie, a przynajmniej ja nie pamiętam, żeby mnie można było tak łatwo podniecić jakimiś przedmiotami; chociaż i takie się zdarzały. Był właśnie ten długopis. Pozłacany, drewniany, bez jakiś kretyńskich skuwek, ale za to z w pięknym - również drewnianym - otwieranym pudełeczku. Takim podłużnym i wyprofilowanym. Z kolei na jego środku widniał wygrawerowany jakiś napis, ale to było w innym języku. Ostatecznie ani w szkole, a już bynajmniej nie w przedszkolu nie ogarnąłem, co to znaczyło. Jedynie legenda długopisu była niezmiennie znacząca.
Lata mijały i tak coraz rzadziej odwiedzałem dziadków, zacząłem interesować się technologią, światem, fantastyką i z mojej pamięci wyfrunął długopis, na który od zawsze miałem chrapkę i na który od zawsze byłem za mały. Ja zaś wyfrunąłem w świat i widziałem masę innych gadżetów, o których za dzieciaka mi się nie śniło, które przyćmiewały drewniany długopis dziadka.
Poszedłem do gimnazjum - zaczęły być romanse - poszedłem do liceum - zaczęły być procenty - poszedłem na studia - zaczęła się praca. Pod koniec studiów zmarła babcia, efektem czego był remont w mieszkaniu, które zatrzymało się kilkadziesiąt lat temu, w złotych czasach PRL-u.
Wraz z remontem, wywalaniem stęchłego i zleżałego na dnie szaf dobytku, natrafiliśmy na puszkowanego ananasa, który wyzionął przed laty ducha, a zawartość jego zewnętrznej powłoki uwolniła się, pozostawiając po sobie klejącą się, napęczniałą, zerdzewiałą i podziurawioną mumię. Na "czarną godzinę" pochowane było też trochę cukru. Takie tam 11 kilo w jakichś trzech szafkach, a ponad połowa - rzecz jasna - była przeterminowana.
Inne niezbyt drogocenne rzeczy trafiły albo do znajomych, rodziny lub śmietnika.
Robiąc porządki w papierach, natrafiliśmy w końcu na niego. Tak.
Na sam dół jakiejś szuflady został wrzucony właśnie ten drewniany długopis, w swoim eleganckim etui niczym drewnianej trumience czekał na niechybny koniec świata lub remont. Jakimś cudem to drugie nadeszło jako pierwsze.
Dziadek spytał wtedy od niechcenia, "chcesz?"
A mi przed oczami stanęło dzieciństwo i te dni, gdy ten kawałek drewienka był moim największym obiektem pożądania. Chciałem. Wziąłem. I nim się obejrzałem, wylądował gdzieś z tyłu mojej szuflady. I leżał tam kolejne parę lat, aż przyszło mi podpisać swoją pierwszą umowę do wymarzonej pracy...
Konkluzja jest chyba widoczna. Kiedyś miał on wartość dla mojego dziadka, potem stał się jednym z wielu fantów, które dostał od kogoś, a potem gratem.
Tak samo cukier i puszkowany ananas miał wartość dla mojej babci, dlatego upchała je tak głęboko, że zapomniała o ich istnieniu i nigdy już sobie o nich nie przypomniała.
Ile jest takich rzeczy, za które jeden nie dałby złamanego grosza, a drugi nie oddałby ich za żadne skarby świata? Dla jednego i drugiego są to rzeczy bezcenne tylko w innym rozumieniu. Z czasem to rozumienie może się odwrócić o 180 st. i jeden chce się tego pozbyć, a inny pragnie tego najbardziej na świecie. Zmienna jest natura człowieka i jego pożądania.
Zajrzyj do swojej szuflady i sam sprawdź, ile masz tam bezcennych śmieci, które z chwilą twojej śmierci staną się bezcennymi śmieciami w bezwartościowym rozumieniu tych słów. Ja trochę tego mam... Może warto byłoby tym, których wartość przestaje być bezcenna (w drogocennym znaczeniu tej bezcenności) dać nowe życie, przekazując je komuś drugiemu? A może już trzeciemu lub dziesiątemu? Tak rodzą się pamiątki rodzinne, tak rodzą się legendy, skarby i tak truchła przeszłości z czasem obracają się w diamenty - jak jedno z milionów drzew stawało się po czasie torfem, węglem itd.
Ty możesz zapoczątkować taki łańcuszek zdarzeń... Lub zrobić porządek w szafkach i wywalić nareszcie ten szajs.
Komentarze
Prześlij komentarz