#28 Wywód Recenzyjny
Kiedy wspominam swoje przejścia z filmami symbolicznymi, to trudno mi określić, kiedy je oglądałem, dlaczego je oglądałem i co wtedy czułem. Mam w tych miejscach pustkę w pamięci, którą wypełniam tylko późniejszymi doświadczeniami i przemyśleniami, do jakich dochodziłem, rozmyślając głęboko i namiętnie nad tymi produkcjami, rozkoszując się nimi. Może dlatego, że ta produkcja nie była symboliczna to mam przy niej pewne wspomnienia. Tutaj czułem synestezję, jaką wywoływała we mnie podczas seansu i... dźwięk ognia w kominku rzucający pomarańczową poświatę na twarz głównego bohatera podczas napisów końcowych.
Pora pochylić się nad "Tamte dni, tamte noce"/"Call me by you name".
Dlaczego?
Nigdy dotąd nie miałem do czynienia z filmem, który byłby odczuwalny przez tak wiele zmysłów, jak ma to miejsce w tym przypadku. No, chyba że na filmach 5D. Miałem wrażenie, że ten film się bardziej czuło niż oglądało.
Oprócz tego, mam w jego przypadku pewne spostrzeżenie - że jest to przedstawienie tragedii greckiej zmieszanej z dramatem romantycznym odbywającej się w czasach XX wieku.
Chociaż nie jest to film symboliczny, to znajduje się w tej kategorii, bo skłania do refleksji nad swoim odbiorze.
Ostatnim z powodów, dla których warto (oj warto) na ten film spojrzeć, to aktorstwo głównego bohatera - Elio, w którego rolę wcielił się młody Timothée Chalamet. Jest zajebisty.
Lekki zarys fabularny:
Historia toczy się - jak już wyżej zaznaczyłem - w XX wieku i pokazuje nam włoskie lato. Piękne, ciepłe, powolne, pełne lenistwa - sielankowe jednym słowem.
Królują ciepłe kolory i czasem można dostrzec na ekranie nawet poświatę sepii.
Głównym bohaterem jest Elio - piekielnie mądry, inteligentny i utalentowany nastolatek pochodzący z inteligenckiej rodziny. W jego domu wszechobecne są książki, czytanie na głos poezji w wielu językach, sztuka i prace naukowe. Ojciec jest archeologiem i profesorem. Wraz z matką chłopaka są bardzo ogarniętymi w świecie ludźmi.
Na okres wakacyjny przyjeżdża do ich domu Olivier - dorosły absolwent z uczelni, na której wykłada jego ojciec. Z czasem nawiązuje się między nimi dość nietypowa relacja.
Akcja filmu toczy się sielankowo więc strasznie powoli, przez to widz całym sobą wczuwa się w spokój panujący na tej włoskiej peryferii.
Co jest dla mnie szczególnie istotne - ta intelektualizm.
Zacznę omawianie od niego.
Ludzie żyjący w domu i najbliższym otoczeniu głównego bohatera są nietuzinkowo wykształceni. Znają doskonale języki, historię, obyczaje, sztukę. Dodatkowo ich status społeczny pozwala im na to, aby dzięki swojej pracy umysłowej mogli zarabiać na chleb i swoją wielką posiadłość.
Analiza dzieł i dramatów romantycznych często przedstawiała walkę takich ludzi jak oni i ich wartości - pojmowanych rozumem - z tym co emocjonalne, nienamacalne i często duchowe.
W "Call me by your name" mamy do czynienia z takim właśnie konfliktem, gdzie logika, kalkulacja plusów i minusów oraz intelekt przegrywa z emocjami, które biorą górę w bohaterach.
Teraz dołożę do tego szerszą warstwę dramatu antycznego.
Tutaj z kolei bohaterowie popadają w "konflikt tragiczny" - taki, który niezależnie od podjętej decyzji i tak sprowadzi na nich kataklizm. Mimo podejmowanych czynności na bohaterów czyha fatum, czyli taki wyższy byt (nie mylić z odbyt), którego wpływów nie da się zatrzymać.
Konfliktem tragicznym w "Call me by your name" jest decyzja, czy ulec pokusie emocji i zaryzykować utratę dotychczasowego spokojnego życia i narazić się na nieuniknioną stratę, aby dostać coś więcej, czy też żyć dalej w swojej sielance i być jej integralną częścią, wyrzekając się przy tym jakiejś wewnętrznej części siebie i ignorować jej potrzeby.
Z obu stron skończyłoby się to dramatem. Może nie jest to zbiorowe samobójstwo, tak jak miało to miejsce w "Antygonie" Sofoklesa, ale wewnętrznie lub życiowo bohater doznałby (prawdopodobnie) straty
Zarówno Elio, jak i Olivier zdawali sobie sprawę z sytuacji, jaka ich dotknęła, gdyż byli, serio, wybitnie mądrymi ludźmi. Na końcu filmu dochodzimy do wniosku, że rodzice chłopaka również o tym wiedzieli.
Mimo tego wszyscy byli pod wpływem działania fatum, którego nie dało się przezwyciężyć i powstrzymać.
Nad decyzyjnością Elia czuwało fatum. A tym fatum były emocje, uczucia i miłość. Nad nimi inteligencja i żadna wiedza nie miała władzy.
Wszyscy doskonale wiedzieli przecież, że jeśli Elio podejmie decyzję o ryzyku, to lato kiedyś się skończy i co ten koniec chłopakowi przyniesie.
Żadna jednak decyzja nie zapobiegłaby cierpieniu głównego bohatera, które i tak wyniknęłoby z podjętej przez niego decyzji w konflikcie tragicznym, jaki przeżywał.
Dodatkowo odczuciu nawiązywania do dramatu antycznego potęguje częsty widok marmurów, otoczenie starożytnej sztuki, antycznych rzeźb itd. Wszelkiego rodzaju elektroniki jest bardzo mało. Muzyka grana jest przeważnie (albo zupełnie, bo nie pamiętam) przez kogoś, telewizji nie ma wcale, jedynym sprzętem mechanicznym, który istnieje oprócz pociągów, są tu auta.
Oprócz dramatu i tragedii mamy do czynienia z dziełem nasyconym synestezją. Tego filmu się mało ogląda, za to mocno czuje.
Niektóre sceny są poświęcone temu, aby wczuć się w ten świat lepiej. Czuje się dookoła suchość piasku na drodze podczas jazdy rowerem, zapach świeżych owoców, chłodny powiew idący od strumyka. Dzięki zaangażowaniu innych zmysłów widza łatwiej jest wywołać u niego inne emocje i uczucia. Łatwiej sprowokować do odczuwania filmu.
Niesamowicie wyraźnie jestem w stanie odtworzyć sobie w głowie ostatnią scenę - kiedy Elio siedzi przy płomieniach kominka. Dźwięk trzaskającego w nim drewna jest tak wyraźny, że w stanie oswobodzenia swoich zmysłów w czasie całego seansu i poświatą ognia na jego twarzy, aż czułem na własnej twarzy żar bijący z ekranu.
Fenomenalny efekt, który masakrycznie potęguje patos sytuacji, jaka wywiązała się z fabuły filmu.
I jeszcze ten Timothée Chalamet... Gra aktorska - miodzio.
Do tego filmu nie brakuje mi słów, do opisu, jak to często bywa w przypadku podobnie złożonych produkcji. Może dlatego, że jego rolą nie było wywołanie refleksji nad drugim i trzecim dnem, a samo uczynienie z seansu doświadczenia zmysłowego z lekkim elementem symboliki bardzo prostej do podzielenia na części pierwsze i opisania każdej krok po kroku.
"Tamte dni, tamte noce" był obsypany nagrodami, wśród nich Oscarem za najlepszy scenariusz adaptowany (bo to pierwotnie książka była... zapomniałem wspomnieć) oraz od BAFTA i Critics Choice w tej samej kategorii.
Łącznie dostał 14 nagród i 55 nominacji. Więc nieźle.
Kocham "Call me by your name" i daję mu 10/10
Nie oglądaj go. Poczuj go. I zrób to tak, jak ci się tylko podoba, bylebyś uwolnił wtedy zmysły.
Teraz przyjdzie czas na coś cięższego i na poważnie. "Dogman" w reż. Matteo Garrone z 2018 roku.
Wszystkie recenzje można znaleźć TUTAJ
Komentarze
Prześlij komentarz