#27 Wywód Recenzyjny


W swojej historii eksploracji kin studyjnych byłem na kilku naprawdę świetnych filmach i mógłbym, chociażby wymienić tutaj "Monument" czy też "Wieżę. Jasny dzień". Dochodzi jeszcze, ostatnio obejrzany, "Portret kobiety w ogniu" i film recenzowany pod numerkiem #28, który w tej czasoprzestrzeni jeszcze nie został opisany. Jednak wszystkie je bije na głowę produkcja, o której dziś się rozpiszę, a mianowicie "Nie jestem czarownicą" z 2017 r. w reż. Rungano Nyoni.
Mam nadzieję, że odrobiłeś pracę domową i obejrzałeś już to cudo.

Dlaczego?
Wyjaśnienia mogą być obszerne albo może nie być ich wcale.
Jest to rewelacyjny dramat symboliczny. Trochę surrealistyczny, trochę fantastyczny, a trochę nie. Nie ma tu do czynienia z żadnymi dziwami, prócz zwykłego pędu cywilizacyjnego i jego efektami w społeczności, która za nim nie nadąża.
Scenariusz i fabuła są zajebiście pomyślane i genialnie opracowane - stanowi to 80% powodów, dla których tak pokochałem ten film. Przechodzę dalej, bo nie wytrzymam.

Lekki zarys fabularny:
Poznajemy małą czarnoskórą dziewczynkę, którą jakaś afrykańska wioska uznała za czarownicę i zgłosiła tę sprawę na policję. Zwykle czarownice się paliło, czy coś, ale w przedstawionym tutaj społeczeństwie mamy do czynienia z ucywilizowaniem. Przynajmniej pod kątem instytucji.
Zwykłem porównywać akcję tego filmu do tego, co by to było, gdyby w jednej chwili wpierniczyć prawa, urzędy i poziom cywilizacyjny krajów pierwszego świata do społeczności z głębokiej afrykańskiej prowincji nie ingerując w ich przekonania i zwyczaje.

Mamy tutaj do czynienia z całym ciągiem prześmiesznych paradoksów wynikających z przedstawienia koncepcji działania społeczeństwa w świecie, który opiera się na konwenansach zarówno miastowych, jak i wiejskich, a w tym wszystkim kompletnie nikt nie wie, dlaczego robi to, co robi.
Shula (tak ma na imie nasza czarnoskóra dziewczynka) trafia m.in. do sądu, szkoły, wioski czarownic, talk-showu, domu biznesmena, komisariatu policji i wiele z tych miejsc ma tak wypaczone funkcjonowanie i charakter, że gdyby nie fakt, że my mamy je na co dzień i rozumiemy, po co one istnieją, to nie dostrzeglibyśmy sensu ich działania i praw, którymi się rządzą.
Wszędzie dookoła jest rewelacyjna prowizorka, a wszytko zrobione jest na "odwal się", ale liczy się, żeby wszystko zostało odwzorowane na kształt krajów pierwszego świata. To takie bezrefleksyjne przejmowanie wzorców. To zupełnie jak za czasów romantyzmu niektóre głupie polskie dupy wtrącały w zdania tu i ówdzie jakieś francuskie wstawki, żeby czuć się fajne, z elity itp., ale w rzeczywistości były puste, same nie wiedziały, o czym mówiły i tylko ślepo podążały za jakimś trendem, którego nawet nie rozumiały. Chociażby nawet w (o zgrozo) "Panu Tadeuszu" były przypadki takich damulek.
W "Nie jestem czarownicą" przykładem takiej damy jest żona pana biznesmena, która, mimo że wcielona została w "wielkie świat" to wciąż zachowała irracjonalne i zabobonne podejście do życia.
Tutaj jeśli chodzi o zabobony, to wszyscy bili rekordy głupoty, ale ona jako ta osoba niby wyzwolona z ciemnoty powinna coś sobą reprezentować, a jednak... Wciąż była przywiązana do tego, skąd się wywodziła... Ale o przywiązaniu zaraz, bo...

... bardzo ciekawym motywem są przewijające się przez cały film wstążki, które - najprościej mówiąc - odnoszą się właśnie do przywiązania.
Może chodzić o przywiązanie do dzieciństwa, wychowania, jakichś traumatycznych wydarzeń z przeszłości, albo przywiązanie do wzorców społecznych, tradycji, lub do ograniczeń, jakie za sobą niosą.
Takie pupy i gęby z "Ferdydurke". Każdy z nas ma taką przyczepioną do siebie wstążkę - jedni bardziej, inni ją ukrywają, ale każdy jakąś ma. One nie pozwalają nam wzlecieć ku niebu i żyć pełnią życia.
Kolejne pytanie - czy faktycznie bez tych ograniczeń bylibyśmy na tyle wolni i niepowstrzymani, że moglibyśmy latać i przenosić góry? Może są one dla nas uciążliwe, ale i mają za zadanie nas hamować przed robieniem głupot? Coś w stylu ostrzeżenia przed podjęciem ikaryjskiego lotu. Nikt tego nie wie, bo w rzeczywistości każdy jakąś wstążkę ma, nawet jeżeli nie zdaje sobie sprawy z jej obecności.
A ty jaką masz wstążkę, która codziennie cię uziemia?

Mimo wszystko radzę samemu przyjrzeć się tej produkcji i doszukać się w niej czegoś nowego, bo zawarta tu symbolika jest na tyle przystępna, a zarazem nieoczywista, że pozwala na dość luźne interpretacje.

Moje małe odkrycie wygrało:
BAFTĘ (Brytyjska Akademia Sztuk Filmowych i Telewizyjnych) dla najlepszego debiutującego brytyjskiego reżysera, scenarzysty lub producenta - Rungano Nyoni i Emily Morgan
Dwa BIFA-y (British Independent Film Award) dla najlepszego reżysera, Rungano Nyoni oraz przełomowego producenta, Emily Morgan
A także nagrodę specjalną BIFA - im. Douglasa Hickoxa dla debiutującego reżysera

Radzę oglądać na trzeźwo, ale to może dlatego, że mam do niej sentyment jako do jednego z moich ulubionych filmów.
Oceniam "Nie jestem czarownicą" 10/10

Teraz będę pisał o filmie w reż. Luca Guadagnino pt. "Tamte dni, tamte noce" znanego lepiej pod ang. tytułem "Call me by your name"


Wszystkie recenzje można znaleźć TUTAJ

Komentarze