Wanitatywna Kawa



Czasem dochodzą mnie takie myśli nasycone strasznie depresyjnym nastrojem i przekazujące mi wanitatywne emocje, pełne nihilizmu i beznadziei. Wygoogluj sobie, co to wanitatywne. Vanitas vanitatum at omnia vanitas – jak mawiała moja polonistka z liceum, a ja tak się jej bałem, że aż pamiętam to do dziś i mogę tym zaszpanować przy takiej oto okazji.
Dziś jestem ostatni dzień w miejscu bardzo bliskiemu mojemu sercu. Vis a vis mojego gimnazjum - najlepiej wspominanej szkoły mojego życia - parę kroków od mojego ulubionego kościoła, kilka uliczek od domu zamieszkałego niegdyś przez moją byłą przyjaciółkę…
W najgorszych dołach przebywałem właśnie w tym miejscu.
W najgorętszym okresie mojej wiary było mi stąd najbliżej do tzw. świątyni.
W największe upały ukrywałem pod wiszącą tutaj klimą.
Od groma randeczek tu odbyłem.
Miały tu miejsce także poważne rozmowy i zawieranie rozejmów.
Kupa historii jednym słowem.
Mowę pogrzebową mojej ukochanej babci pisałem właśnie tu. Zamawiając wówczas kawę, pani stwierdziła: „Pierwszy raz widzę pana takiego smutnego”. Odparłem, że ciężko jest i dużo nieszczęść się dzieje. Odparła, że będzie lepiej. Znaliśmy się z nią już od kiedy drugi raz przyszedłem w to miejsce; pierwszego razu spotkałem tu przesympatycznego pana, który namówił mnie na jedno z nielicznych piw w tamtym okresie. Pamiętam też ukrainkę, która robiła najlepszą kawę mrożoną jaką piłem. Cała ta trójka wiedziała, że godzinami siedzę tu przy laptopie oraz kawie i w słuchawkach odcinam się od rzeczywistości. Wiedzieli jaką kawę lubię, a nawet gdzie zasiadam. Za każdym razem uprzedzali, gdy ZNOWU nie było syropu waniliowego i do tego stopnia mnie to bawiło, że pewnego razu sam im go kupiłem i postawiłem na ladzie z tekstem: „to w ramach zaległych napiwków”.
Kawiarnia w której napisałem „Marzenie”, od cholery wierszy, od groma Wywodów, gdzie długimi godzinami tworzyłem, kreowałem - zamyka się dziś.
Oprócz niej miałem w życiu jedynie 4 miejsca w których zaszywałem się, żeby pisać, i gdzie faktycznie miałem wenę aby płodnie tworzyć. Trzy z nich to jednak sieciówki więc tak naprawdę ta, zamykająca się właśnie miejscówka, była jedną dwóch prywatnych maleńkich kawiarenek, w których można było mnie zastać z laptopem i nieobecnym spojrzeniem, podejść, zaczepić, poprosić o autograf czy coś w tym rodzaju. Nie martw się, ja też żałuję tego, że za czasów w których zamknięcie nie groziło temu miejscu, nie zrobiłem wielu rzeczy, które powinienem był zrobić.
Miałem przynieść tu kilka starych książek by dołączyć je do kolekcji z regału stojącego na piętrze obok seledynowych foteli. Co prawda nie dysponowałem takimi cudami, jak tutejsze „spalona żywcem”, „biały ninja”, „kokaina”, „samobójcze morderstwa”, „18 karatów dziewictwa”, ani innymi tak intrygująco brzmiącymi tytułami (których nigdy nie miałem odwagi poznać – a teraz nie będę miał już nawet możliwości).
Miałem przynieść jakieś stare płyty CD, żeby nie puszczali tu więcej tego cholernego Czesława, którego nie trawię.
Miałem przyjść na wieczorek filmowy, który odbywał się co jakiś czas na pięterku.
Miałem zaproponować im by na poważnie przemyśleli opcje robienia kilka dni w tygodniu karaoke w piwniczce, gdzie było idealnie na organizowanie takich wydarzeń.
Miałem przyprowadzić tu moją matkę i napić się z nią kawy jak normalni ludzie (tu akurat ona nigdy czasu nie miała).
Miałem zmajstrować właścicielom jakiś rysunek na urodziny kawiarni, by powiesili sobie go przy ladzie (wiedziałem nawet w którym miejscu).
I miałem spytać swoją ulubioną trójkę pracowników o ich imiona… Obsługa jednak zmieniła się już jakiś czas temu. Na gorsze oczywiście.
Oprócz mnie, można było tu natrafić także na innych dziwaków, np. grupę staruszków rozmawiających na temat budowy komórkowej lub historii konstytucji amerykańskiej, co było tak inspirujące, że sam wyłączałem muzykę i słuchałem tych dyskusji z zapartym tchem – okazało się, że w polsce żyje inteligencja czerpiąca przyjemność z dywagacji intelektualnych. Trafiłem też na ekipę obcokrajowców z gitarami i fletami, grającymi sobie oraz śpiewającymi, dwa stoliki ode mnie. Robili to tak dobrze, że nikt nie odważył się zwrócić im uwagi, a ja bezczelnie nagrywałem to widowisko telefonem.
Domowy wystrój i masa gratów w witrynie przyciągały ciekawskie spojrzenia, w tym też moje zauroczone prastarą maszyną do pisania, z której i tak nie miałbym odwagi skorzystać (ani umiejętności do tego).
To wszystko jednak już zaraz stanie się przeszłością, a na drzwiach będzie wisiała karteczka „zamknięte”, „lokal do wynajęcia” czy też obwieszczająca inną przerażającą wiadomość. A co będzie dalej, tego nie wiedzą nawet najstarsi górale. Póki co wygląda na to, że godziny przesiadywania tutaj to przeszłość i zmuszony jestem zabrać stąd, wiszącą w tutejszym powietrzu, wenę i przetransportować ją… Gdzieś indziej.
Pisanie tu tego wywodu ze świadomością, że prawie na pewno będzie on ostatnim jaki tu powstanie, nasuwa mi myśli o usychającym w głuchej ciszy drzewie; pokonującym horyzont słońcu, które nieuchronnie zachodzi pozwalającym nieprzeniknionej nicości zalać wszystko dookoła i oddać panowanie mrokom nocy. Wiesz, co widzę? Widzę teraz oczami wyobraźni wiszący w oknie na pięterku szary karton z czerwonym napisem „SPRZEDAM TEL. 111 222 333”, za nim pusty parkiet z jasnymi plamami w miejscach - stojących jeszcze dzisiaj - foteli i regałów.
Przypomina mi się ostatnie przejście przez puste mieszkanie, w którym spędziłem całe dzieciństwo. Zostały tylko odrapane ściany w dużym pokoju, obrzydliwe gumoleum w kuchni, szorstka niebieska wykładzina w przedpokoju i paskudnie różowe kafelki w klaustrofobicznej łazience. Łzy w oczach zasłoniły tego dnia widok mojego pokoju. Spędziłem w nim tyle lat, aż przyszło mi go opuścić bezpowrotnie… Minęło tyle lat, a mój sentyment wciąż ciągnie mnie by wrócić tam i wykupić je znowu dla siebie.
Pamiętam także inne miejsce - niszczejącą w oczach z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, czasem z tygodnia na tydzień, stodołę, na tyłach podwórka podlaskiej wioski do której nie przyjeżdżałem już parę ładnych lat. Wcześniej jednak przebywałem tam praktycznie cały możliwy czas jaki tylko zmuszony byłem spędzać na podlasiu. Przenosiłem deski z kąta w kąt, przycinałem wchodzące dziurami w ścianach gałęzie drzew, przekopywałem się przez stogi siana tworząc sobie kryjówki i legowiska, wyganiałem paskudne pająki, robiłem z kilkudziesięcioletnich worów na kartofle stroje klasztornych mnichów, chowałem po kątach fanty do gier terenowych dla dzieciaków, szukałem miejsc w których szczeniły się moje suczki i podziwiałem tam maleńkie, ślepe, piszczące cichutko szczeniątka tudzież podglądałem z ukrycia przystojnego syna sąsiadów przerzucającego gnój w seksownym podkoszulku. Tego lata, gdy po latach nieobecności zajrzałem do jej wnętrza przez dziurę w miejscu której były niegdyś drzwi, zobaczyłem marność. Marność nad marnościami i wszystko marność. Bolesna cisza, niespotykany wcześniej kurz, nieistniejące w mojej pamięci dziury w ścianach, wielkie pajęczyny i ani jednej czworonożnej duszy błąkającej się pomiędzy wiekowym już sianem.
Nigdy nie lubiłem pożegnań i czasem gdy do nich przychodziło wolałem zwyczajnie odwrócić się i odejść by głosy mieszkających we mnie emocji nie zdążyły wybrzmieć w moich uszach wołając mnie abym zawrócił. Z takich miejsc odchodziłem i nigdy więcej nie powracałem tam, bo wiedziałem, że moje zwierzchnictwo nad tym bliskim memu sercu skrawkiem przestrzeni właśnie się skończyło. Czasem przestrzeni porysowanej, zakurzonej podłogi, a czasem przestrzeni serc ludzkich, które zdecydowały się przede mną zamknąć zanim zdążyłem wynieść z nich to, co wcześniej tam poumieszczałem. W ten sposób traciłem gdzieś uczucia względem wyjątkowych dla mnie ludzi i miejsc. Teraz mam przez to problemy z odnalezieniem ich resztek w sobie aby wykrzesać przywiązanie względem tego co ważnego i nowego. Uświadamiam sobie przez to, jak wiele niewidzialnych rzeczy już straciłem. Sentymentalny dla mnie dupek. Prócz świadomości tego, że straciłem coś bezpowrotnie, mam jeszcze tą, ile szans w przeszłości przegapiłem.
Kiedyś ludzie nie migrowali aż tyle. Nie mieli na to możliwości. Siedzieli w miejscu na dupie i całe życie udoskonalali i dbali o to, co zastali, a potem co przekazywali dalej. My dziś mamy konsumpcjonizm. Konsumujemy miejsca, ludzi i rzeczy, a gdy już się nimi nażremy jak świnie, to opuszczamy je nie dbając o to, co się z nimi później stanie – tak jak z resztkami po obiedzie lub plastikowymi opakowaniami po serze z biedry. Mamy żyć szybko. Mamy pędzić z miejsca do miejsca. Mamy od razu po tym zacząć robienie tamtego. Bez pozostawiania gdziekolwiek sentymentów i obdarzania czegokolwiek uczuciami. Bo nic co mamy, nigdy w rzeczywistości nie jest nasze.
Nasze uczucia mają się przenosić, z psa na sąsiada, z sąsiada na koleżankę z pracy, z koleżanki z pracy na pub za domem, z pubu za domem do siłowni itd. Kochamy się spotykać z… Chodzić do… Robić ciągle… I zaraz znowu będziemy kochać coś innego. Tak mamy funkcjonować. Mamy być przyzwyczajeni do wszystko by kochać po kolei to, co podsunie się nam pod nos i nic w całym systemie nas nie przygotowuje do tego, żeby swoją miłość ulokować na stałe w jednym miejscu, przy jednym człowieku. Nasze emocje są nomadami, którzy nie mają możliwości osadnictwa. Dziś straciłem kawiarnie, jutro stracę nogę, a pojutrze ciebie. Tak może być i nie zaprzeczysz temu.
I na tym mógłbym zakończyć zostawiając cię w nastroju przemijania i straty, ale wyjątkowo tego nie zrobię. Dlaczego? Zanim zamieszkałem w swoim „małym pokoju” należał do mojej prababci i był ciut… Zaniedbany. Potem z roku na rok odnawiany, modernizowany, stawał się dla mnie coraz stabilniejszą przystanią w rejsie od narodzin ku dojrzewaniu. Gdy go opuszczałem to nie miałem pomysłu, co można by w nim jeszcze poprawić, bo miał w sobie wszystko. Z mojego dzisiejszego punktu widzenia byłem do niego tak przyzwyczajony, że niczego bym nie ruszał pewnie latami, a mówiąc prawdzie w oczy, to była tam konieczna kompletna zmiana wszystkiego.
Stodoła przed moim przybyciem od lat stała pusta i nie miała żadnego przeznaczenia prócz popadnięcia w zupełną ruinę. Dałem jej drugą młodość w okresie kompletnego wyniszczenia i nauczyłem się dzięki temu, że w każdym miejscu można na nowo rozpocząć coś, co dla ich wcześniejszych posiadaczy jest kompletnie niepojęte.
Okazuje się, że rozstanie jest naturalnym elementem świata i zawsze przychodzi na nie czas. Jeśli coś się kończy, zaraz coś innego się zacznie. Nic nie trwa wiecznie i niebezpiecznie jest myśleć, że coś trwa wiecznie. Można powiedzieć, że każde nowe miejsce lub człowiek są moimi kolejnymi przystankami na drodze przez życie i świat, ale w rzeczywistości jest to obustronna zależność. Ja tak samo jestem dla miejsc przystankiem na drodze do ich wyeksploatowania i wyniszczenia. Więc to tak jakby cały byt był mijającymi się na trasie kierowcami autobusów. Widząc się, machają sobie serdecznie nie zatrzymując się nawet przy tym, ale odczuwając obustronną przyjemność z niespodziewanego spotkania ze znajomym z zajezdni zwanej losem. Z tą małą różnicą, że ich spotkania mają realny wpływ na trasę, którą dalej będą podążać. 
Przypoetyzowałem sobie, wiem. Dawno mi się to nie zdarzyło, ale jest prościej wejść poetyckie klimaty, kiedy mowa jest o stracie i jej wpływie na nasze losy. Przed każdą stratą jest jakiś zysk i trzeba o nim pamiętać. Szkoda mi mojej kawiarni, ale wszystko się kiedyś kończy i już nie mogę się doczekać nowego początku, który (zgodnie z prawami natury) zaraz nastąpi raz jeszcze.

Komentarze

  1. Ciężko mi się czyta takie rzeczy, bo sentymentalna bestia jestem. Miło, że zakończone pozytywnym i jak najbardziej prawdziwym akcentem. Mam nadzieję, że miejsce, które obecnie jest pretendentem do bycia TWOIM miejscem spełni swoją funkcję.
    A w ogóle to nie myślałam, że można wpleść w taki wywód wers z Sidneya Polaka i to będzie brzmieć dobrze. Buszłyk zaskakuje jak zawsze. Przewidywalny się robisz z tym swoim byciem nieprzewidywalnym. :P

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz