Quo Vadis, Templum?



Nie chcem ale muszem poruszyć temat, który niewątpliwie jest na wiele sposobów, dla wielu z nas bulwersujący. Kościół katolicki w Polsce to nie jest kościół. Przepraszam. Ja też jestem częścią Kościoła jako osoba wierząca i praktykująca, ale władze kościelne z całej siły próbują zapewnić mnie, że stawanie w obronie polskich księży nie ma sensu, bo ich zwierzchnicy i tak zrobią/powiedzą coś, na co opadają mi ręce, nogi, szczęka i dupa; wszystko opada, a ciśnienie się unosi.
Skąd taka konkluzja?
Przez ostatnie dwa lata, a już w szczególności w tym roku, wśród władz kościelnych szerzy się taka bezczelność, że zwyczajnie wolałem się nie wypowiadać na tematy ich decyzji, ale no ostatni zbieg zdarzeń doprowadził mnie do tego, że z mojej opadającej szczęki wypadły zęby, a z opadających rąk - paznokcie.
Staram się (chociaż ostatnio bywało z tym różnie) chodzić co niedzielę do swojego kościoła, w którym kazania są na poziomie – skłaniają do jakiejś refleksji, zbliżają do duchowości i odchodzą od polityki i materializmu. Czasem ksiądz, rzuci czymś z czym nie do końca się zgadzam, ale to człowiek i tak samo jak ja, zdarzyć się może, że nie zawsze ma 100-procentową rację. Jak wiadomo, obiektywna prawda nie istnieje więc ja czasem się z jego prawdami nie zgadzam. Rzadko się tak dzieje, ale tak bywa.
W tą niedzielę oprócz tego, że któryś raz z rzędu usłyszałem, że intencją kościelnych różańców jest przebłaganie Boga za profanacje, ksiądz powiedział coś jeszcze, ale o tym zaraz – teraz skomentuję krótko to „profanowanie”.

Internet i memy obśmiewają wizerunek Maryi, Jezusa, Boga z chmurki, Allaha, Mahometa i wszystkich innych nie od dziś. Nawet dzieci znają ten fakt nie od dziś (tak jak swego czasu znały Misia Uszatka). Internet rządzi się prawami nieposkromionej wolności słowa i wyznania. Mamy tam do czynienia z szykanowaniami, jawnymi sektami, bluzgami na wszystko i wszystkich, podżeganiami do nienawiści i hejtem. Oberwało się każdemu, nawet temu, co mieszka gdzieś, gdzie nigdy technologii nie było i nikt z nim przenigdy nie rozmawiał w cywilizowanym języku. Myślę, że każda osoba świadoma tego, jak wielką kopalnią chamstwa i nienawiści bywają pewne miejsca w Internecie, nie bierze do siebie tego, że jacyś zdesperowani, aspołeczni stulejarze wylewają na niego wiadra cyber-gnoju. Błaganie Boga o przebaczenie takim ludziom jest na poziomie przepraszania za niestosowne zachowanie w miejscach publicznych osób chorych psychicznie. Może błędnie, ale mam wrażenie, że owi stulejarze to smutni, biedni ludzie z zaburzeniami i nie można brać do siebie tego, co sobie piszą. Denerwowanie się na kogoś to niszczenie sobie zdrowia przez czyjąś głupotę. I tak się na to nic nie poradzi choćby nie wiem po ilu paciorkach różańca.
Mimo, że wierzę w cuda, to modlitwy w intencji ogarnięcia się internetowych trolli to jak modlitwy w intencji zdrowia dla wszystkich na świecie - może i szczytne, ale na tyle wybujałe w swoich założeniach, że są według mnie stratą czasu dla samych modlących się. Jeśli chodzi o „profanację” na paradach równości, to tutaj sprawa ma się nieco inaczej niż w przypadku internetowych bluzgów.
Happening to wg definicji w Wikipedii „dzianie się”. Zorganizowane zdarzenie o charakterze artystycznym, ograniczone czasowo, mające swoją dramaturgię, tworzącą logiczną narrację lub zestaw znaków: haseł, obrazów, gestów, przedmiotów, postaci w przestrzeni. Pojawiają się często przy okazji manifestacji np. feministycznych, opozycyjnych lub ekologicznych. Mają miejsca tak samo na ulicy jak i w szkołach, domach kultury, na koncertach itp. Początkowo jako niezależna forma sztuki, z czasem happening stał się narzędziem komunikacji społecznej czy wyrazem postawy politycznej, jak również formą zwracania uwagi na jakiś problem.
Podzielę to sobie, bo mam tu sporo do wytłumaczenia:
Skoro happening to artystyczne działanie to należy spojrzeć na to pod kątem sztuki. Sztuka nieraz jest kontrowersyjna. Parę miesięcy temu była w mediach społecznościowych zorganizowana akcja sprzeciwu wobec usunięcia z Galerii Sztuki XX i XXI Wieku w Muzeum Narodowym w Warszawie prac Natalii LL oraz Katarzyny Kozyry. Ta pierwsza przedstawiła kobiety jedzące banany w sposób nasuwający wiadome skojarzenia (z 1975 roku), zaś druga jakąś babkę z psami o twarzach Paula Ree i Nietzchego. Pozbyto się ich dzieł, ponieważ zdaniem dyrektora placówki „rozpraszały młodzież”, dodatkowym argumentem miały być skargi rodziców dzieci przychodzących do Galerii Sztuki.
Polscy artyści oburzyli się gdyż zadaniem sztuki jest przekraczanie pewnych granic estetycznych i ukazanie niektórych rzeczy w innym, nietypowym świetle. Praca Natalii LL pochodzi jeszcze z czasów PRL-u i już wtedy miała docierać do ludzi, ale jakie jest jej przesłanie to już doczytaj sobie sam. Faktem jest, że polacy wychowani są w duchu grzecznej sztuki, pomijającej ludzką naturę fizyczności, seksualności i cielesności. Tak wychował ich socjalizm, tak wychował kościół, tak wychował ZSRR. Kultura masowa tak samo, jak wniosła do telewizji i innych mediów nagość, erotyzm, wulgaryzmy i alkohol, tym samym wniosła za sobą liczne kontrowersje. Ale ludzie… Komunizm skończył się 30 lat temu, a wy jesteście zszokowani widokiem kobiety jedzącej w lubieżny sposób banana. Mam nadzieję, że wiecie o tym, że po 22:00 na co trzecim kanale można zobaczyć nagie cycochy bezkarnie tańczące salsę za pieniądze z opłacanych przez was abonamentów telewizyjnych.
Oburzenie artystów i zorganizowana przez nich akcja „Narodowego Jedzenia Bananów” to również był happening - miał swój logiczny powód i był uargumentowaną manifestacją sprzeciwu wobec decyzji dyrektora Galerii Sztuki. Według definicji happeningu, akcja ta pokazywała także problem - nieznajomości realiów sztuki wśród polskiego odbiorcy.
Co z profanacją katolickich symboli? Pokazane publicznie na ulicy miały pokazywać sprzeciw ich autorów (autorów, a nie całej społeczności) wobec kościoła katolickiego. Jakich decyzji lub zachowań? O to trzeba spytać już autorów. Chcę jednak zwrócić uwagę, że „sprofanowany” został wizerunek Matki Boskiej oraz (o ile mi wiadomo) serca Jezusa.
Matka Boska pokazana w barwach tęczowych to chyba jeszcze nic gorszącego, bo chciałbym zauważyć, że zbierając kolejne matki boskie: częstochowskie, jasnogórskie, licheńskie itd. można by stworzyć nową politeistyczną religię, bogatszą od egipskiej, grackiej i celtyckiej razem wziętych. Sam uważam, że Matka Boska była i jest jedna. Nie rozumiem po jaką cholerę tworzyć kolejne matki boskie, malować je i nazywać, a potem traktować je jako święty symbol… Ja to uznaję za profanację i bluźnierstwo postaci Prawdziwej Matki Boskiej i pierdoloną herezję.
Co do serca Jezusa wyglądającego jak wagina, to nazwałbym to śmiałym obrażeniem symbolu, ale przy tym zwróceniem uwagi na to, jak wiara cenzuruje cielesność oraz jak kościół zrównuje wszystko, co wiąże się z seksem, z szatanem i absolutnym przeciwieństwem wiary w Boga. Co autorzy mieli na myśli, tego nie wiem, wiem jednak, że był to śmiały, kreatywny, ale i kontrowersyjny występ. Nie uznałbym tego jednak za dobry powód do ogólnopolskiego odmawiania różańca przebłagalnego za profanację. Ten obrazek jest happeningiem. Jest publicznym wystąpieniem i ma swoje podłoże w niekonwencjonalnej i chamskiej dla niektórych z nas sztuce. Śledząc historię dochodzę do wniosku, do którego każdy chyba logicznie myślący człowiek powinien dojść - sztuka profanuje społeczne konwenanse od zawsze.

Teraz przejdę do tego, co właściwie jest powodem mojego pokaźnego bólu dupy:
Podczas mszy ksiądz ogłosił, że w szkołach jest edukacja seksualna dzieci i że rodzice mogą się na nią nie zgodzić – wystarczy żeby uzupełnili wniosek, który jest na stronie Komisji Wychowania Katolickiego.
W ogóle taka Komisja istnieje?
Żeby skuteczniej doprowadzić się do granic własnej cierpliwości, wybrałem się w czeluści kato-talibowego internetu. Odkryłem tam rzeczy tak absurdalne, że pozwolę sobie je przemilczeć, ale jeśli też chcesz, żeby opadło ci wszystko oprócz ciśnienia, to zajrzyj na stronę stop seksualizacji, bo można tam znaleźć piękne straszaki na rodziców starszej daty.
I ja bym chciał spytać po raz kolejny ludzi: „Ludzie… Powiedzcie mi, czy pamiętacie o WDŻWR, czyli Wychowanie Do Życia W Rodzinie? Taki przedmiot istniał od dawna, ale uczył o niczym… Czy poprawienie tego i wprowadzenie nauczania o takich rzeczach jak antykoncepcja, seks i choroby weneryczne w stopniu bardziej zaawansowanym niż żadnym - gdy od 10 roku życia dzieciaki już potrafią korzystać z porno stron w necie i widują cycki nawet na okładkach gazet typu „Elle” - to coś złego?” Pominę fakt, że czytając informacje o tym, czego w 2015 uczyli na tego typu zajęciach, nie wiedziałem czy mam płakać czy bardzo płakać… Tak czy siak nie bierze się znikąd to, że chłopcy od pierwszych klas podstawówki wyzywają się od pedałów… Dzieciaki mają dostęp do seksu od kiedy mają dostęp do telewizji i internetu. Jeśli nie nauczy się ich obycia z tym tematem, aby nie podchodziły do tego jak do kuszącego, zakazanego owocu, to i tak zaczną uczyć się o tym na własną rękę. Rodzice nie kwapią się do podejmowania takich tematów – oni to się przecież gorszą bananami z podtekstem erotycznym… Skoro proces dojrzewania rozpoczyna się około 11 roku życia to chyba trzeba wyprzedzić go delikatnie i poinformować, co będzie ich czekać w najbliższych latach i jak sobie z tym poradzić? Uświadomić, że nie muszą się bać siebie i mogą ze swoimi problemami i pytaniami przyjść do pedagoga i porozmawiać. Więc pytanie – lepiej żeby uczyła o seksie szkoła, gdzie nauczyciele na bieżąco mogą pomagać dzieciakom w zrozumieniu swojej cielesności, czy może lepiej żeby dzieciaki na własną rękę wyciągały wiedzę od starszych rówieśników i internetu z szerokim wachlarzem kuszącej ich pornografii?
Człowieku, zlituj się. Prawica mówi o „seksualizacji młodzieży”, ale czy uczenie języka niemieckiego to „germanizacja młodzieży”, a uczenie o III Rzeszy na historii to „promowanie antysemityzmu”, czy może powinno się to wszystko nazwać zbiorczo „EDUKACJĄ” i „EDUKOWANIEM”? Dla mnie nie ma w tym aspekcie dyskusji- edukacja ma różne oblicza i musisz zrozumieć, że jedna wiedza jest taka, a inna sraka - jedna jest praktyczna, a druga zbędna.
Pytanie kolejne: „Czy w wieku jedenastu lat wytłumaczenie dziecku, z czym będzie się wiązało dojrzewanie, w które zaraz wejdzie jest mniej konieczne, niż śpiewanie na lekcjach niemieckiego piosenek o zwierzątkach i bez której z tych umiejętności, dziecko będzie mieć potem problemy z odbiorem rzeczywistości?”
Sądzę, że uczenie się na pamięć piosenek po niemiecku w znacznym stopniu pomogło mi w zrozumieniu swojego człowieczeństwa; z pewnością skuteczniej niż bezużyteczne zajęcia z WDŻWR. Jeśli chodzi o niszczenie psychiki i dzieciństwa to zdecydowanie wygrywa tutaj demoniczna postać mojej matematyczki i po raz kolejny lekcje germanizacji i te cholerne piosenki. Nie żartuję - odcisnęły one na mnie takie piętno, że niektóre z nich czasami mi się znienacka przypominają i potem godzinami bezlitośnie nawiedzają moje myśli.
Namawianie rodziców i dziadków w Kościele, przez jakieś edukacyjne katolickie pierdololo to jest jakaś kpina! Niech ogłoszą żeby zwalniać dzieci z tych zajęć, ale zamiast tego tłumaczyć im to wszystko w domu. Ale, do cholery, nie wolno zamiatać takich rzeczy pod dywan, bo to nie komuna gdzie przejazd z jednego miasta do drugiego stanowił problem. Witamy w społeczeństwie masowym, globalnej wiosce, dobie, w której albo uprzedzimy nieuniknione, albo zostawimy istotne sprawy ślepemu losowi, który może ostro skaszanić życie dorosłego, a co dopiero dziecka…
Powyższe mnie mocno zdenerwowało, ale wkurzyło dopiero coś, co zobaczyłem kilka godzin później przeglądając facebooka.
Mój kolega udostępnił zdjęcie - Przesyłka z UNICEF-u (Stowarzyszenia Polskiego Komitetu Narodowego UNICEF), gdzie doklejona została (cholera wie przez kogo) naklejka z napisem: „Katoliku wyrzuć to! Fundacja niekatolicka”.
Przepraszam, muszę odejść od kompa, bo czuję jak gotująca się we mnie krew zaczyna wrzeć i z penisa będzie mi zaraz gwizdać jak z czajnika.
Dobra, już wróciłem.
Rozumiem, że skoro szanowna katolicka komisja pseudo-edukacyjnego pierdzielenia stwierdza, że uczenie dzieci o seksie to coś złego, to średnio zindoktrynowany katolik może się z tym zgodzić… Ale z jakiej racji, kiedy jakaś fundacja (INNA NIŻ CARITAS) zajmuje się pomocom ubogim oraz dzieciom z biednych rejonów świata, to też jest to wbrew kościołowi katolickiemu? Nie wolno nie będąc katolikiem, zbierać pieniędzy na potrzebujących?
Dołożę jeszcze jeden absurd z ogłoszeń parafialnych poprzedniej niedzieli, jeśli pozwolisz:
W moim kościele ma się pojawić obraz Maryi. Nie wiem już której, bo jest ich tyle, że ciężko mi już nadążyć. Zaraz po pieprzeniu o tym, żeby podpisać orzeczenie tej całej Komisji Wychowania Katolickiego, mój ksiądz stwierdził, że jest zbiórka złota i srebra na ten właśnie obraz i żeby przynosić, ile jest się w stanie… Jakby UNICEF zbierał złoto i srebro od ludzi, na jakiś obraz, no to by dopiero była afera, że te niekatolickie fundacje to roztrwaniają wszystko na pierdolety; katoliku, strzeż się.
Ja wciąż jestem wierzący, żeby nie było. Kwestionuje jedynie niektóre symbole religijne, na czele z pierdyliardem wizerunków najróżniejszych Maryjek. Ostatnim pytaniem, które mnie męczy, jest: Dokąd to zmierza?

Czy polski kościół, który dzisiaj jest cholerną mafią, wyjdzie kiedyś z miejsca, w którym aktualnie się znajduje? Absurd goni w nim absurd a dokładając jeszcze genialne wypowiedzi arcybiskupów, to wątpię w jakąkolwiek poprawę… Najgorsze jest to, że jedne wypowiedzi papieża są przez nich cytowane wszędzie, a inne są zostawione bez komentarza i zupełnie przemilczane. A polski katolik nie słucha samej osoby papieża – pewnie dlatego, że nie jest już on polakiem – słucha za to jakichś śmiesznych komisji (o których mówi się na mszach) i rzecz jasna, odpowiedzialnych za cały ten burdel, polskich biskupów.
Też spotkałem się z tzw. cennikami w kościołach, czyli przedefiniowaniem kwoty „co łaska”.
O radiu maryja wspominać nie będę, bo w polsce każdy wie co to za twór. Trzeba jednak przyznać, że takie państwo w państwie i kościół w kościele to nie lada ewenement nawet na skalę światową.
Nie będę tu wymieniał kolejnych kompromitacji kościoła katolickiego w polsce, bo by mi kartek w wordzie zabrakło. Staram się też zakończyć jakoś ten wywód, a choć bardzo bym chciał, to wątpię, że takie zakończenie brzmieć by mogło: i żyli długo i szczęśliwie.
Najgorsze jest to, że kościelni chyba nie widzą tego, jak takimi działaniami odstraszają wiernych, a zwłaszcza tych młodych. Generacja moherowych beretów, nieraz bezrefleksyjnie podążających za tym co mówią w kościółku, kiedyś przecież przeminie. Ich spadkobiercy (w tym też ja) napatrzyli się już wystarczająco temu, co wyprawia polski kościół katolicki i jeśli za 20 lat arcybiskupi będą o „kryzys wiary” obwiniać „ideologie zachodu” a nie samych siebie, to za 40 lat z instytucji kościelnej w tym kraju nie pozostanie kamień na kamieniu.
Co prawda, jest też grupa młodych w polskim kościele, którzy ewangelizują i robią to bardzo dobrze. Jednak robią to często niezależnie od władz kościelnych i nie odnoszą się praktycznie do decyzji polskich arcybiskupów- mówią jedynie o samym Bogu i wiernych… W temacie episkopatu widocznie szkoda im słów.
W jednym z wywiadów kanału „7 metrów pod ziemią” na youtubie, wypowiadał się pewnego razu były polski ksiądz, który stwierdził śmiało, że w polskim kościele nie ma Boga. Zauważam, że coraz mocniej zaczynam się zgadzać z jego opinią i jest to niestety znakiem, że dla myślących, wierzących w Boga ludzi, w polskim kościele katolickim już dzisiaj, brakuje miejsca.

Komentarze