#16 Wywód Recenzyjny
Miałem w planach napisać bardzo osobisty wywód, ale tak się
akurat złożyło, że jego temat był bliski filmowi, który akurat miał zostać
przeze mnie zrecenzowany, więc postanowiłem zrobić wziąć blender i zmixować to.
Wziąłem drewnianą łyżkę, wlałem do kubła jacka danielsa, pełnotłuste krowie
mleko, trochę mąki ryżowej, cztery kukułcze jaja i litr szamba, a potem
wymieszałem zamaszyście. Następnie zdecydowałem się włożyć tą mieszankę do
rozgrzanego na 180st. płatu czołowego swojej głowy i trzymać tam przez pięć
„Marysiek”. Po wyjęciu swojej mieszanki, rozkroiłem to na pół i doszedłem do
wniosku, że historia z filmu „Coco” ładnie wiąże się tematycznie z moją relacją
z prababcią. Pewnie gówno cię to obchodzi, ale jeśli nie, to zapraszam poniżej:
Dlaczego?
Moim pierwszym argumentem będzie coś banalnego- natrafiłem
na ten film podczas okresu Oscarowego- zajął w roku 2018 pierwsze miejsca w
kategoriach, „Najlepsza piosenka” oraz „Najlepszy długometrażowy film
animowany”. Takie same zostały mu przyznane Złote Globy i Saturny. Przykuło to
moją uwagę, niewątpliwie dlatego, że w kategorii filmu animowanego miałem
innego faworyta – „W głowie się nie mieści” i byłem rozjuszony, że jakaś
meksykańska melodramatyczna (melodyjno-dramatyczna) bajuśka, wszystko zgarnęła.
Kiedy jednak udało mi się obejrzeć „Coco” to zrozumiałem, że Złote Globy,
Saturny i wszelkie inne księżyce tudzież czarne dziury zostały przyznane jak
najbardziej słusznie.
„Coco” rozchodziło się także drogą pantoflową poprzez
znajomych, którzy ten film już oglądali i wyszli z seansu zachwyceni tym, co
zobaczyli.
Historia ta jest niewątpliwie ciekawym nawiązaniem do
dzisiejszych czasów, w których rozpędzeni młodzi wymijają starszych i
zostawiają ich daleko w tyle swojego życia.
Ponad to, sądzę że rodzinne zasady, tradycje i zaszłości
odbijają się szerokim echem na naszych życiach. Mało tego! Śmiało można
stwierdzić, że jest to nawet pedagogicznie udowodnione!
Mam ci dziś sporo do przekazania, więc lepiej zamrugaj se
parę razy, zanim od czytania zaschną ci gały.
Lekki zarys fabularny:
Głównym bohaterem jest młody nastolatek o imieniu Miguel, w
którego domu- poprzez zaszłości rodzinne- nie toleruje się muzyki w żadnej
formie. Wprowadza się także międzypokoleniową szewską tradycję, która stanowić
ma drogę życiowych dążeń. Jak nietrudno się domyślić, chłopak buntuje się
przeciwko temu i decyduje samodzielnie.
Sztampa na całego- młodzik odchodzi od rodzinnych tradycji i
chce na własną rękę wszystko. Potem mogło się tylko okazać, że dojdzie do
czegoś super, ale wpadnie w kryzys, wpakuje się w jakiś gnój po uszy i będzie
musiał schować dumę do kieszeni, pogodzą się z rodziną, dojdą do kompromisu;
pa; napisy końcowe. I… Po części ten schemat jest tu powielany, ale jakby nie
wychodził poza sztywne ramy kształtowania bajek, nie znalazłby się na tej
liście.
Tak samo, jak w jego konkurencie- „W głowie się nie mieści”,
historia nagle przybrała zupełnie nieoczekiwany obrót i widz zupełnie nie oczekiwał
tego, co się zdarzyło. Uważam go za godnego konkurenta, bo ta historia jest
bardzo mądra i bardzo dużo może nauczyć nawet samych dorosłych o tym, czym są
emocje i uczucia. Serdecznie polecam.
W tym filmie niepozornym, niezauważalnym z początku kluczem,
który otworzy nam wrota zachwytu pomysłowością reżyserów i wzruszenia podczas
zakończenia, jest sam tytuł.
Co to, te „Coco”?
„Coco” to imię prababci- najstarszej osoby w rodzinie
Miguela, która w czasie jego dzieciństwa była „kompanką” jego do zabaw i
rozmów, a dziś ledwo kontaktuje i pełni rolę stałego elementu wystroju ich
domu.
Moja prababcia ma na imię Marysia (Maria). Trochę mniej
egzotycznie niż „Coco”, ale wciąż uroczo.
Postaram się bez spoilerów opowiedzieć historię naszej
relacji z Marysią, która, oczywiście, różni się troszkę od tej z filmu, jednak
wciąż ma wiele punktów wspólnych.
Prababcia kontaktuje- ma problemy z poczuciem i ogarnięciem
upływu czasu, ale to tylko tyle. Nie żyje w wegetacji umysłowej. Ponad to, ani
ona, ani jej rodzice, czy dziadkowie nie wprowadzili do naszej rodziny żadnej
tradycji, sposobu bycia lub zakazu. Tym bardziej tyczących się muzyki.
Są to podstawowe różnica między rzeczywistościami moją i
Miguela.
Prababcia nie jest także elementem stałym mojego domu,
chociaż swojego domu już owszem.
Przez lata nie opiekowałem się nią, ani nie interesowałem
tym, jak funkcjonuje. Miguel, co prawda, także nie interesował się jej
sposobami egzystowania, jednak opiekował się nią ciutkę. Ja z moją przez lata
nie miałem kompletnie żadnej relacji, a nawet unikałem jej- o czym wspomnę
nieco niżej.
Na tym różnice między nami się kończą.
Pora przejść do podobieństw:
Marysia za moich czasów wczesnoszkolnych odprowadzała mnie
ze szkoły i opiekowała mną. W tym czasie słuchała moich niezliczonych
historyjek i była bierną towarzyszką zabaw, tak jak i filmowa Coco. Była jednak
bardziej ruchliwa i rozmowna. Kiedy stałem się uczniem klasy czwartej,
przestała przyjeżdżać po mnie i uczestniczyć w życiu jako moja prywatna ochrona
przed pedofilami, a ja odwiedzałem ją z mamą, ewentualnie nie odwiedzałem jej wcale
(mimo, że mieszkała i mieszka w tym samym mieście). Z czasem, tak jak Coco,
przestała się tak poruszać i stała się więźniem drogi
dom-lekarz-dom-kościół-dom.
Lubiła podróżować z bratem mojego dziadka (jej pierwszego
syna) do naszego starego domu na pewnej zabitej dechami, podlaskiej dziurze.
Druga część tej rudery jest własnością jej drugiego syna (mojego dziadka
właśnie) więc i my tam latem lądowaliśmy. Wspólne podwórko przeważnie było
miejscem, gdzie spotykaliśmy się jedyny (lub jeden z bardzo nielicznych razów)
w ciągu całego roku, gadaliśmy wtedy o niczym, patrzyliśmy sobie w niebo itp.…
Mimo, że żyliśmy przez tamten, wakacyjny czas w jednej, rozlatującej
się ruderze, to jednak była ona podzielona. Synowie prababci mają od ponad
dwudziestu lat spór, który wydaje się nie do rozwiązania przez nieugiętość ich
charakterów. Marysia ostawała i mieszkała po stronie tego pierwszego, bo mój
dziadek założył rodzinę, a tamten tego nie zrobił i trzymał się wciąż blisko ze
swoimi rodzicami.
Po kolejnych latach jej ciało przykuło ją do łóżka na dobre,
a najdłuższa podróż jaką mogła wykonywać to ta z łóżka do kuchni. Jej pierworodny
mieszka z nią, jednak ma swoje życie i jest dość oschły w pożyciu. Siedzi w
drugim pokoju i pomaga mamie tylko wtedy, kiedy musi, a że się tak wyrażę- nie
lubi musieć. Często też zostawia ją samą i wyjeżdża.
Dawniej Marysia mogła zadzwonić do mojej mamy (córki jej
drugiego syna, który się do niej nie odzywa) i poprosić o pomoc- wtedy bywało,
że i ja przyjeżdżałem i słuchałem biadolenia, jaki to jestem chudy i żebym żył
w zgodzie, bla, bla… Strasznie mnie to wtedy irytowało (i wciąż irytuje), więc
unikałem tego jak ognia. Dzisiaj jest już skazana na pomoc z zewnątrz, bo sama
nie da rady zadzwonić (palce są zbyt słabiutkie). Jeśli moja mama nie
przywiezie jej obiadu, nie zajmie się sama jej sprawami medycznymi, nie
upierze, nie ogarnie, to raczej (mieszkający z nią) jej syn tego nie zrobi. Na
to, że faktycznie mógłby to zrobić są jeszcze mniejsze szanse, niż ci się to
wydaje. Czasem odwiedza ją koleżanka z klubu seniora, albo jakaś daleeeeeka
rodzina. Wtedy przed Marysią pojawia się widmo podróży- z łóżka do drzwi, co
zahacza o wszelkie granice jej fizycznych możliwości.
Wózek? Nie, to za małe mieszkanie. Balkonik? Coś tego typu- jest
ona wyposażona w niewielki, metalowy stołek, na którym może też coś postawić,
kiedy przemieszcza się pomiędzy, wcześniej wspomnianą, kuchnią i pokojem.
Sprytne? Widać, że kreatywność mam w genach.
Ten miesiąc wiele zmienił. Czy na stałe, tego nie wiem. Fakt
jednak jest taki- matka pojechała na dłuższy urlop, oschły pierworodny także…
Pozostała sama, a ja zostałem po raz pierwszy obarczony odpowiedzialnością za
jej osobę. Przyjąłem to. Czułem w kościach, że po śmierci mojej ukochanej babci
(jej jedynej synowej) zbliża się do mnie moment dołożenia swoich dwóch groszy
do opieki nad Marysią.
Spisałem sobie listę o nazwie „Prababć” i na niej
następujące wskazówki:
- leki w pudełku- były rozdzielone na dnie oraz ich pory i
trzeba było obserwować, kiedy one ubywają, czy ubywają i czy nagle wszystkie
nie ubyły na podłogę.
- jogurty- czy jakaś ich ilość stacjonuje w gotowości w
lodówce.
- zupa- gdyż dobrze jest, żeby miała coś ciepłego, a że
niedaleko jest akurat bar mleczny z dobrymi zupkami, to czemu mielibyśmy nie
skorzystać z jego dobrodziejstw? (ja w kuchni umiem zrobić tylko bałagan i
pożar) Marysia daje sobie radę nawet później podgrzać ją sobie, o ile
odpowiednio się ją nastawi na kuchenkę i zadba o obstawę dookoła.
- płatki kukurydziane- bo zapasy mleka wyżywiłyby kilka
przedszkoli lub pułk wojska.
- chleb krojony
- owoce- tu opcjonalnie, ale wiadomo, że jak jest sezon to
trzeba korzystać.
- woda w czajniku/termosie- bo sama nie wleje wody do
czajnika, ale jak już wspomniałem- żyje ona z kuchenką za pan brat/bo nie
doniesie ani wody, ani herbaty na swoim stołeczku do łóżka, więc trzeba napełnić
jakimiś pitnymi płynami, stojące tam termosy i zamknąć tak, żeby się nimi potem
nie zalała.
Dostałem kod do domofonu, klucz i polecenie- „zadzwoń do
niej pół godziny wcześniej, żeby zdążyła pójść do łazienki i opróżnić sobie
pęcherz” oraz „wszystko sprawdź sam, bo ona ci nie powie, że czegoś
potrzebuje”.
Zapowiadała się gruba impreza.
Podczas moich pierwszych odwiedzin, wśród bajzlu w jej domu,
znalazłem jakąś babę z Francji. Okazało się, że moja prababcia jest jej daleką
ciotką i akurat w tym tygodniu miała ona wesele w swojej polskiej rodzinie.
Odwiedziła zatem przy tej okazji swoją ciocię Marysię, ogarnęła jej wszystko, a
ja posiedziałem i pogadałem z nimi. Podczas tej godziny sprawdziły się (prawie)
wszystkie moje obawy dotyczące wejścia z Marysią w interakcje, a mianowicie
zacząłem myśleć nad jej losem.
Od podstawówki pamiętam jak zarówno ona, jak i otaczający ją
ludzie mówili, że ona to już lada dzień się będzie żegnać z tym światem. Nie
odwiedzałem jej latami, bo po pierwsze nie lubiłem biadolenia, a po drugie
(najważniejsze) bałem się, że wzbudzi we mnie litość. Litość to jest bardzo
zdradziecka szmata. Budzi się, jak małe dziecko w środku nocy, i nie daje ci
spać. Myślisz sobie: „żal mi jej, można by coś dla niej zrobić…”. I tutaj
wchodzisz w pułapkę. Lubię pomagać ludziom (chociaż moja matka twierdzi, że
nie) bardziej niż powinienem i czułem, że pomóc jej, to coś poza moimi
zdolnościami. Nie jestem tego rodzaju cudotwórcą, który uzdrawia poskręcane
ciało i odmładza (jestem innym cudotwórcą). Wiedziałem to i nie chciałem robić
jej (ale przede wszystkim sobie) nadziei na to, że będzie lepiej. Nie będzie
lepiej- wiemy to wszyscy. A ja nie chciałem przeżywać śmierci bliskiej osoby.
Przeżyłem śmierć najbliższej, więc wiem, że to horror i nie chcę tego ponawiać,
a „starość- nie radość, śmierć- nie wesele” – tak, jak to mawiała Marysia przed
laty. Teraz już tak nie mawia, ale mawia, że chce już umrzeć. Mawia tak od lat…
A ja nie mogę tego słuchać, bo wiem, że nie jestem w stanie zrobić dla niej
nic, co by usatysfakcjonowało moje poczucie obowiązku. I tutaj wracam do mojej
pierwszej wizyty. Rozejrzałem się: tu syf (można by to przejrzeć i powyrzucać),
tego to już się nie używa (można by wymienić na nowe), tam poprawić (ale
cholera wie, może tak miało być). Kuzynka z Francji mówi, że Marysia nigdy u
nich nie była, a teraz to nie ma już jak, a ja ocknąłem się już po tym, jak już
odparłem, że „w tych czasach wszystko przecież da się zorganizować”.
Przeraziłem się tym, że zaczynam myśleć o niemożliwych możliwościach. Na domiar
złego, Marysia zaczęła biadolić, żeby żyć w zgodzie i że ona to już chce
umrzeć. To jednak już nie było tak doskwierające, bo można to zrozumieć w jej
przypadku, w przeciwieństwie do biadolenia, jaki jestem chudy, którego (całe
szczęście) nie było- widocznie moje obawy, że przytyłem są prawdziwe.
Na odchodne poprosiła mnie, żebym znalazł jej zdjęcie ślubne
w albumach mojej matki (podobny motyw pojawia się także w „Coco”). Znalazłem
cały album z biało-czarnymi, powyginanymi, przedwiecznymi zdjęciami i
przyniosłem jej go następnym razem. Ogarnąłem też wtedy pierwszy raz, dogłębnie
wszystkie rzeczy ze swojej listy. (Misja zakończona sukcesem, bez odbioru.)
Posłuchałem sobie, co prababcia miała do powiedzenia na temat latających po
albumie, niczym mole, zdjęciach. Niektórzy mogliby na tym etapie dostać
wewnętrznego krwotoku mózgu, ale ja mam cierpliwość do słuchania historii
(chyba, że ktoś je powtarza w nieskończoność). Zawsze wolałem historię od fizyki,
czy innych tego typu sposobów odprawiania rytuałów czarnej magii… Wtedy znowu
zaczęła się litość… Mózg się nie opamiętał- język uwolnił słowa obietnicy, że
następnym razem podpiszemy każde z tych niezliczonych zdjęć, żeby pamięć o
przodkach nie została wymazana, a ich wizerunki były rozpoznawalne dla
przyszłych pokoleń (gej tych pokoleń nie spłodzi, ale do tego zadania mam już wyznaczonego
przyrodniego brata). Przy okazji dostałem misję przyniesienia piętnastu gramów baleronu.
Udało się. Jednak zamiast robić tamte zdjęcia zajęliśmy się
tematem kineskopowego telewizora prababci Marii, który obok zabytkowego radia
(z audycją stacji o odpowiedniku jej imienia z zamienionym „I” na „YJ”), był w
jej pokoju włączony praktycznie non stop. Jej śmiertelnie obrażony młodszy syn
(mój dziadek) dostarczył jej kiedyś telewizor LCD dany mu od kolegi, ale przez
dwa lata nie został podłączony. Dlaczego? Oschły pierworodny przyprowadził
dyplomowanego (podobnież) speca, który stwierdził, że to jest monitor od
komputera i nic się nie da zrobić; pa. Mi podłączenie zajęło 3 minuty. Ze
znalezieniem pilota 33 minuty. A z wyszukaniem kanałów i ustawieniem obrazu 40.
Jakość HD to, to nie jest, ale zawsze to jakaś zmiana na lepsze (chyba). W
dodatku leciał tam program o koniach i Marysia przyznała się bezwstydnie, że
kocha koniki. Więc mózg wyprodukował kolejny pomysł, ale język został tym razem
ugryziony.
Prababcia dała dwukrotnie misję przyniesienia jej borówek,
zrobienia herbaty. Ja dodatkowo ogarnąłem jej parę razy po zupie, dwa razy
zrobiłem też kaczkę pieczoną z biedronki (kuchnia nie poszła z dymem). W końcu
przy ostatniej wizycie sama już mówiła mi, czego jej potrzeba (mimo, że i tak
wolałem sprawdzić, czy leki nie ubyły na podłogę). Ponad to podróż po krainie
umarłych zamkniętej wśród kart albumu wciąż trwała. Trzeba było sobie
przypomnieć ciotkę Relkę, jak miała na nazwisko tamta kobieta obok i ponotować,
co się dało.
„To jest moja bratowa, a to mój brat. On już nie żyje, ona
też nie. A to jest jej siostra. Ona jeszcze żyje, on nie żyje, on też nie żyje.
O! A ta… Jak ona miała na imię… Ona też już nie żyje, ale on jeszcze żyje” – Tak
to w skrócie wyglądało- Tamta JESZCZE żyła, tamten JUŻ nie żył itd. Pytanie było
tylko, jak ci wszyscy ludzie mieli na nazwisko.
NARESZCIE skończyliśmy podpisywać zdjęcia. Ale podróż po
krainie umarłych jeszcze się nie skończyła. Zostało jeszcze wkleić je
delikatnie do zabytkowego, ponad siedemdziesięcioletniego albumu, ale to już było
moim zadaniem, bo ona niezbyt chciała brać w tym udział. Stało się tak, jak
myślałem- przejąłem inicjatywę i zacząłem robić dla niej, coś kompletnie jej obojętne.
Spalać się. Dodatkowo wymyłem w kuchni wszystkie, zalegające tam naczynia
(czyli prawie wszystkie naczynia). W sumie to nie tyle je „myłem”, o ile
„szorowałem”. Udało się nawet znaleźć pierwotny kolor patelni!
Odkryłem sprytne staruszkowe tipy!
Tam ma stać herbata, tu ma stać miska. Tego nie ruszać.
Wszystko ma być nisko. Tu zawsze szklanka z wodą do leków. Herbata tylko w kuchni.
Kubki są ciężkie więc pije herbatę ze słoika. Jak się słoik zbije to nie ma
straty, a filiżanki to jednak szkoda.
Matka wróciła. Co teraz będzie? Czy zaczęło mi zależeć na
zbudowanej przez ten niecały miesiąc relacji?
Wkleję wszystkie zdjęcia do albumu, puszczając jej w tym
czasie z mojego komputera film o konikach w jakości 4K i zobaczę, co dalej.
Mam świadomość, że dzięki mnie (być może) pamięć o
mordeczkach przodków nie przepadnie… Ale nie satysfakcjonuje mnie to. Czuję
ciągły głód zrobienia dla niej czegoś jeszcze… Wiem, że chyba starczyłoby jej
moje przychodzenie, ale mnie to dołuje. Ponad to mam świadomość, ile lat
unikałem jej z premedytacją, bo bałem się tego, co właśnie może się spełnić- że
zacznie mi zależeć. Jak człowiekowi zależy na kimś, to lituje się nad nim, a
jak się lituje to bezsilność może go parzyć mocniej niż obcisłe slipki podczas
maratonu w trzydziestopięcio-stopniowym upale. Ja czuję jak ta Bielizna Litości
ociera się już o moją skórę i ta zaczyna się powoli rumienić. Zostało im niewiele
czasu. W sensie- i skórze pod Bielizną Litości i Marysi. Może warto ten czas
wykorzystać? Tylko jak? Albo by ją zdjąć z siebie i nie poranić swojej skóry,
albo by ciężar resztek Jej egzystencji wziąć dzielnie na swoje zwiotczałe,
pedalskie barki. Co ja mogę zrobić, gdy czuję taką bezsensowną konieczność zrobienia
dla niej czegoś wielkiego? Dziś jestem Syzyfem.
Tak jak Miguel wszedłem do świata zmarłych przez przypadek,
z tym że ja, w przeciwieństwie do chłopca z animacji, spodziewałem się, że w końcu
będę musiał go odwiedzić. Odwiedziny Miguela oceniam 10/10, a swoje? To się
okaże…
Polecam obejrzeć sobie to wszystko samemu w spokoju. Czy
alkohol jest ci potrzebny? Oceń to sam.
Następnym filmem będzie coś z delikatnie innej bajki – „Sin
City- miasto grzechu”.
Wszystkie recenzje można znaleźć TUTAJ
Komentarze
Prześlij komentarz