Multi-kulti Wielo-raki Wywód
Mam do opowiedzenia wiele różnych historii, które mi się
przytrafiły przez czas absencji od blogowania. Wywodzić się z nich będzie wiele
porypanych wywodów. Pisząc to odkrywam walory smakowe mleka ryżowego więc szykuj się, że będzie grubo.
Z początku zwłaszcza.
Potem stopniowo tematy będą schodzić z
poważnego tonu na całkiem luźny.
Zacznę może od tego, że działając w branży biznesowej
podczas stanu permanentnego załamania kompletnie zdechłem psychicznie. To tak jakbyś
złamał nogę i w gipsie truchtał sobie radośnie po Himalajach. Uważałem, że to
przecież nie jest sprint więc nic mi się nie stanie, jednak na znacznie dłuższą
metę nawet mądrze przemyślany i dobrze rozłożony wysiłek może okazać się szkodliwy. Zwłaszcza dla weterana wojny ze stresem w stanie zespołu pourazowego.
Stąd Pierwsza Zasada- nie daj sobie wmówić, że twoja trasa musi
być tak długa jak pozostałe, żeby dorównała wartością tym innym. „Otóż nie”-
cytując prowadzącego programu „Jeden z dziesięciu”.
Jeżeli mam się nie doprowadzić do wewnętrznej ruiny to
powinienem wszystko robić zgodnie ze swoim tempem – czyli truchtem. Byle jednak
nie po pierdolonych Himalajach.
Może jest to pewna strefa komfortu, ale albo jestem zbyt
słaby żeby z niej wyjść, albo nie jest to żadna strefa komfortu tylko realna
granica moich aktualnych możliwości. A jak wiadomo nie od dziś- granice są po
to, żeby po ich przekroczeniu rozstrzelało cię wojsko. Dla niektórych to sport
wyczynowy i sposób na zaspokojenie adrenaliny, mi jednak wystarcza seks po
podwójnym espresso.
Ogólnie to lubię bycie bizneswoman, nawet w momencie kiedy
jestem facetem załamanym psychicznie (więc już jakby mniej facetem).
Druga zasada- nie daj sobie wmówić, że życie innych zależy
od twojego.
Dlatego będąc niedoszłym samobójcą wciąż zastanawia
mnie, co mnie powstrzymuje by znowu nie odpłynąć na nieznane wody.
Tu jednak chodzi mi o co innego więc pozostawię na jakiś
czas czarny humor i przejdę do mojej matki. Jako, że jej usposobienie jest
drugim powodem (z dwunastu) przez który ostatnio próbowałem się
przenieść na tamten świat bez paszportu od Pana Boga. Ostatnio przechodzi ona samą siebie.
A o co chodzi? Jeśli nie wiesz, o co chodzi, to chodzi o
pieniądze. Inaczej jest jednak w przypadku rodziców. Kiedy nie wiesz, o co
chodzi rodzicom, to o nie spełnienie jakiejś ich ambicji.
tu wchodzimy na temat mojego wywodu.
Nigdy moja matka nie wałkowała jednego tematu tak bardzo jak
teraz.
Tym tematem jest mój licencjat.
Nic też nigdy nie było dla mnie taką
barierą nie do przejścia jak licencjat. Im bardziej napiera tym bardziej zdaje
sobie sprawę, że to nie pyknie. Jednak ona nie daje za wygraną.
-Musisz to zrobić. (Nie muszę) Tak się umawialiśmy. (Na nic się nie umawiałem z tobą) Co zrobisz bez
wyższego wykształcenia?
-A ty je masz?
-Rozmawiamy teraz o tobie.
Ja wiem, ja wiem- rodzice zawsze chcą dla nas jak
najlepiej, ale do jasnej cholery, jakby rodzice umieli słuchać i wspierać
swoje dzieci w ICH WŁASNYCH decyzjach pomimo ich irracjonalności, to by było
zdecydowanie lepiej dla obojga. Jeszcze dwa lata temu moja matka (ta sama, bo
mam tylko jedną) miała iść na zaoczne studia pedagogiczne i chciała mi płacić,
za pisanie za nią prac zaliczeniowych (serio.). Ja wówczas pracowałem na pół
etatu i godziłem to z własnymi studiami dziennymi, życiem towarzyskim i
problemami zarówno psychicznymi jak i sercowymi więc oczywiście stwierdziłem, że nie idę na taki układ. Ta napierała do
momentu, w którym odpuściła, obraziła się na kilka tygodni, a potem zapomniała (chyba).
Teraz chodzi o mój licencjat i tutaj sprawa jest
poważniejsza. Moja matka stwierdziła, że jak nie zrobię licencjatu to nie będę
mógł już mieszkać pod jej dachem (bo jestem darmozjadem bez licencjatu). Nikt w rodzinie (w
linii prostej) nie ma wyższego wykształcenia więc presja jest spora.
Do próśb i gróźb dochodzą łzy, bo ona chce mi udowodnić, że to dla mnie ważne.
W związku z tym faktem łkała: „Po prostu to napisz i będę mogła już
umrzeć w spokoju”.
Bo osoby po czterdziestce nie mają już przecież żadnych
ambicji ani celów prócz tego by po spierdoleniu swojego życia próbować dyktować
jak mają żyć inni „bo oni są dłużej na tym świecie i wiedzą jak to jest”.
Ciekawe, że skoro wiedzą, to sami swojego życia jakoś nie potrafią ani naprawić ani chociaż polepszyć.
Wymówka to wiek? Czyżby nikt mi jeszcze nie powiedział, że osoby po
czterdziestce idą już do utylizacji? Mentalnie czuje się na pięćdziesiąt. Dokąd mam iść po swoje skierowanie na eutanazję?
To może być jedna z najbardziej brutalnych apostrof w całych
moich Wywodach, ale:
Nie martw się mamo, ja nie zrobię sobie dziecka w wieku 20
lat, nie zwiążę się z kryminalistą, potem nie rozbije mi się małżeństwo i nie
będę wyładowywać napięcia na swoim dziecku kładąc na jego barki połowę swojego
świata, a następnie nie odtrącę go emocjonalnie przez jego orientację seksualną, tępiąc i wyśmiewając przy tym jego własne plany, bo będę chciał by żyło lepiej ode mnie.
Może to zbyt chamskie (nawet jak na moje możliwości), ale
tak to wygląda z mojej perspektywy. Dajcie mi popełnić moje błędy i nie
zmuszajcie mnie bym szedł tak jak reszta, bo wy też nikogo się nie słuchaliście
i w moim wieku byliście w większym gównie niż ja teraz jestem.
Trzecia Zasada- im bardziej podejrzane tym bardziej
wiarygodne.
Najlepszą kurtkę znalazłem w lumpeksie w stylu vintage,
najlepszego chłopaka na Instagramie w proponowanych, najlepszy biznes na
portalu randkowym slesz klubie z karaoke, a najtańszą sziszę?
Jak zawsze kiedy jadę gdzieś na drugi koniec miasta, żeby
coś załatwić to nic nie załatwiam- to jest już norma. Jadąc więc z moim zepsutym
laptopem na praskie zadupie do serwisu już wiedziałem, że chujnia z tego
wyjdzie. Wyszła i to razem z całą grzybnią, bo facet był tak oschły, że jak tylko na mnie
spojrzał, to żałowałem, że w ogóle zdecydowałem się tam jechać bez obstawy. Po totalnej
porażce stwierdziłem, że na pocieszenie popatrzę sobie na ładne rzeczy w
sklepie papierniczym obok (zboczenie zawodowe, fetysz papierniczy). Obok tego
boku był jednak jeszcze bardziej intrygujący sklep. Witryna informowała, że to
„Sklep Perski” więc nie jakiś tam sklep. Był perski. Zaufałem mu. Wnętrze
wyglądało jak półmroczna piwniczka zapełniona zakurzonymi gratami z odzysku lub
przemytu, zapach stęchłej baklawy wymieszany z olejkami eterycznymi uwodzicielsko kusił motłoch by porzucić brak zainteresowania tym miejscem. Ja też musiałem
tam wejść.
Od razu przypomniał mi się sklep z tureckimi rzeczami na śródmieściu, gdzie wnętrze wyglądało co prawda bardziej stylowo, ale facet kompletnie nie mówił po polsku i przy pomocy łamanego angielskiego handlował, rzeczami których nigdzie indziej nie było mi dane zobaczyć. Jego klientami zawsze byli śniadzi koledzy których język przypominał krztuszenie się. Na mnie reagował jakbym nie był mile widziany, bo mówiąc nie warczałem na wszystko dookoła. Kupowałem u niego melasę do sziszy na wagę. Zarówno w necie, jak i w sklepach 50g szło za około 30zł, u niego jednak była za 20zł więc spory % taniej. Nakładał ją z misek (wyjmowanych spod lady) łyżką stołową do foliowych torebeczek i rzucał z pogardą na wagę, a potem zaniżał jej cenę względem zmierzonej wagi. Melasa jednak było po primo tania, a po sekando (czy tam inny sekator) aromatyczna.
Widząc ten podejrzany sklep wiedziałem, że znajdę tam ludzi, których nieprofesjonalne zachowanie będzie zdradzało szczere do bólu intencje. Wszedłem i szukałem czegoś co mnie wyjątkowo zainteresuje przedzierając się przez kaszę, zakurzone, suszone owoce w miseczkach, pudełeczka z napisami w alfabecie krzaków, a to wszystko z naklejonymi nań samoprzylepnymi karteczkami na których długopisem ktoś nabazgrał cenę (całe szczęście, że cyframi arabskimi (i że niską)).
Podszedłem do młodej pani za ladą i spytałem, po ile są szisze.
Ona odparła, że po 30zł (o matko, w necie są za 80), ale są niekompletne, bo brakuje im części, której nazwy nawet nie zna.
Przyszedł starszy facet, który był (chyba) jej ojcem (lub mężem) i stwierdził, że wobec tego sprzeda za 20, chociaż być może gdzieś te części są i on może ich poszukać. Poszedł i zaczął przy mnie grzebać w kartonach z nadrukowanymi rozpixelowanymi zdjęciami szisz o mocno wyblakłych kolorach. Tumany kurzu uniosły się w powietrzu zanim udało się wyciągać po kolei jedną, drugą i trzecią kompletną sziszę. Każda podobna do siebie. Na końcu wydłubał spod dywanu największe pudło z sziszą o połowę większą od reszty.
Miała paskudny zielony kolor i naklejoną cenówkę „45”.
Spytałem jak najgorszy, ślepy młot: „A za ile ona?”
Koleś spojrzał i stwierdził „35”.
To ja wytężając swoje aktorskie zdolności zacząłem symulować głębokie rozmyślanie nad sensownością tego zakupu. Uciszyłem wówczas wewnętrznego żyda, który nawet zaczął coś chwilowo marudzić i ostatecznie zakomunikowałem na głos, że zdecydowałem się na zakup.
Od razu przypomniał mi się sklep z tureckimi rzeczami na śródmieściu, gdzie wnętrze wyglądało co prawda bardziej stylowo, ale facet kompletnie nie mówił po polsku i przy pomocy łamanego angielskiego handlował, rzeczami których nigdzie indziej nie było mi dane zobaczyć. Jego klientami zawsze byli śniadzi koledzy których język przypominał krztuszenie się. Na mnie reagował jakbym nie był mile widziany, bo mówiąc nie warczałem na wszystko dookoła. Kupowałem u niego melasę do sziszy na wagę. Zarówno w necie, jak i w sklepach 50g szło za około 30zł, u niego jednak była za 20zł więc spory % taniej. Nakładał ją z misek (wyjmowanych spod lady) łyżką stołową do foliowych torebeczek i rzucał z pogardą na wagę, a potem zaniżał jej cenę względem zmierzonej wagi. Melasa jednak było po primo tania, a po sekando (czy tam inny sekator) aromatyczna.
Widząc ten podejrzany sklep wiedziałem, że znajdę tam ludzi, których nieprofesjonalne zachowanie będzie zdradzało szczere do bólu intencje. Wszedłem i szukałem czegoś co mnie wyjątkowo zainteresuje przedzierając się przez kaszę, zakurzone, suszone owoce w miseczkach, pudełeczka z napisami w alfabecie krzaków, a to wszystko z naklejonymi nań samoprzylepnymi karteczkami na których długopisem ktoś nabazgrał cenę (całe szczęście, że cyframi arabskimi (i że niską)).
Podszedłem do młodej pani za ladą i spytałem, po ile są szisze.
Ona odparła, że po 30zł (o matko, w necie są za 80), ale są niekompletne, bo brakuje im części, której nazwy nawet nie zna.
Przyszedł starszy facet, który był (chyba) jej ojcem (lub mężem) i stwierdził, że wobec tego sprzeda za 20, chociaż być może gdzieś te części są i on może ich poszukać. Poszedł i zaczął przy mnie grzebać w kartonach z nadrukowanymi rozpixelowanymi zdjęciami szisz o mocno wyblakłych kolorach. Tumany kurzu uniosły się w powietrzu zanim udało się wyciągać po kolei jedną, drugą i trzecią kompletną sziszę. Każda podobna do siebie. Na końcu wydłubał spod dywanu największe pudło z sziszą o połowę większą od reszty.
Miała paskudny zielony kolor i naklejoną cenówkę „45”.
Spytałem jak najgorszy, ślepy młot: „A za ile ona?”
Koleś spojrzał i stwierdził „35”.
To ja wytężając swoje aktorskie zdolności zacząłem symulować głębokie rozmyślanie nad sensownością tego zakupu. Uciszyłem wówczas wewnętrznego żyda, który nawet zaczął coś chwilowo marudzić i ostatecznie zakomunikowałem na głos, że zdecydowałem się na zakup.
Podchodząc z nim do lady (gdzie o dziwo można było płacić
kartą) zapytałem, czy mają melasę.
Mieli.
Zapytałem jakie smaki.
Odpowiedzieli, że takie, takie i parę takich innych.
Spodobał mi się ten ostatni.
Bo innych nie zapamiętałem.
Bo innych nie zapamiętałem.
Spytałem po ile.
Po 15.
Matko.
Co takiego?
Co takiego?
Toż to połowa tej ceny, co wszędzie!
Przygotowałem się na wagę, łyżkę stołową i woreczki, kiedy
poprosiłem o wybrany wariant smakowy.
On jednak podał mi prawdziwe, oryginalne, kolorowe
opakowanie z różnymi arabskimi krzakami, bez akcyzy, bez polskiego i oczywiście
bez ceny.
Nawet ofoliowane.
Szok i niedowierzanie.
Brakuje tchu.
Powietrza.
Płacę kartą.
Biorę towar i sprintem do wyjścia, zanim się skapnie, że w
necie za to wybuliłbym ze 120zł, a tutaj zapłaciłem łącznie 50.
Krzyczy do mnie, kiedy jestem w drzwiach.
Żebym wziął opakowanie węgielków.
Żebym wziął opakowanie węgielków.
Gratis.
Wewnętrzny żyd przewraca się na ziemię i dostaje konwulsji.
Wyimaginowana piana z jego wyimaginowanych ust zalewa podłogę "Perskiego Sklepu"
Wyimaginowana piana z jego wyimaginowanych ust zalewa podłogę "Perskiego Sklepu"
Ciesząc się jak kretyn.
Dziękuję, biorę paczuszkę i uciekam czym prędzej.
Dziękuję, biorę paczuszkę i uciekam czym prędzej.
Nikt mnie nie gonił.
Nieprofesjonalni biznesmani są bardziej ludzcy przez to, że
widać ich błędy i niedociągnięcia, i to właśnie powód darzenia ich przez konsumenta zaufaniem. Zamiast nosić białe koszule i lakierki noś ludzką twarz-
to ona budzi w ludziach sympatie (i nie pozostawia odcisków).
Czwarta Zasada- na wszystko nadchodzi pora, a właściwa pora
na pora to niekoniecznie każda pora.
Pora na poznanie pora nastąpiła na pewnym spotkaniu z kolegą
koleżanki z kawiarni.
Widzieliśmy się, co prawda, w innej kawiarni niż w tej gdzie
kolega koleżanki z koleżanką kawał czasu kawę parzyli.
Pora na objawienie pora przyszła w porze słonecznego
popołudnia przy kawie w rzeczonej kawiarni.
Kolega koleżanki ponoć zaczął się odchudzać (tak ponoć wciąż
jest) i tak dowiedział się o porażająco ciekawej ciekawostce o porze.
Otóż:
Kiedy przychodzi pora posiłku i masz mrożonego pora to pożeranie
ów pora pobiera z organizmu więcej kalorii na trawienie i ogrzewanie go, niż
przyswaja gdyż sam por jest bardzo mało kaloryczny. Po prostu zatem jedząc mrożonego pora pozbywasz się ciała zamiast przybierać go!
Pora na przedstawienie tajemnych zdolności mrożonego pora
przyszła szybciej niż przypuszczałem.
Podczas popijawy z innym kolegą w porze nocnej,
musiałem pewną rzecz napisać w swym podręcznym notatniku.
Tam natknąłem się na zapisaną już jakże fascynującą historię
mrożonego pora.
I stwierdziłem, że pora czwartego piwa, przeszło dwie godziny po północy to
odpowiednia pora do przekazania kolejnej osobie sekretnych właściwości mrożonego
pora.
Czy wiesz, że jedząc mrożonego pora więcej kalorii zużywasz
niż pobierasz? - Podstępnie zapytałem.
To nie była dla niego właściwa pora na pora.
Padaczka śmiechu napadła kolegę, aż potoczył się on po podłodze
wymachując kopytkami podczas tego wszystkiego niczym w potrzasku jakichś potwornych cierpień.
Krzyczał, że brak mu tchu i powoli przypuszczałem, że zaraz przyjdzie pora na jakąś resuscytacje.
Por dał o sobie poznać w potworny sposób.
W końcu i mnie dopadł. Pochłonął nas obu. Też zacząłem się śmiać, aż do
utraty tchu. Wszelkie opory względem porowemu poczuciu paradoksu były bezcelowe.
Podczas dziesięciu minut śmiechu do rozpuku podobno zużywa się prawie tyle kalorii, co podczas przebiegnięcia pary kilometrów.
Mężczyzna w porze porno-ekscesów spala ich porównywalnie- 100 czyli o
około 20 mniej.
Pocałunek trwający minutę spala połowę tego co porno- całe pięćdziesiąt!
Pozory jednak pomińmy, proszę: ani podczas porno ani też pory potruchtania nie spalimy tak porządnie kalorii co mrożony por. On pomaga zaspokoić potrzebę głodu, a jednocześnie może poradzić na pozbycie się masy.
Pora śmiania się z pora potrwała jakieś 10 minut. Spaliliśmy akurat połowę tych kalorii, które spożyliśmy pochłaniając wcześniej puszkowane piwa z żabki.
Dzisiaj podczas internetowych poszukiwań informacji o porach przyszła pora na
szokującą prawdę, a oto i ona:
Są produkty, przy których trawieniu organizm zużywa
więcej kalorii, niż zyskuje z samego pokarmu. W wyniku tego procesu, bilans
kaloryczny robi się ujemny, a organizm zamiast pozyskać więcej kalorii, traci
je - w efekcie czego chudniemy. Przykładowo: jeden mały ogórek zawiera 14 kcal,
aby go strawić - organizm potrzebuje 16 kcal. W wyniku tego można pozbyć się
dwóch kcal z organizmu jedząc po prostu ogórka. Warzywem, które jest absolutnym
mistrzem ujemnych kalorii jest seler. Aby strawić 100g selera (13kcal),
zapotrzebowanie organizmu na energię wyniesie 95 kcal na godzinę. Ta zasada
"ujemnych kalorii" leży u podstaw "diety ujemnych
kalorii". […] Ciekawostką jest także to, że spożywając zimne pokarmy
tracimy więcej kalorii, niż jedząc ciepłe potrawy, ponieważ organizm musi
najpierw doprowadzić zimny pokarm do odpowiedniej temperatury, aby go strawić,
co wymaga pozyskania dużej energii. Dla przykładu - do strawienia szklanki
mrożonej herbaty organizm potrzebuje 30-40 kcal.
W powyższym artykule obok pora powymieniane zostały podobne mu pokarmy, a były one pod postacią: sałaty, estragonu, szczawiu, koperku, pietruszki,
cebuli, szpinaku, bazylii, mięty, tymianku, szałwii, czosnku, mniszka lekarskiego, fasolki szparagowej, szparagów, karczochów, cykorii, dyni, kapusty, sałaty, marchwi, papryki, rzodkiewki, brokułu, papai, kalafiora, cukinii, rzepy, grejpfruta,
pomarańczy, cytryny, truskawki, żurawiny, borówki, jagody, mango, brzoskwini,
jabłka, limonki, mandarynki, ananasa, maliny i melona.
Pośmialiśmy się, porozmawialiśmy, poczytaliśmy, pouczyliśmy
się, a nawet porównaliśmy porno do pora. Pytanie, po co nam to wszystko było?
Niestety prawda po raz kolejny okazuje się być brutalniejsza.
Pora na demitologizację postaci mrożonego pora.
Przyjrzyjmy się prawdzie po oczach:
Serdecznie mogę serwować swoim znajomym serię najświeższych porów,
ale...
najłatwiej zrzucić se z brzucha bojlera
jest pałaszując mrożonego selera.
Komentarze
Prześlij komentarz