#4 Wywód Recenzyjny
Trylogia „Władcy Pierścieni” to jedna z tych rzeczy, które
mogę powtarzać sobie w nieskończoność. Jak byłem mikrusem, który o 22 już
usypiał, a na TVN leciała którakolwiek część ekranizacji tolkienowskiego
bestsellera, zawsze na wpół żywy oglądałem, chociaż kompletnie niczego z tego
jeszcze nie kumałem. Była to jedna z tych produkcji od której wzięła się moja
fascynacja świecidełkami. Matka mówi, że jestem sroką i ma racje. No, bo im
bardziej się mieni tym lepiej.
To, że to klasyk, wiedziałem od zawsze. Dla mnie obok „Harrego
Pottera” było to jedyne fantasy jakie, co jakiś czas leciało na ekranie w moim
domu (oprócz telewizji śniadaniowej). Reszty matka nie tolerowała więc m.in.
„Gwiezdne Wojny” poznałem dopiero w gimbazie.
To, że to wielka produkcja, od zawsze wiedziałem, bo efekty
i rozmach tej produkcji zamurowują mnie do dnia dzisiejszego. Bitwa o Minas Tirith
i odsiecz Gandalfa (nie powiem, która), albo sam w sobie proces wyniszczania
Froda przez trud podróży to jest właśnie to, co urzekało mnie w tej historii
najbardziej.
Ciekawe jest jednak to, że dopiero rok temu dowiedziałem się,
ile nagród zgarnęły te trzy filmy! Mamy 17 Oscarów, z których „Powrót Króla” najwięcej
w historii (razem z „Titaniciem” i „Ben-Hurem”)- całe 11! Na dokładkę- 4 złote
globy i 26 innych nagród (liczyłem na Wikipedii), nie mówiąc tu o żadnych
nominacjach.
Sądzę, że wszystkie trzy części były zajebiste i nie lubię
ich dzielić, bo to dla mnie jedna i ciągła historia. Pisząc te słowa mam ochotę
odpalić sobie raz jeszcze DVD i posłuchać pierwszych słów Galadrieli
opowiadającej o powstaniu pierścieni. Chociaż prawdę mówiąc to- pierwsza część-
„Drużyna Pierścienia” podoba mi się najmniej (chociaż i tak ją kocham).
Prawdziwym majstersztykiem podbijającym serce każdego jest niezmiennie- część
trzecia- „Powrót króla”, którego wersja reżyserska trwa ponad 4 godziny, ale
ogląda się ją tak, że kompletnie nie czuć (przynajmniej w mojej perspektywie)
tego upływu czasu. Razem wszystkie rozszerzone części trwają 683 minuty (tak,
to daje nam ponad 11 godzin rozkoszy).
Rzadko się zdarza by zakończenie serii, było godnym jej
uwieńczeniem począwszy od genialnego poprowadzenia każdego szczegółu akcji, aż
po wisienkę na kinematograficznym torcie, a tutaj się to udało. Ty jednak wiesz
już, że ja jestem popierdolony i nie byłbym sobą jakbym czegoś nie
skomplikował. Otóż to- dla mnie lepsza jest część druga- „Dwie Wieże”.
Dlaczego?
Muszę tu podkreślić, że to jest minimalistyczne zwycięstwo nad
częścią trzecią, ale jednak w mojej stylistyce ten element historii bardziej
mnie zajmuje niż jej zakończenie. Są tego jakieś dwa sztandarowe powody i
pewnie jakieś poboczne, ale skupię się na konkretach.
Po pierwsze był tu pokazany świat Śródziemia w całej
okazałości- od jego piękna po jego mrok. Uwielbiam to uniwersum więc patrzenie
na jego całość i zgłębianie jego szczegółów jest dla mnie za każdym razem
ekscytującym doświadczeniem.
Jestem trochę taką mielidupą, która tak mieli i mieli to co
widzi i słyszy, a potem trawi to wszystko dokładnie i dogłębnie aż ciałko
rośnie ze szczęścia, ilości sycących wartości odżywczych, których mu
dostarczyłem. A takich odpowiednich wartości w „Dwóch Wieżach” jest kilka ton.
Akcji być może było mniej niż w kontynuacji, ale oblężenie Helmowego Jaru i
atak na wieżę Sarumana w niemalże tym samym momencie sprawiały, że ciarów na
plecach miałem aż nadto. Uważam, że ta część jest idealnie zbalansowana, bo nie
ma samej bezmózgiej napierdalanki, ale napierdalankę zmiksowaną z poznaniem różnorodności
i społeczności świata. Rozpływam się w takim stanie rzeczy jak przy jedzeniu
czekolady.
Nie lubię zakończeń, pożegnań i rozłąk wszelkiej maści więc „Powrót
Króla” i koniec tej całej historii pozostawia mnie tęskniącego za uniwersum,
które pokochałem właśnie dzięki „Dwóm Wieżom”. Jakbym pokochał je dopiero w
ostatniej części i stracił je jednocześnie w tej samym filmie, to byłoby oznaką,
że nie wczułem się odpowiednio w całą tą historię (i rozstanie z nią bolałoby
mnie mocniej). Początki bywają z kolei uciążliwe, bo wprowadzają wszystko i
wszystkich, a przeważnie jest to dla mnie mało atrakcyjne za piątym i szóstym
razem, gdy to oglądam. „Drużyna Pierścienia” nie jest pod tym kątem zła, ale jednak
za którymś razem potrafi mnie nawet „nie zaskoczyć”. „Dwie Wieże” za każdym razem
mnie zaskakują i za każdym razem z zapartym tchem w piersiach patrzę, co się
tam zaraz wydarzy. Jest cholernie treściwym filmem. Widzę tu pierwszą fizyczną
iskierkę nadziei, bo jestem świadkiem pierwszych wielkich zwycięstw nad potężnym
Sauronem.
Nie lubisz „Władcy Pierścieni”? Jesteś ignorantem, który nie
widział imprezy pod Helmowym Jarem. Nie widziałeś jak Gandalf ocieka zajebistością.
Nie widziałeś jak dwóch małych Hobbitów organizuje na yolo najazd na wieżę potężnego
czarodzieja. To jest tak epickie, że nie ma szans, żeby cię nie chwyciło za jaja.
Jak nie chwyci to znaczy, że ich nie masz. Co do tych subtelnych scen to przede
wszystkim nareszcie widać jak bardzo pierścień pierdoli ludziom we łbach.
Wcześniej tylko o tym słyszano, ale nie było to widoczne. Pojawiają się zaszłości
historyczne, różnice wśród ludów i skrywane od lat żale. Widać też na własne
oczy potęgę tego całego sauronowskiego oka. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać,
ale zwyczajnie obejrzyj i nie wzbraniaj się przed tym. Zabraniam ci się wzbraniać!
Lekki zarys fabularny:
Fap, fap, fapiemy cały film i dochodzimy piątego dnia o świcie
(pozdro dla kumatych hehe).
Zaczynamy wchodzić w świat, w którym zmarły czarnoksiężnik
próbuje rozpętać wojnę, w której orkowie mieliby zakończyć erę ludzi. Grupa,
która zdecydowała się na zapobiegnięcie szykującej się katastrofy rozdzieliła się
i działa na paru frontach tak, aby trochę ocucić świat, że zagraża mu upadek. Jazda
bez trzymanki zaczyna się na samym początku, a kończy się na końcu- czyli tak
jak powinien wyglądać środkowy film w zajebistej trylogii. Dwie, małe piczki niosą
w tajemnicy przed światem największą broń nieprzyjaciela do wulkanu, gdzie mają
ją zniszczyć. Inne dwie piczki zostają porwane przez orków i potem próbują im
zwiać… Dobra, to opowiadanie nie ma sensu, bo będą same spojlery, a ja nie chce
ich, bo ten film jest ogromną skarbnicą wiedzy i instrukcją do stworzenia
perfekcyjnej historii, w którą da się zanurzyć i wyłowić z niej coś takiego, że
po obejrzeniu milionowy raz wciąż nie da się opisać, cóż to właściwie jest.
Moja ocena:
Mocne 10/10. Konieczność obejrzenia tego cuda kinematografii
i ogólnie całej tej trylogii filmowej powinna być obowiązkowa, dla absolutnie
każdego człowieka. Tylko na trzeźwo i tylko w skupieniu i śmiertelnej uwadze.
I teraz „uwaga, uwaga”! Po każdych czterech recenzjach (co piąta)
będzie jedna taka, która opisuje te filmy, które były tak beznadziejne, że
trzeba przed nimi ostrzec każdego człowieka, który ma dostęp do filmów online. Zgodnie
z tym, następnym zatem omawianym filmem będzie „Wiklinowy Koszyk 3”, którego
tytuł już wiele mówi o wyjątkowym poziomie jaki sobą reprezentuje.
Wszystkie recenzje można znaleźć TUTAJ

Komentarze
Prześlij komentarz