#1 Wywód Recenzyjny
Podłubałem w Filmwebie i pomyślałem, że zaczniemy Wywody Recenzyjne od mojego największego, zdecydowanie najbardziej spektakularnego, filmowego odkrycia ubiegłego roku.
Zawsze jak mówię komuś o tym filmie (a mówię o nim każdemu komu tylko nadarzy się okazja) to zaczynam od stwierdzenia, że mamy tu wszystko prócz pościgu samochodowego i kosmitów.
Mowa oczywiście o filmie „Striptizerki Zombie” (rok 2008, reż. Jay Lee)
Jak już przestaniesz się śmiać to wyobraź sobie, że ten film bez absolutnie żadnego wątpienia zasługuje na to aby być tematem pierwszego wywodu z tej serii.
Dlaczego?
Od paru lat oglądam filmy o zombie- mniej i bardziej ciekawe- przeważnie kompletnie niestraszne. Doszło nawet do oglądania gameplay-ów z serii gier „Resident Evil” na YT. Ale czegoś takiego jak „Striptizerki Zombie” to jeszcze nie widziałem.
Ten horror to w rzeczywistości komedia. Ba, to parodia i to w dodatku iście genialna- łącząca głupią i naiwną tematykę z czarnym humorem tudzież nieraz cholernie inteligentnym poczuciem humoru- gagami, które zrozumie tylko bardzo uważny widz.
W sierpniu (2018r.) oglądałem ten film jakieś dziesięć razy z wieloma osobami i za każdym razem odnajdywałem w nim coś nowego. Jestem raczej spostrzegawczy, a jednak notorycznie coś mi umykało.
Lekki zarys fabularny:
Publiczna nagość jest zakazana. Gdzieś w podziemiach działa nielegalny, ekskluzywny klub ze striptizem do którego przypadkiem trafia, chcący się ukryć, uciekający z misji w tajnym laboratorium, członek sił specjalnych wojska (którego imię jest kompletnie nieistotne). Doszło do wypadku i pracownicy pozamieniali się w zombie. Jeden z nich ugryzł tego żołnierza i żeby uniknąć swojej egzekucji spierniczył gdzieś do podziemi.
Reszty jesteśmy w stanie się domyślić, ale sposób w jaki rozwijana jest akcja, przekoloryzowany zarys poszczególnych bohaterów i pomysłowość reżysera sprawia, że człowiek patrzy jak zahipnotyzowany w ekran i nie wierzy w to, co widzi. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek chociaż raz nie uśmiechnął się oglądając te dzieło kinematografii. Chociażby patrząc na wypełnione silikonem cycki, które radośnie latają sobie samopas po ekranie przez lwią część seansu.
Wiem, że takich filmów nie powinno się interpretować, bo nie są do tego stworzone, ale film to przecież dziesiąta muza grecka więc jako jedna z nich powinna być rozpatrywana chociaż po części tak jak legitna sztuka. Poza tym nie byłbym sobą jakbym nie pozgrywał interpretatora.
Drwi sobie z przesadnych stereotypów w postrzeganiu różnic narodowościowych np. demonstrując postać meksykanina (kocham Pako z Pepe- to mój ulubiony duet w tym filmie) i rosjankę wyolbrzymiając ich cechy- aktorzy oddali te groteskę perfekcyjnie. Inne postacie wyśmiewa za ślepe dążenia do bogactwa, żądz, zemsty, mody, chęci zwycięstwa i (co ciekawe) bezgranicznej chęci pomocy kosztem samego siebie.
Jest to film którego głębokość odkrywa się dopiero gdy odrzuci się poczucie tego, że jest naiwną, niszową produkcją nie mającą sensu. Wówczas jest się w stanie dostrzec sprytne gierki słowne bohaterów i zrozumieć motywy ich działań. Czasem pozornie nieistotne informacje rzucone gdzieś pobocznie stają się kluczem do zrozumienia późniejszych wydarzeń- a taka mechanika filmów mnie zawsze cholernie kręci.
To co również mi się w nim podoba to sposób w jaki drwi on sobie z mody i bezsensownego podążania za trendami i bezmyślnymi idolami.
Przeciwnicy mogliby się pokusić o stwierdzenie, że to głupkowaty film z pseudo-mądrościami, które mają pociągać do przodu fabułę, jednak faktem jest, że bez tych „pseudo-mądrości” ten film straciłby swoje podstawowe filary.
Co do aspektów technicznych to zdarza się, że zdjęcia są specjalnie zniekształcane by uwydatnić brzydotę, montaż jest płynny, ale bywa, że celowo staje się nader tandetny nawiązując w tych momentach do innych filmów kategorii horrorów o zombie.
Jak dla mnie ta historia jest genialnie poprowadzona i nie ma bata, żeby domyśleć się w którą stronę pójdzie akcja i to nie dlatego, że nie klei się w logiczną całość, ale dlatego iż przeciętny widz patrzy na ten film z góry- a to podstawowy błąd z którego jego twórcy korzystają w mistrzowski sposób. Jest to sposób zabawy z odbiorcą, który jest trochę na zasadzie gry z squash-a. Albo skupiasz się, żeby odbijać piłkę i wciągasz się niemal hipnotycznie w ten proces, albo stwierdzasz, że to nie ma sensu i oglądasz powierzchownie jak piłeczka odbija się od ściany, a potem od ciebie, obijając cię bezlitośnie raz za razem, a ty zamiast zrozumieć, że jesteś zamknięty na tą gierkę i próbować skumać jak to działa, to stwierdzasz, że ci się nie podoba i cześć. Zrozum zasadę działania, daj się ponieść i szukaj znajdziek, które twórcy powtykali gdzie tylko się dało.
Domyślam się, że i tak znajdzie się grono bufonów, którym ta stylistyka nie podpasuje. Spoko. Takie kino albo się kocha albo nienawidzi. Ludzie lubią albo myśleć, albo się śmiać, ale kiedy się to łączy to powstaje taki mix który jest bardzo specyficzny i po prostu „inny”. Tak jak szynka z nutellą (to pozostawię bez wyjaśnienia).
Ja chciałem się odmóżdżyć oglądając ten film po raz pierwszy, a natrafiłem na perełkę niszowego kina, którą obowiązkowo musiałem zakupić na DVD.
Nie lubię robienia spoilerów o filmie więc uprzedzę jaka będzie kolejna recenzja na wypadek jakby ktoś chciał sobie przed przeczytaniem mojego wywodu samemu go se obejrzeć. Pewnie wszyscy to oleją, ale tak na wszelki wypadek napiszę, że następny będzie „Czarnoksiężnik z Oz” (rok 1939, reż. Victor Fleming).
Wywód jest świetny. Szanuję za odwagę - wybór jakby nie patrzeć niszowego filmu, który można jednak moim zdaniem wrzucić w worek z kinem klasy B, może być kontrowersyjny jak na pilota nowej serii. Gdzie reszta, czekam z niecierpliwością na Czarnoksiężnika i kolejne wybory, może nie mniej zaskakujące
OdpowiedzUsuń