Marzenie - Rozdział 36
- Nie wiem
czy uniosę… - Powiedział speszony, Mawio. – Od jakiegoś czasu czuję się okropnie
ociężały.
- To efekt
długotrwałej medytacji twojego Aurora. – Wyjaśniła. – Jak sobie nie poradzisz
to najwyżej będziesz musiał załatwić to samemu, ale chociaż spróbuj.
Chłopak
pokiwał głową i pozwolił by Arcymistrzyni weszła mu na barki. Ku swojemu zdziwieniu
nie poczuł dodatkowego ładunku. Miał jedynie wrażenie, jakby ktoś ubrał go w
wielki, niewygodny plecak.
Uciekająca,
z gorącego pomieszczenia Konsulatu, dusza dała się wyczuć jak duszny, suchy
wiatr przenikający przez wszystko i wszystkich na swojej drodze. Mawio próbował
jakoś ją chwytać i udawało mu się to… ale częściowo. W dalszym ciągu odczuwał
jak jej wielkie strzępy ulatywały gdzieś, we wszystkie inne kierunki.
-
Przelecę. – Powiedział zdeterminowany.
-
Fantastycznie! Bardzo się cieszę, że z nami jesteś! – Rozczochrała mu włosy w
przypływie czułości. Młody speszył się i nieświadomie zrobił jeden z
najbardziej krzywych uśmiechów w swojej życiowej karierze. Na szczęście nikt go
wówczas nie widział. – Pamiętaj tylko, jakbyś czuł, że jednak nie dasz rady to
zrzuć mnie jak worek kartofli i leć pędem tam, na środek.
-
Spokojnie. Poradzę sobie.
- I nie
bój się. Poradzisz sobie.
- Wiem,
poradzę sobie.
- Ale
jesteś absolutnie pewny?
- Tak i w
żadnym wypadku nie odczuwam od strony arcymistrzyni paraliżującej mnie presji.
– Poklepał ją po łydce pozwalając sobie na chwilkę zuchwałości.
-
Uwielbiam cię, chłopaku. Widać, że to Terros cię szkolił. – Parsknęła śmiechem.
Przeszło mu wówczas przez myśl, że zrobiła to celowo, by poprzez taki chwilowy,
sprowokowany przez nią akt bezczelności zrzucił swoje kajdany spięcia i
ponuractwa. Jednocześnie go to bawiło i umocniło w przekonaniu, że jest
genialna. Nic dodać, nic ująć- genialna. – Lećmy, mój kochany!
Uczeń
uniósł się kapkę wyżej, nabrał powietrza w przeponę i wleciał do auli Konsula. Już
teraz czuł na sobie jego wzrok.
Za wszelką
cenę starał się nie patrzeć ani na wprost, ani pod nogi chociaż pokusa była
gigantyczna. To był najtrudniejszy przelot w całej historii jego lotów. Jeszcze
nigdy dotychczas- przelatując nad oceanem, czy kilkaset metrów nad powierzchnią
ziemi- nie obawiał się tego, że spadnie, tak jak bał się tego w tamtym,
pamiętnym momencie. Wywołał wspomnienia słodkich czasów internatu, karmelowych
uczt duszy i moment pierwszego snu ze Scutim. Poczuł znaczny napływ pewności
siebie i wypruł do przodu, jak biegnący do nich w porze obiadowej, Ewstachiusz..
„Mam
czystą duszę, niezłomną i dobrą.” – Myślał. – „Mam fantastycznego Aurora, który
nade mną czuwa. To do naszej dwójki przemówił głos, duszy całej planety! Jest Roska
i jej cudowna przyjaźń. Mistrz Terros, najlepszy na świecie nauczyciel! My
jesteśmy najlepsi! Wszyscy my!”
Na twarz
wylał mu się szeroki uśmiech przyozdobiony w gorący rumieniec. Był tam. Dotarł do
celu wraz ze swoimi przyjaciółmi, bez strat i bez skruszeń. Wiedział już, że cokolwiek
go spotka, umrze szczęśliwy! Czuł na plecach dotyk opiekunki, która postawiła
na szali swoje życie by on mógł wraz z nią uratować dziś świat. Czuł w sercu
głosy przyjaciół mówiące ochoczo „Dasz sobie radę!”. W myślach widział
uśmiechniętych serdecznie Roskę, Gretę, Jedę, Samantę, Olgę, Alana, Rida, Wernę
i Klarisę. Czuł jak mistrz Terros ściska mu dłoń. Ojciec z matką i siostrą
krzyczą „LEEEEEEĆ!”. Kropla szczęścia popłynęła mu mimowolnie po policzku,
kiedy usłyszał w myślach głos swojej drugiej połowy „Wszyscy z tobą są,
kochany! Wszyscy w ciebie wierzymy. Zostanę z tobą do końca świata, nie ważne czy
nastąpi on dziś, czy za sto lat.”.
Nareszcie
doleciał na marmurowe centrum Konsulatu. Arcymistrzyni zeskoczyła z niego na
czarną posadzkę i stanęli oko w oko z osobą odpowiedzialną za cały ten bałagan.
- Tak sądziłem...
– Westchnął starzec, marszcząc się w grymasie gniewu. Miał na sobie pozłacany,
zielony szlafrok, spod hełmu wychodziły mu mocno przerzedzone, siwe kłaki
przypominające brudne, wysuszone siano.
Mawio
spostrzegł, że jego trzecia ręka faktycznie wyrasta z lewej strony. „To ci
dopiero fenomen…”
- Wiesz
kim jestem? – Odezwała się Defilla głosem mocnym niczym dzwon. Rozniósł się wraz
z wiatrem duszy we wszystkie strony Konsulatu. Dodatkowo srebrno-fioletowa,
trująca podłoga wydawała się potęgować ten efekt.
- Zdrajcą.
Oszustką. Łajzą. – Odparł przez zaciśnięte sztuczne zęby.
- Tak.
Zdradziłam wszystkich, którzy mi zaufali. Każdego inaczej. – Wyznała. Mawio
rzucił jej pytające spojrzenie ocierając łezkę z policzka. – Jednak najbardziej
zdradziłam ciebie, drogi Konsulu i musisz sobie z tego zdawać sprawę.
-
Wszystkie czworonożne kreatury to zakłamane zwierzęta. – Syknął starzec kuląc
się jak pyton mający zaraz zaatakować. – Ale słyszałem o tobie od jednego z
moich Pretorów, który miał siebie za padalca sądzącego, że jest w stanie mnie
zastąpić. Mylił się.
- Wszyscy
jesteście jednakowo zepsuci i to przykre jak nic innego na świecie. – Odezwał
się, Mawio. – Zabijacie planetę, która was zrodziła, zwierzęta, rośliny i
ludzkie dusze! Jak tak można?
- Można o
ile wie się, że ta grupa nie jest w stanie nic zrobić. Jesteście bezbronni jak
głodne dziecko, albo drzewo na wichurze tracące ostatnie liście. Ewolucja. –
Szepnął, pomarszczony. – To ona dyktuje który gatunek przetrwa, a który
wyginie.
- Ty nie
stanowisz głosu ewolucji. – Pokiwała głową, mistrzyni Defilla. – Tylko głos
szaleństwa.
- Jestem
tym, który doświadczył wiecznego życia. Kiedyś, dzięki podróżom kosmicznym i
mojej technologii, będziemy grabić inne, bezwartościowe planety z ich życia. Czy
to nie czyni mnie dyktatorem wszelkiego istnienia?
- Nie. –
Pokiwała głową. – Bo dziś twoja dyktatura się skończy.
- Niedługo
znajdzie się tu całe wojsko i zostanie z ciebie papka. Sądzisz, że nie
zawiadomiłem jeszcze ochrony? – Rzucił na Mawia lodowate spojrzenie. – Z ciebie
tylko latająca, mokra plama.
- Nie
ważne co stanie się zaraz, ale to, co nastąpić może kilka pokoleń dalej- nie
pozwolimy by, nasza planeta została uśmiercona przez zasięg twojej zuchwałości.
To koniec egoistycznych marzeń o nieśmiertelności.
Mawio
nagle poczuł ukłucie w sercu. Złapał się ukradkiem za pierś i poczuł jak
ciśnienie podskoczyło mu jak oszalałe. Zamknął oczy próbując zachować
świadomość tego, co dzieje się dookoła. Pod powiekami widział postać Scutiego,
którą już podczas przelotu przez Konsulat słyszał i wyczuwał.
- Mawio… -
Westchnął. – Jak się cieszę, że cię widzę.
- Jesteśmy
u samego Konsula. – Poinformował go. – Muszę zachować świadomość, nie wiem co
może się zaraz wydarzyć.
- Mawio… -
Wzdychał dalej jakby nie słysząc go. Potarł swoją łysą głowę i zamknął oczy. –
Och, jak bardzo się cieszę, że już niedługo znów będziemy tak blisko jak gdy
czułem się podczas rozszczepiania tamtego budynku. Tylko dotknij ziemi raz
jeszcze, proszę…
- Tu jest
dziura prowadząca do maszyny, która jest podłączona do duszy całej planety.
Dotknę jej i wtedy poczujesz to z pewnością. – Zapewnił chłopak. – Ale muszę
wrócić. Puść moją świadomość, proszę.
- Nie
chcę. Mawio, chcę tu zostać. W tym eterycznym świecie, w którym nie ma
niebezpieczeństwa, nie ma bólu, ani zmartwień. Tu zawsze czas płynie dla nas.
Tu…
- Scuti,
proszę… - Zaniepokoił się Mawio, widząc jak Auror kuli się, jakby w skrajnej rozpaczy.
– Ja wrócę… Zaczekaj…
Otworzył
oczy z trudem i znów znalazł się przed obliczem Konsula. Defilla stała właśnie,
tuż przed nim łapiąc oburącz za hełm na jego głowie. Starzec, próbował się jej
wyrwać, ale na próżno. Uniosła hełm z jego głowy.
To był
moment.
Poczuli
jak masa jakiejś skumulowanej energii uderza w nich od jego postaci. Defilla
upadła na marmurową posadzkę puszczając świecący, stalowy kask. Konsul wydał
donośny okrzyk. Z dziury w podłodze wydobywać się zaczął czarny dym. Mawio
poczuł w nosie jego fragmenty i momentalnie zaczął krztusić się nim. Zakrył
usta dłońmi i odleciał kawałek dalej. Za każdym razem gdy zamykał oczy wciąż
widział roztrzęsionego Scutiego.
Od postaci
Konsula wydobyła się kolejna fala uderzeniowa która o mały włos nie zepchnęła
leżącej na marmurze Defilli na teren srebrno-fioletowej podłogi.
Chłopak widząc
to, wziął ją na ręce i pędem przeniósł za drzwi prowadzące na korytarz. Tam
ułożył ją delikatnie i momentalnie ocknęła się jak wyrwana z koszmarnego snu.
- Mawio…
Mawio włóż ten… Na głowę sobie… Szybko…
- Ja? –
Zdziwił się.
- Szybko…
- Wyszeptała i pchnęła go w stronę z której przyleciał.
Młody
adept pędem ruszył z powrotem na marmurową wysepkę. W połowie drugi poczuł znów
ukłucie w okolicach serca, poczucie ociężałości i następną falę uderzeniową,
która pchnęła go wprost na jakiś złoty obraz na ścianie. Poczuł jak Scuti znowu
próbuje się do niego dostać, otworzył więc szeroko oczy i ruszył do starca po
raz kolejny. Tym razem znalazł się tam bez przeszkód.
- Ty… -
Szeptał osuwając się z tronu, a zmarszczki zdawały się dzielić na jego twarzy niczym
strugi deszczu spływające z dachu. – Morderco…
Mawio odwrócił
się od niego, chwycił za hełm i poczuł w dłoniach wielki, żar. Z całych sił
podniósł go i zrzucił z impetem na swoją głowę, drugą rękę wówczas wkładając do
dziury z kabelkami.
W jego
głowie nastała błoga cisza.
Komentarze
Prześlij komentarz