Marzenie - Rozdział 29
Radosny był wyprowadzany ze statku
oddzielnie od reszty więźniów. Wypłynęli z dala od portu, na tyłach wielkiego
metalowego budynku.
„Tytan” – Pomyślał patrząc na jego
najwyższe piętro.
Prowadziła go trójka troglodyckich
wojowników. Nie odzywali się ani słowem. Ich miedziane hełmy wydawały się być srebrne
przez dziwaczny, niespotykany kolor chmur. Po kilku krokach zaschło mu w gardle
i zaczął kasłać.
- Iść! – Powiedział mu jeden z nich
kiedy mistrz przystanął aby zrobić głębszy wdech. Oddychanie pełnymi płucami
wcale nie było dobrym pomysłem, bo po wypełnieniu ich Radosny poczuł piekący
żar który jeszcze mocniej podrażnił jego gardło. Poszedł więc za uprzejmą radą
jednego ze swoich bodyguardów i ruszył z miejsca.
Na drodze nikogo nie było. Co jakiś
czas tylko przejeżdżało z zawrotną prędkością jakieś dymiące auto. Wokół panował
niezidentyfikowany hałas niosący się echem we wszystkie kierunki. Zasłonił
rękawem usta i starał się jakoś oddychać, ale wówczas oczy zaczęły go piec.
„Z deszczu pod rynnę” – Pomyślał. Chwilę po tym spojrzał na niebo. – „O ile z
tego czegoś w ogóle padają deszcze.”
Opuścił wzrok słysząc przybliżający
się do nich dźwięk warkotu. Jeden z samochodów zatrzymał się przed niewielką
bramą do której go prowadzili. Troglodycki szofer wysiadł by otworzyć tylne
drzwi. Wyszła a nich ona, znowu niespodziewanie i znowu wzbudzając wstręt i
agresję w myślach mistrza Terrosa.
- Pozdrowienia! Z rozkazu pretora
Sześć mam go odeskortować osobiście na piętro czwarte Zakładu Zatrzymań.
- Czternaście 722 Piętnaście, czy
możesz to potwierdzić? – Zwrócił się jeden z wojowników do swojego kolegi. Ten
zaś wyciągnął z kieszonki komunikator i wystukał na nim kod.
- Pozdrowienia, pretorze Sześć!
- Pozdrowienia, Czternaście 722
Piętnaście. Jakieś problemy?
- Czy więzień Radosny Terros ma
zostać oddany pod dozór…
- Ach! Tak! – Przerwał mu. –
Zapomniałem. Tak, potwierdzam.
- W porządku. – Odparł i kiwnął do
swoich ziomków, a oni przyprowadzili wtedy pojmanego więźnia pod bramę wprost w
ręce chytrej współpracownicy.
- Chodź ze mną. – Odezwała się do
niego, wprowadzając go do wnętrza budynku.
Milczał by opanować wewnętrzną złość
która wzrastała w nim z każdym kolejnym krokiem. Przeszli przez jakiś hol zdobiony
hol i mijając kilku troglodytów weszli do betonowego korytarza. Było tam duszno
i panował półmrok.
- Mam nadzieję, twoja obecność doda
otuchy mistrzyni Ux. – Odezwała się bez emocji.
- Jesteś naiwna jeśli sądzisz, że
trzymanie nas tu to dobry pomysł. – Szepnął.
- Czemuż to? – Zapytała przesadnie niedowierzającym
tonem.
- Miałem wrażenie, że trochę już
mnie znasz. Wychodzi na to, że myliłem się i to na moją korzyść. – Powiedział
pewnym siebie, oschłym tonem.
- Być może. Ale pretorzy z pewnością
cię nie znają. Powiedz, Terrosie, będziesz grzeczny, czy spróbujesz uciekać?
Zaskoczony tą nieadekwatną
odpowiedzią spojrzał na nią kątem oka bez słowa. Ona jednak nie dała mu zareagować
i odparła zaraz:
- Fantastycznie. – I poklepała go po
ramieniu. – To chociaż poczekaj proszę ze trzy dni żeby się uspokoić i
odpocząć. – Zaśmiała się kpiąco.
Zamurowało go.
Szedł dalej sztywny jak kłoda. To co
się działo przekroczyło w tym momencie jego najśmielsze oczekiwania. Płynąc na
statku snuły mu się w głowie wszelkie scenariusze, ale tego naprawdę się nie
spodziewał.
Przez resztę drogi szli w ciszy. Ona
się szyderczo uśmiechała, on był blady jak papier.
Mijali kolejnych strażników którzy z
satysfakcją przyglądali się jego poruszonemu obliczu. Drwili po cichu widząc
jego pogubiony wyraz twarzy.
Zdruzgotanie to było tak wielkie, że
fason i poczucie stabilności duszy zaczęły się niebezpiecznie chwiać w stronę
upadku. Myśli i obrazy przelatywały mu przed oczami, starał się wyłapać z nich
sens i jakiś ciąg, ale emocje brały górę nad rozsądkiem i by sobie to poukładać
potrzebował czasu w ciszy i samotności.
Jeszcze nigdy dotychczas nie znalazł
się w porównywalnie stresującej sytuacji.
Zanim Defilla stała się Najradośniejszą
mieli dość dobrą relację w której wymieniali się swoimi doświadczeniami i
uwagami w temacie nauki uczniów. Wraz z Radosną Fatemą tworzyli trójkę
trzymających się blisko siebie (przez dwa lata) mistrzów. Kiedy jej dusza osiągnęła
niezłomność, awansowała na Arcymistrzynię i wtedy obowiązki oraz dystans „do
pozostałych” stawał się bardziej odczuwalny z roku na rok. Mimo to pamiętała o
nim- wyróżniła go nawet kilkanaście lat temu na Radości jako jednego z
najbardziej utalentowanych Radosnych i pamiętał o tym doskonale, bo rozmowa
dotyczyła wtedy wybrania grupy przewodniczących do poszczególnych okręgów.
Gdyby ta decyzja została przyjęta, poprzez tamtą bezpośrednią pochwałę na forum
wszystkich Terros stałby się bezwarunkowo najwyższym stopniem mistrzem południowego
okręgu pomorskiego. Nie doszło do tego jednak gdyż budowanie wspólnoty było
ważniejsze od tworzenia zbędnych podziałów i hierarchii (z czym rzecz jasna
zgadzał się). Gdy zaginęła mistrzyni Fatema, Defilla zaczęła jeszcze mocniej oddalać
się w sfery wyższe, zajmować się sprawami arcyważnymi i kontakt ze starym
druhem ograniczyła już tylko do niezbędnego minimum… oraz natarczywych spojrzeń
jakie wysyłała mu zawsze gdy tylko się widzieli. Nigdy o to nie zapytał, bo
domyślał się, że chce tylko pokazać iż wciąż o nim pamięta, jednak
zaintrygowało go, jak ostatnim razem obdarzyła ona swoją uwagą Mawia, a nie
jego. Potem sprawy potoczyły się tak dynamicznie i prędko…
Nigdy nie spodziewałby się, że to właśnie
ona będzie prowadziła go korytarzem troglodyckiego więzienia aby wkrótce
zamknąć go w nim.
To był plan którego nie przewidział
lecz gdy po tej krótkiej wymianie zrozumiał jej motywy czuł, że to jeszcze
bardziej niesamowite niż z początku uważał. Wiedział już, że mistrzyni Fatema
nie zniknęła przez przypadek.
Komentarze
Prześlij komentarz