Marzenie - Rozdział 21
Mawio był na szczycie kamiennych
schodów, tak wysoko jak tylko zdołał się unieść. Czuł się niesamowicie
przybity. Dosłownie jakby go ktoś wbił w suchą, wyjałowioną ziemię. Scuti wciąż
się nie wybudził, a niedługo miał nastać ranek i grupa Mawia musiała wypływać.
Nie rozumiał zupełnie tego, co się
stało i był o to na samego siebie potwornie wściekły.
„Jak mogłem do tego dopuścić?”
Gorycz lała się z jego policzków
gorącą, słoną rosą skapującą swobodnie na pierzynę chmur kilka metrów pod nim.
Skąd mógł wiedzieć, że tak się stanie? Gdyby nie miał niezłomnej duszy bezsprzecznie
skruszyłby się właśnie tego felernego wieczoru.
Roska próbowała go pocieszać, ale on
był wówczas zbyt zdruzgotany by się uspokoić i właśnie dlatego odleciał w to
miejsce, gdzie postanowił ocknąć się z amoku i przerażenia, a potem zebrać jakiekolwiek,
rześkie myśli.
Chłopak był już jakąś jego częścią i
czuł to chcąc, nie chcąc, co mocno komplikowało zwykle stabilny stan jego
uczuć. Nie umiał określić, co to za dziwaczna emocja która ich łączy. To było
jak fuzja bezgranicznego zaufania ze zrozumieniem. Niemalże czuł jak tamten o
nim myśli i to było coś niesamowitego, ale przy tym też ciężkiego do pojęcia.
Mawio wiedział, że nie byłby w stanie go zranić, a jeśli tak by się stało to jego
ból czułby gdzieś wewnątrz siebie samego, co łączyłoby się też z własnym,
przygniatającym poczuciem winy. Nie chciał jednak zawieść Roski… Roska jako
aniołek była przy nim już od dawna i oboje wiedzieli, że bardzo się lubią. Nie
wyobrażał sobie na ten moment by zniknęła z jego życia albo by jej rola bądź
wpływ na niego jakoś miały zmaleć. Był przywiązany, a czuł, że ich wspólny czas
zacznie się na dobre dopiero gdy oboje ukończą szkolenie. Chcieli na okres
próbny wielkodusznictwa udać się wspólnie. Gdyby go ukończyli z powodzeniem
staliby się oboje mistrzami dusz i otworzyli sąsiadujące sobie internaty. Ten
plan na przyszłość był dla nich już od jakiegoś czasu dość bliski chociaż
niewiele o nim wspominali. Temat wspólnej przyszłości - jak dobrze wiedzieli -
to skomplikowana sprawa w wieku około czternastu lat. Mawio czuł się dumny, a
jednocześnie zszokowany swoim zachowaniem na plaży gdy przyszła z nim szczerze
porozmawiać. Jakoś ta myśl o pocałunku który uczynił tak spontanicznie wciąż
nie dochodziła do niego.
„Chyba to okres dojrzewania skoro
tak mi w głowie wiruje, że nie wiem już sam o co mi chodzi…” – Pomyślał
rozbawiony.
Dla adeptów dusz okres dojrzewania
nie wróżył nic dobrego, bo gdy się w niego wchodziło dusza hamowała swój wzrost
na zawsze, jedyne co mogło ulec zmianie to jej całościowa forma…
Mawio poczuł, że jakiś kamień się z
niego sturlał, zastąpił go co prawda inny, ale ten który mu aktualnie ciążył
odpuścił. Zaczął się zniżać do chmur i omijając ich chłodne i mokre osobistości
ujrzał nocną odsłonę malowniczej wyspy Fingeteo. Było cicho i tylko fale
uderzające o klif dodawały tam jakichś atrakcji i swego rodzaju urozmaiceń. Nie
było w tym nic złego- można było doświadczyć chociaż raz równowagi między
wyciszonym, zwykle głośnym za dnia, światem ludzi, a głośniejszym teraz, za to
na co dzień niemalże niemym głosem natury.
Zlatywał coraz niżej i niżej
balansując na granicy natur ludzkiej i światowej, które były jednością lecz
niegdyś skłócone ze sobą oddaliły się obrażone niczym zazdrosne siostry bliźniaczki.
Dodatkowo wplatał w to własne rozterki które zwiastowały jego beznadziejne życiowe
położenie- na rozstaju dróg dziecka i dorosłego. Pozostanie we własnej, zdrowej
i stonowanej w każdym aspekcie autonomii wydawało się na ten moment takie
niemożliwe, a jednak czuł, że poradzi sobie z tym jakoś i wszystko będzie
dobrze.
Leciał nad dachami chat z lekkością
płatka śniegu, tak jakby to cały świat przesuwał się względem niego. Na
zewnątrz żadnej zbłąkanej duszyczki lecz nawet jej obecność nie byłaby w stanie
sprawić by Mawio ocknął się ze stanu w którym się właśnie znajdował.
„Jestem taki wolny… Jestem taki
szczęśliwy…”
Tak też podleciał do domku na samym
końcu miasteczka, tam gdzie Ilox, wraz z Aurorem Tibo oraz paroma innymi przynieśli
i zajęli się biednym Scutim. Ułożyli jego ciałko na miękkiej, ciepłej ziemi
gdzie Auror Dexecery swego czasu odpoczywał po najcięższych snach z
Najradośniejszą Defillą. Były bowiem na wyspie cztery lub pięć miejsc gdzie
grunt był nieporównywalnie delikatny i część Aurorów sypiała tam chętniej niż
we własnych łóżkach.
Otworzył sobie drzwiczki i wleciał
bezgłośnie do wnętrza. Było ciemno, wilgotno i pachniało piernikami. Nie byłby
w stanie odnaleźć w tej nieprzeniknionej czerni swojej drugiej połowy gdyby nie
jej głośny oddech zahaczający o nieśmiałe pochrapywanie. Tak też zlokalizował
Scutiego, zniżył się i położył się nad nim tak, że ich ciała prawie się
stykały. W tej odległości był już w stanie dostrzec rozmazane czerwone znaki
które zawsze nosił pod oczami i spokojny wyraz twarzy. Czuł też słodki oddech
na swoim podbródku, ciepło bijące od ziemi w tym miejscu oraz te od jego
rozpalonego ciała. Jego sen wydawał się być niespokojny, ale zdrowy, a to było bardzo
pocieszające, bo z początku okrutnie bał się, że faktycznie dotknęło go coś
śmiertelnego.
Zapragnął tego by poczuć smak który
otworzył przed nim podwoje nieba, duszy i wolności, ten który zastąpił karmel
gdy tylko poczuł go pierwszy raz kiedy zobaczyli się we śnie i ten którego moc
spięła jego duszę w niezłomną całość.
Roska miała usta delikatne,
porównywalne z cząstką soczystej mandarynki, przed której słodziutkim miąższem
chroni jedynie cieniutka błonka. Czy realny, tym razem już nieeteryczny smak
warg Scutiego był równie niesensualny jak ten, który poczuł w tamtej, pamiętnej
wizji? Nie było już dla chłopaka najmniejszej wątpliwości, że ta tajemnica musiała
zostać nareszcie rozwikłana.
Komentarze
Prześlij komentarz