Marzenie - Rozdział 14


- Czternaście 677 Dwieście Trzydzieści Osiem, zgłoś się.
- Tak, pretorze Dwa. Melduję obecność. – Odpowiedział do mikrofonu przy swoim garniturze.
- Konsul żąda byś przyprowadził do mnie więźniarkę pierwszą.
- Wedle rozkazu, pretorze Dwa. – Odpowiedział, wstał z fotela i wyszedł ze swojego gabinetu do długiego betonowego korytarza. Upewnił się jeszcze czy na pewno ma w kieszeni klucze, bo tendencja do zapominania towarzyszyła mu akurat zawsze wtedy, kiedy potrzebował zrobić coś szybko i dokładnie. Miał na szczęście swój pęk na miejscu.
Korytarz wybudowali już przeszło dwadzieścia lat temu i przydałaby mu się renowacja zwłaszcza, że chodnik mógłby być ruchomy i można byłoby oszczędzić szacownemu naczelnikowi tego cholernego spaceru.
Dotarł do żelaznych drzwi do których jedną dłonią sprawnie włożył kluczyk w dziurkę, drugą kliknął guzik zwalniający zabezpieczenie alarmu, a trzecią pchnął drzwi do przodu. Wszedł na swój teren- teren Zakładu Zatrzymań. Zamknął drugą ręką drzwi i kroczył raźnie środkiem by wszyscy obecni dostrzegli go.
- Pozdrowienia, panie naczelniku! – Odezwał się pierwszy z ochroniarzy.
- Pozdrowienia, Czternaście 832 Czterysta Osiemdziesiąt Cztery.
- Czego panu potrzeba? – Zapytał z pełną powagą, strażnik.
- Więźniarkę pierwszą. Konsul życzy sobie przyprowadzić ją do pretora Dwa. – Powiedział chłodno. – Z tego co pamiętam to sala 1262.
- W rzeczy samej. – Potwierdził. – Czy potrzebuje pan pomocy przy wyprowadzaniu jej?
- A jak się sprawuje?
- Cicha, bezproblemowa jak pozostali z sal powyżej numeru 1050.
- Wybornie. – Potarł dwie ręce, a trzecią zacisnął w pięść. – Zatem zajmę się nią osobiście.
Mężczyzna ukłonił się i przepuścił naczelnika przodem.
Sale od 1050 były na piętrze czwartym. Prowadziła na nie tylko jedna z czterech wind dźwigowych w całym Zakładzie i mieściła się na ona na parterze, naprzeciwko składziku na narzędzia i wejścia do komory usypiającej (swego czasu często mylonych ze sobą).
Więźniowie z piętra pierwszego i drugiego byli najgłośniejsi, bo złożeni byli oni przeważnie z samej brudnej hołoty, złodziei i rozbójników. Na parterze mieściły się głównie polityczne sale, na trójce więźniowie wojskowi (przeważnie ich nie było). Na czwartym zaś tak zwane „specjalne przypadki”.
Czternaście 677 Dwieście Trzydzieści Osiem minął niebieskie drzwi komory usypiającej i wszedł do windy, którą dojechał w trymiga na piętro czwarte.
- Pozdrowienia, naczelniku! – Odezwał się lekko zdziwiony jego obecnością strażnik stojący przy windzie.
- Pozdrowienia, Czternaście 742 Pięćset Siedemdziesiąt, zabieram więźniarkę pierwszą z sali 1262.
- Z eskortą?
- Bez, podobno jest grzeczna.
- Jak wszyscy. – Potwierdził.
Naczelnik ruszył zatem mijając szare drzwi w których osadzeni byli różni specjalni więźniowie nienadający się do innych poziomów. Podszedł do tych oznaczonych numerem 1262 i włożył małe palce swoich trzech rąk w trzy dziurki na drzwiach. Blokada się zwolniła i drzwi same się otworzyły.
Więźniarka siedziała na swojej kanapie. Na dźwięk otwieranych drzwi uniosła głowę do góry by obejrzeć kto ją odwiedza.
- Tak? – Zapytała.
- Zabieram cię do pretora Dwa. – Oznajmił sucho.
- Dobrze. – Wstała i podeszła do niego ostrożnie. On położył jej trzecią dłoń na ramieniu i ruszył lekko popychając ją przez korytarz. Zjechali razem windą z powrotem na parter, a następnie wrócił z nią do swojego gabinetu by wyjść jego drugimi drzwiami do innego betonowego korytarza prowadzącego do Pretoratu.
- Jest pan naczelnikiem? – Zapytała nieśmiało.
- Tak. – Odpowiedział po chwili milczenia. Nie miał ochoty z nią rozmawiać, ale miała prawo by znać jego stopień.
- Czy pretor jest bezpośrednio pod konsulem?
- Tak, pretorzy są jego osobistymi reprezentantami. – Odparł. Nie pytała bowiem w dalszym ciągu o nic niewłaściwego.
- Czy to miły człowiek?
To pytanie zbiło go z tropu. Uniósł delikatnie lewą brew ku górze i zmarszczył czoło.
- Miły? – Zapytał. – Jest bardzo obowiązkowy i detaliczny.
Westchnęła.
- Mam nadzieję, że także miły.
Na to już nie odpowiedział, bo nie widział sensu ciągnąć dalej tej wymiany informacji.
Na końcu korytarza otworzył kluczem, drewniane tym razem, drzwi. Które skrzypiąc odkryły przed nimi marmurowy hol nad którym wisiał monstrualny, kryształowy żyrandol.
- Piękny. – Odezwała się widząc go.
- Cisza. – Syknął.
Było pusto. Echo roznosiło stukot ich kroków po cichej, rozległej przestrzeni. Na ich poziomie były tylko trzy wejścia – do Zakładu, do Konsulatu i do Laboratorium Pierwszego.
Nad nimi znajdywało się kolejnych sześć pięter które to zajmowali kolejni pretorzy.
Wszedł z nią na platformę pod ścianą oznaczoną dwiema, pionowymi kreseczkami i gdy tylko przystanęli w bezruchu, ta ruszyła do góry. Tam czekały na nich dwa wejścia- jedno do sekretariatu, a drugie (to ich interesowało) do sali konsula Dwa.
Naczelnik zapukał do nich pewnie i po odczekaniu chwili otworzył i przekroczył wraz z więźniarką ich próg.
- Pozdrawiam, pretorze Dwa. – Odezwał się.
- Pozdrawiam, naczelniku. – Odpowiedział mu siedzący na fotelu przy zwisającym z sufitu biurku facet w błękitnym garniturze. Potem spojrzenie swoje skierował na więźniarkę. – Przyprowadź ją tu i zajmij swoje miejsce po drugiej stronie. – Rzekł wskazując na stojące krzesło.
Kiedy oboje byli już w zasięgu pretora ten popatrzył na nią spod swoich krzaczastych, czarnych niczym smoła brwi. Wydawała mu się być zupełnie spokojna i opanowana.
- Czyli trafiliśmy na Radosną? Jak mniemam, pani Ux?
- Panna. W gwoli ścisłości. – Uśmiechnęła się.
- Wybornie. Zatem jest pani mi w stanie odpowiedzieć na nieco więcej pytań niż pani współpracownicy. – Zignorował jej uwagę.
- Bliżej im do przyjaciół niż do współpracowników. – Poprawiła go uprzejmie lecz i to zignorował.
- Zatem, według naszych danych z rejestru wszystkie pani uczennice wróciły grzecznie do domów prócz dwóch sióstr z którymi podobnież była pani widziana w okolicach miejsca pani zatrzymania. – Splótł troje rąk ze sobą i groźnie zmarszczył czoło. – Moje pytanie brzmi: Gdzie one teraz są?
- Sama chciałabym wiedzieć. – Rzekła. – Famalda i Eleonora poszły tam ze mną z własnej woli, teraz jednak nie mam pojęcia gdzie się podziewają, a martwię się o ich bezpieczeństwo.
- Dokąd zatem zmierzała pani, pani uczennice oraz pani współpracownicy?
- Ciężko powiedzieć. – Powiedziała zgodnie z prawdą. – Chcieliśmy na początek dostać się na wybrzeże, a potem mieliśmy rozważyć co dalej.
- Z tego co mi wiadomo, ustalili państwo co dalej. Otóż według rejestru nie mamy informacji o aktualnym miejscu pobytu nie tylko tej dwójki dziewcząt, ale również siedemnastki innych nieletnich i kolejnych dziesięciorgu pani współpracowników.
- O nich również się niepokoję. – Powiedziała.
- Jeśli pomoże nam pani, obiecuję że najszybciej jak to tylko będzie możliwe odnajdziemy ich oraz sprowadzimy w bezpieczne miejsce.
- Do więzienia? – Parsknęła cicho.
- To ja tu zadaję pytania. – Uderzył prawą ręką w stół. – Co pani wie o ich zniknięciu?
- Tylko tyle, że nie chcieli wracać do domów, tak jak ja.
- My z kolei mamy dokładniejsze informacje. – Uniósł trzecią rękę i przesunął nią jakąś kartkę po blacie swojego biurka. – Otóż nasz zwiadowca całkiem przypadkowo przelatywał w okolicach wybrzeża na którym państwa znaleźliśmy i złożył mi interesujący raport. Chciałaby pani poznać jego treść?
- Jeśli to tylko możliwe, byłabym zobowiązana.
- Zatem jego treść brzmi następująco: „Zgłaszam niezarejestrowany przelot nad powierzchnią morza w okolicy rejonu Derras przy pomocy niezidentyfikowanej maszyny (albo kawałka rozszczepionej ziemi). Znajdowało się na nim dziesięć osób, a poza jego powierzchnią dodatkowo jeszcze jeden młodzik. Wyglądało na to, że unosi się on w powietrzu razem z tą maszyną (lub rozszczepionym kawałkiem ziemi) i to on nią steruje. Kierowali się na wschód i nie chcieli udzielić mi żadnych informacji ani o sobie ani o swoim locie. – Podsunął kartkę z raportem w jej stronę. - Zatem dokąd lecieli? Czym lecieli? A także, kto i jakim sposobem lata?
- Nie wiem dokąd lecieli. Lecieli, z tego co mi wiadomo, na rozszczepionej ziemi. – Przy ostatnim pytaniu zawahała się. – Latał jeden z uczniów mistrza Terrosa- Mawio, ale ani ja, ani on, ani nikt z nas nie wie jak to się stało.
- Panie pretorze, jeśli mogę? – Nieśmiało odezwał się przysłuchujący się rozmowie naczelnik.
- Tak? – Udzielił mu łaskawie choć niechętnie głosu.
- Może lepiej byłoby poddać ją badaniu psychiatrycznemu, albo przesłuchać przy użyciu wykrywacza kłamstw? Według mnie widać, że coś ukrywa i…
- Wystarczy. – Przerwał mu. – To głupie pomówienia, Czternaście 677 Dwieście Trzydzieści Osiem. Jeśli nie zdążyłeś jeszcze zauważyć obecna z nami więźniarka jest jedną z Radosnych. Co za tym idzie jej zdolności oraz etos nie dopuszczają oszustw oraz silnie negatywnych emocji. Ufam mocno temu, że ta pani będzie z nami współpracować, bo niestety piątka z jej współpracowników odważyła się już skłamać względem mnie co kiepsko się dla nich skończyło. – Rzucił jej chłodne spojrzenie i cyniczny uśmieszek. Wciąż zachowywała jednak zimną krew. - Póki co, potwierdziła pani wszystko co już wiemy, jeśli będziemy potrzebowali więcej informacji lub szczegółów jesteśmy w stałym kontakcie. Możesz ją zabrać.
- Wedle rozkazu. – Powstał ze swojego krzesła.
- Przepraszam, o ile mi wiadomo – Ukłoniła się skromnie. – mam prawo do informacji gdzie się znajduję, na jakich podstawach jestem przetrzymywana, a także by któryś z moich przełożonych dowiedział się o moim położeniu. Jako, że jest pan pretorem, oczekuję iż odniesie się pan do tego gdyż jako reprezentant praworządnego konsula jest pan zmuszony do przestrzegania Karty Praw.
Mężczyzna zmierzył ją niechętnie podejrzliwym spojrzeniem, westchnął i wyprostował wywyższająco.
- Cóż… Znajduje się pani w Zakładzie Zatrzymań w Metaonn, za podejrzenie działalności sprzecznej z prawem terenów pomorskich. Co się tyczy przełożonych, to pani Mona została już o wszystkim poinformowana na pertraktacjach z naszymi sojusznikami z rządu wybrzeża. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z naszymi założeniami już niebawem spotkają się panie twarzą w twarz i będą mogły wspólnie porozmawiać o powodach dla których nie zaszczyca pani naszych nieskromne progi. – Uśmiechnął się i machnął środkową ręką w kierunku drzwi. Naczelnik położył jej rękę na ramieniu i wyprowadził.
Gdy dotarli już do sali 1262 rzekł donośnie na odchodne:
- Skoro jest pani Radosną, to uprzedzam, że może tu pani jeszcze długo posiedzieć i radzę przemyśleć szerszą współpracę. – Po tym zamknął drzwi.
Usiadła na kanapie i wsłuchała się w ciszę pomieszczenia szukając w niej odrobiny relaksu dla skołatanych nerwów. Usłyszała w niej nieśmiały szept z łazienki. Zaciekawiona podążyła tam za tym dźwiękiem i tak dotarła do małej kratki wentylacyjnej w której powinna być izolacja dźwięku lecz została czymś widocznie przedziurawiona. Mistrzyni schyliła się i nastawiła tam swoje ucho.
- Czy to wielkoduszniczka? – Usłyszała więźniarka.
- Tak. – Odpowiedziała. – Jestem Radosna mistrzyni Ux.
- Jestem Vekirf’edenert, ale wołają na mnie Vektoria. Twoi przyjaciele są bezpieczni. Możesz być spokojna, dotarli już do mojej rodziny.

Komentarze