Marzenie - Rozdział 9



Po dołączeniu do reszty grupy wielu mistrzów było w szoku, że wojownicy łapali ich przyjaciół jak dzikie zwierzęta. Mistrzyni Ikaria i mistrz Terros nie odnieśli się do dziwacznych zdolności mistrzyni Ux. Roska i Mawio byli jednak przekonani, że przynajmniej ich mistrz wiedział doskonale o tej umiejętności.
Z racji tego, że płynąc lub lecąc z wybrzeża po linii prostej dotarłoby się w końcu do wyspy na której stacjonowali, postanowili się z niej czym prędzej przenieść. Mistrzyni Taqua odnalazła wyrzucone przy brzegu kawałki drzewa. Przy współpracy wszystkich udało się całkiem sprawnie zrobić z nich tratwę. Niestety dalej było ich zbyt wielu by mogli zabrać się nią wszyscy na raz więc ponownie podzielili się na grupy (tym razem trzy).
Plan był następujący: Mawio kieruje dusznym samolotem z dziesiątką na pokładzie. Gdy dotrą do wyspy, wraca po resztę i zabiera dziesiątkę najstarszych i najcięższych, reszta ma podążać za nimi na tratwie. Dzięki temu przenosiny na inną wyspę mogły być szybsze o połowę!
Mieli szczęście, bo znacznie bliżej niż się tego spodziewali natrafili na dwie, osadzone blisko siebie wysepki. Były dość małe, ale porośnięte gęstymi krzakami o bardzo delikatnych listkach oraz wyrośniętymi drzewami.
- Skąd one na morzu? – Zdziwił się mistrz Levon. – Przecież to roślina z terenów Roww.
- Zebrane liście odrastają na niej w kilka dni, bo są miękkie i często je gubi na wietrze. – Przypatrzył się Denam. – Ten gatunek znakomicie przystosował się do tego.
- Nie wiedziałem, że znasz się na botanice. – Uśmiechnął się do chłopaka mistrz.
- To stare hobby. – Machnął ręką lekceważąco. – Kiedy byłem mały mój dziadek zabierał mnie do lasów i pokazywał sporo nietypowych roślin. Uczył co można z nich robić, a potem sam czytałem o tym trochę i udało mi się zapamiętać niektóre lepiej.
- Jak ja byłem mały to uczyłem się działania silników samochodowych. – Zadumał się mistrz. – To było niedługo po pierwszych rozszczepieniach.
- Czasem chciałbym poznać ten cały Wielki Świat. – Przyznał chłopak. – Jednak umiejętność kontroli nad duszą ma większą wartość od próżnej ciekawości.
- Jak będziesz w moim wieku to sytuacja już się zmieni i myślę, że też doświadczysz technologii, która teraz jest jaka jest. – Pokrzepił go mistrz.
Mawio poleciał po pozostałych, a czwórka mistrzów w tym mistrzyni Ikaria wraz z szóstką uczniów rozglądali się po okolicy.
- Z tych liści możemy zrobić posłania dla części z nas. – Stwierdziła Radosna.
- Pomogę zebrać. – Stwierdziła Sofia, a chwilę później dołączył do niej Alan.
- Oni są parą, tak? – Spytała Werny, Eleonora.
- Chyba kręcą ze sobą. – Wzruszyła ramionami.
- Przynajmniej Alan. – Wtrąciła się Minara, która nigdy nie odstępowała swojej przyjaciółki na więcej niż dziesięć metrów. Miejscami była jej nieproszonym, nieodpłatnym adwokatem, ale nie można było określić tego jako wścibstwo albo coś irytującego. Taki miała swój sposób bycia, a Werna nie była do końca sprawna mentalnie jak niektórzy już zdążyli zauważyć przez co potrzebowała czasem wsparcia kogoś kto ją zna i rozumie, nawet gdy nie zdawała sobie z tego sprawy.
- Fakt, ona dużo nie mówi. – Zgodziła się ze swoją przedmówczynią. – Rozmawia otwarcie tylko z mistrzynią Taquą, ale wydaje się sympatyczna jak tak się jej patrzy w oczy.
- Zbieraj liście, plotkaro jedna! – Zadrwiła z niej Minara. – Bo zbiorę więcej, a wtedy wygram.
- A co można wygrać? – Zainteresowała się.
- Łóżko polowe! – Zachichotała.
- O! Chcę! Chcę! – Podskoczyła dwukrotnie i zaczęła zrywać listki w mgnieniu oka.
Minara zaśmiała się ciepło i szepnęła do Eleonory:
- Gdyby nie ona, nie byłoby mnie tu. Od razu jednak odważnie zdecydowała, że jeśli mistrzyni Freska chce uciekać to ona razem z nią. Ma złote serduszko i piękną duszę z waty cukrowej.
Eleonora poczuła łzy w swoich oczach.
- Jak pięknie, kochana. Nie wiedziałam…
- Wielu rzeczy jeszcze nie wiecie o naszej dziwacznej trójce. – Puściła jej oczko.
Alan wstał z klęczek i otrzepał portki z piasku, rozglądając się dookoła. Dostrzegł ruch na drugiej z wysepek i zaniepokoił się. Chwilę później do jego twarzy dotarł chłodny powiew powietrza.
„Wiatr… No tak.” – Parsknął sam do siebie. – „Muszę się uspokoić, bo dostaję jakiejś paranoi.”
 Rzucił raz jeszcze spojrzeniem w tamtym kierunku i wpadł na pewien pomysł. Podszedł do mistrzyni Ewy, która rozkładała jedzenie na porcje.
- Na ile nam jeszcze starczy, mistrzyni?
- Trzy dni? Może niecałe. – Odpowiedziała po chwili namysłu.
- Mój stryj był za życia rybakiem. – Poinformował. – Jeśli będzie ciężko mogę zrobić prowizoryczną sieć i zarzucić ją kawałek od brzegu o ile tylko Mawio przeniósłby mnie kawałek od brzegu.
- To bardzo dobry pomysł, Alan. – Uniosła brwi nie kryjąc zdumiona. – Dobrze, że się tym ze mną podzieliłeś, bo myślę, że samymi owocami i warzywami nie dalibyśmy już rady się najeść w najbliższych dniach, a ryby zawsze będziemy mieli jakoś pod ręką.
- Na drugiej wyspie jeśli się nie mylę rosną liany. Mógłbym zrobić z nich kilka mniejszych sieci jeżeli kora nie jest pokryta żadną trującą substancją.
- Jak tylko wróci reszta, popłynę tam z tobą na tratwie. – Zapewniła go z serdecznym uśmiechem.
- Dziękuję, mistrzyni Ewo. – Ukłonił się delikatnie, po czym wrócił do zbierania liści.
Ewstachiusz podbiegł do brzegu merdając małym ogonkiem. W zasięgu widzenia dało się wypatrzeć resztę kompanii. Z oddali słychać było ich głosy.
- Szybcy są. – Stwierdził mistrz Levon.
- Czy ci głupole śpiewają? – Zaśmiała się mistrzyni Aapona.
W rzeczy samej tak było. Z tratwy i dusznego samolotu słychać było coraz wyraźniej dźwięczne rytmy jednej z marynarskich piosenek.
- Dlaczego my na to nie wpadliśmy? – Oburzyła się Werna.
- Kochanie, nie przejmuj się. Następnym razem sama wybierzesz repertuar. – Poklepała ją po ramieniu, Minara.
Gdy przybyli do brzegu rozległy się brawa niewątpliwie słyszane też na sąsiedniej wyspie. Mistrzowie schodzili z pokładu komentując się wzajemnie:
- Nie wiedziałam, że potrafisz śpiewać tak ładnie. Jestem pod wrażeniem!
Famalda podbiegła do Eleonory ściskając siostrzyczkę ciepło.
- Masakra! Mistrz Eddi fałszuje jakby mu krowa na stopę nadepnęła, ale nie mów mu tego proszę.
- Kto z was wprowadził soundtrack do tej czarnej komedii? – Podeszła do niej Minara.
- Oczywiście mistrz Eddi. – Uśmiechnęła się od ucha do ucha.
Mawio zaobserwował pęknięcie na rozszczepionej ziemi z której korzystali.
„Czy to już ostatnie loty dusznego samolotu?”
Był zmęczony zawodami jakie w tym tygodniu go dotknęły. Wciąż było niewesoło. Żałował, że przed ucieczką mistrzowie nie próbowali skontaktować się jakoś z Najradośniejszymi. Dzięki wsparciu pozostałych w przeprowadzce poruszali się znacznie szybciej, co więcej- wspólne muzykowanie jakoś wewnętrznie ich poruszało.
„Może przydałoby się nam zajęcia ze śpiewu?” – Przeszło mu przez myśl. – „Oby tylko nie prowadził ich mistrz Eddi.”
- Mawio? – Wyrwała go z zadumy mistrzyni Ewa.
- Tak, mistrzyni?
- Widzisz, mam tu trochę roboty przy jedzeniu. Czy mógłbyś przelecieć się na tamtą wysepkę i obejrzeć liany na drzewach, czy nie są zatrute i czy nadawałyby się na sieć?
- Sieć? – Zdziwił się chłopak.
- No wiesz, taką rybacką.
- Mają być twarde czy bardziej giętkie? – Zapytał orientacyjnie.
Mistrzyni spojrzała na niego zmieszana.
- Alan! Alan! – Zawołała, a adept podbiegł szybko w jej kierunku. – Czy wybierzesz się z Mawiem obejrzeć te liany?
- Oczywiście. Weźmiesz mnie na ręce jak Famaldę? – Zapytał kokieteryjnie.
Mawio w odpowiedzi wybuchł pierwszym szczerym śmiechem od poprzedniego wieczoru.
- Wybacz, ale taki dystans lepiej będzie nam pokonać na tratwie. Za to jak znajdziemy się już na brzegu to podsadzę cię do drzewa.
- Trzymam za słowo! – Zaśmiał się. – Powiem tylko Sofii, że się tam z tobą wybieram.
Odszedł szybkim krokiem.
- Podrywacz? – Zapytała mistrzyni Ewa patrząc porozumiewawczo na Mawia.
- Raczej komediant. – Uśmiechnął się do niej zadziornie.
Moment później uczeń wrócił do nich w towarzystwie Denama.
- Denam zna się ponoć na florze. Może nam pomóc w znalezieniu innych przydatnych roślinek.
- Zaskakujecie mnie dzisiaj jeszcze bardziej niż wczoraj. – Stwierdziła mistrzyni. – Co będzie jutro?
- Chyba piątek. – Odpowiedział Mawio. – Ale powoli sam tracę już rachubę.
Wszyscy tradycyjnie wpadli w wir śmiechu.
- Weźcie może jednego z mistrzów, tak na wszelki wypadek? – Zaproponowała jeszcze mistrzyni.
- Mawio nas ochroni. – Mrugnął do niego Denam. - To w końcu nasz Quadiocus Junior!
- Chciałbyś! – Uśmiechnął się lekko zawstydzony tym określeniem.
- Może… Ale wolę nie zaczynać ci tego zazdrościć, bo później nie dam rady tego zatrzymać.
- Jak dzieci… - Westchnął Alan. – Chodźcie, bo im szybciej zdobędziemy jakieś pożyteczne materiały tym szybciej zjemy jakieś ryby.
- Lubię ryby. – Stwierdził Mawio.
- To leć, rybko. – Rzuciła mu na odchodne mistrzyni.
- Jesteś rybką? Bardziej latającą meduzą. – Określił go Denam.
- A ty małpą. – Szepnął mu do ucha Alan kiedy wchodzili na tratwę.
Morze było spokojne, ale na niebie pojawiło się sporo chmur przez które odczuwali chłód mocniej niż w poprzednich dniach. Zwiastowało to rychłe pogorszenie pogody, a w najgorszym dla nich wypadku- sztorm. Chłopcy dogryzali sobie serdecznie, co raz ściskając się ze sobą serdecznie, a Mawio jak jastrząb krążył nad nimi i wtórował im w ich beztroskich wygłupach.
Gdy tratwa przybiła do brzegu wyspiarskiej sąsiadki Alan wyciągnął ręce do góry i spojrzał na Mawia wyniośle.
- Weź mnie w swe ramiona.
Mawio przewrócił oczami i chwycił go jak uczennicę mistrzyni Ux, poprzedniego dnia.
- Wszystko powiem Sofii! – Krzyczał z dołu Denam.
Chłopcy podlecieli do pierwszego drzewa obrośniętego lianami, a brunet objął je profesjonalnym spojrzeniem. Wyciągnął ręce i dotknął delikatnie.
- Trujące nie są. Ale trochę zbyt twarde jak na moje oko.
- To stare pnącze! – Wrzasnął młodociany botanik. – Podlećcie do tych zieleńszych.
- Przemądrzalec. – Parsknął Alan. – Taki niby inteligent, ale to nie on jest noszony na rękach.
- Ostatni raz cię dotykam w tym tygodniu! – Ostrzegł go drwiącym tonem Mawio. – Wciąż się ze mnie śmiejesz!
- Famalda przeżywała ten lot jak pierwszą miesiączkę, też chciałem sprawdzić jak to jest. – Wzruszył ramionami. – Przy okazji mogę ci podokuczać, a wręcz uwielbiam łączyć przyjemne z pożytecznym!
Dorwali inną lianę, która była widocznie młodsza od poprzedniej. Miała ślisko wyglądającą powierzchnię.
- Dotknij ją lepiej przez materiał. – Ostrzegł Mawio.
Chłopak tak też zrobił stosując do tego swoją bluzkę, ale roślina okazała się niegroźna.
- Jest elastyczna. – Stwierdził. – Odpowiednio twarda. Znajdźmy takich więcej.
Złapał ją i pociągnął mocno odrywając od drzewa.
- Łap pan, panie ogrodniku! – I zrzucił mu ją.
- Mam! – Poinformował. – Hej, tutaj rośnie jakaś fajna odmiana modrzewia. Z jego korzeni możemy też coś zrobić. Pomożecie mi ich trochę wyrwać? Wystają ponad ziemię więc ciągnąc w trójkę damy sobie z nimi radę.
Mawio sprowadził Alana na ziemię i wszyscy spojrzeli na rzeczone korzonki.
- Wyglądają zdrowo i mocno. – Stwierdził.
- Lina z nich będzie. – Ocenił Alan.
- Ciągniemy. – Zarządził Denam. – Ty złap tu, przy ziemi, a ja z Alanem za końcówkę.
Mawio podleciał do gruntu i czekał na sygnał od kompanów.
- To na trzy! – Pokierował podopieczny mistrzyni Taquy - Raz… Dwa… Trzy!
 Mawio chwycił lewą ręką za korzeń, a drugą chciał podeprzeć się ziemi.
Gdy to zrobił stało się coś nieoczekiwanego.
Przed oczami ukazał mu się podobny obraz do tego ze snu. W ułamku sekundy widok ten wywołał u niego taką euforię jakiej dotąd nie doświadczył. Jego dusza jakby zawirowała wewnątrz ciała. Miał wrażenie, że umarł i narodził się na nowo jako czysta, szklana istota unosząca się w kosmicznej próżni. Pociągnął prawą rękę ku górze i otworzył oczy.
Alan i Denam przewrócili się, a ziemia pod ich nogami zadygotała mocno. Zaraz potem nastał spokój. Z drzew pospadały wysuszone gałęzie, a dwie mewy wyleciały spomiędzy liści wykrzykując przy tym rozpaczliwie.
- Co do…? – Obruszył się Alan.
- Nie-mo-żli-we… - Wydukał siedzący obok niego Denam.
Mawio miał wrażenie, że jego dusza napuchła i zaraz zacznie wylewać się uszami. Zakręciło mu się w głowie, zamknął oczy i zwymiotował z impetem na korzeń modrzewia.
- No nieźle… - Usłyszał raz jeszcze Denama.
- Mawio? Mawio! Wszystko dobrze? – Podbiegł do niego Alan. – Mawio, kochany! Spokojnie… 
- Przecież się nie skruszę… - Mruknął zaciskając mocniej powieki.
- Wiem, wiem, ale co jest? Jak się czujesz? Co mam robić?
- Daj mi chwilę… - Wymamrotał.
- Chłopaki… - Odezwał się wciąż siedzący na swoim miejscu Denam. – Chłopaki, wygląda na to, że wyspa nam się rozszczepiła.

Komentarze