Marzenie - Rozdział 6
- Widać wyspę! – Krzyknęła Samanta.
- Trzymaj się mocno, żebyś nie
spadła. – Pouczył ją mistrz Terros. – Hej, czy mi się wydaje czy bryza jest
jakby słodsza?
Szóstka uczniów i czwórka mistrzów
na czele z mistrzem Terrosem zamknęli oczy i zaciągnęli się głęboko przez nos.
- Masz rację mistrzu! –
Podekscytowała się Jeda. – Tak jakby delikatny aromat ciepłych pierników!
Mistrzyni Freska zaśmiała się
siarczyście i wszyscy słysząc jej potężny ryk wybuchli beztroskim rechotem.
Dusze wibrowały wszystkim jak pod wpływem szczenięcych całusów podczas
podwórkowych zabaw. Swoją drogą Ewstachiusz nie bał się ani trochę lotu nad
morzem, rozłożył się na kolanach Roski i wystawiał pyszczek w kierunku wiatru
który uroczo rozwiewał mu szare futerko. W ciemnym lesie był przerażony i czuł
obecność innych, dzikich zwierząt, przez co siedział w kieszeni płaszcza
mistrza Terrosa przez praktycznie całą noc. Był jedynym szczeniaczkiem z ekipy.
Jednakże nie jedynym zwierzęciem, bo jak się okazało Greta w swojej kieszeni
przemycała myszoskoczka.
Mawio był zmęczony przesuwaniem w
powietrzu rozszczepionego kawałka ziemi, ale dziarski nastrój pasażerów
„dusznego samolotu” (taką nazwę nadała mu Jeda) sprawiał, że mimo wysiłku czuł
się spełniony.
Z początku mistrzyni Freska i mistrz
Terros pomagali mu pchać, ale gdzieś w połowie trasy przestali, bo Mawio sam
radził sobie zaskakująco dobrze. Mistrz Terros chciał by chłopak trenował, bo wciąż
był przecież w okresie rozrostu duszy, a jego niezłomność sprawiała, że mógł
się dynamicznie rozwijać bez obawy o regres swoich zdolności.
Rid, Klarisa i Olga zdecydowali się
poczekać do drugiej tury, bo chcieli towarzyszyć mistrzowi Eddiemu i mistrzyni
Ikarii, którzy lecieli bez swoich adeptów. Jeda zabrała się z pierwszą ekipą
tylko dlatego, że koniecznie chciała zobaczyć Tropiki jako pierwsza.
Tereny wysp tropikalnych są
zdziczałe i nie przebadane w dużej mierze. Olbrzymi potomkowie azzji
zamieszkują podwodne tereny raf koralowych i sezonowo zalewają część wysp.
Poziom morza jest różny, flora jest równie niebezpieczna co szybko mieszająca
się ze sobą fauna, a po pierwszych rozszczepieniach nie wiadomo było ile wysp było
jeszcze w całości. Badanie tych terenów było przez te czynniki wybitnie
niebezpieczne i na dobrą sprawę bezcelowe, bo klimat sprawiał, że w przeciągu
kilkudziesięciu lat jedne gatunki żywych istot wypierane były drugimi gatunkami,
które były wyewoluowanymi mieszankami ich różnorodnych krewnych. Tylko
największa wyspa Tropików – Verra jest zamieszkana częściowo przez ptoloki i
nielicznych miastowych, stąd mieszkańcy stałego lądu wiedzą co z grubsza dzieje
się na oceanie. Są to jednak w znacznej większości sami przyjezdni, często
wyjęci spod prawa i szukający mało legalnych sposobów na szybki, spory zarobek.
Przez ulotność klimatyczną i brak obywateli identyfikujących się bezpośrednio z
Tropikami, te ziemie żądzą się swoimi, nieprzewidywalnymi zasadami.
Wyspa, do której za chwilę mieli
dotrzeć nie znajdywała się na mapie i prawdopodobnie, jak spora ich część, była
jedynie okresowa.
Porastały ją wysokie trawy i
trzcina, była płaska i praktycznie, jedynie kilka centymetrów wysunięta ponad
poziom morza.
- Jest jak kawałek łąki albo bagna
żywcem wyjęty z Roww. – Zauważyła Roska. Na dźwięk jej głosu szczeniak uniósł
łepek z kolan i zainteresowany przypatrywał się zbliżającemu się brzegowi.
- Łap nas powoli, Mawio. – Odezwał
się mistrz Terros.
Chłopak sięgnął myślami do uczucia
ze snu, które jak hektolitry karmelu zalewało jego duszę. Skierował je ku morzu
i rozpędzony przez jego siłę, rozszczepiony grunt powoli zaczął hamować w
powietrzu gdy ćwierć metra pod nimi pojawiać się zaczęły pierwsze pałki
trzcinowe. Duszny samolot zawisł w powietrzu i jego pasażerowie zaczęli klaskać
dla pilota który robiąc fikołka w powietrzu oznajmił uroczyście:
- Witam państwa, na Tropikach! Można
już odpiąć pasy.
Mistrz Terros popatrzył bacznie na
trawę by upewnić się, że nie jest to żadna trująca roślina, ale przyznał parskając
śmiechem:
- Nie mam pojęcia, co to za rośliny.
- To mamy schodzić? – Zapytał
nieśmiało Hin.
- Ja sprawdzę. – Odezwała się
mistrzyni Taqua osuwając się powoli na wyspę.
Stanęła na trawie i chwilę
odczekała.
- Butów mi nie przeżarło więc chyba
jest w porządku. – Oznajmiła.
Uczniowie po kolei zaczęli
zeskakiwać na trawę i biegać po najbliższym otoczeniu aby rozprostować długo
podkulone nogi.
- Mistrzu? – Zapytał Terrosa, Mawio.
– Czy mam już wracać po drugą grupę?
- Zrób jak chcesz, tylko się nie
przemęczaj. Jeśli nie dasz rady to przecież jutro też jest dzień. – Uśmiechnął
się do niego mistrz.
- W takim razie odpocznę i za jakiś
czas…
- Mawio! – Przerwało mu wołanie
Roski. – Mawio!
- Nie ma sprawy, chłopcze. –
Poklepał go po ramieniu. – Leć tam, do przyjaciół!
- Dziękuję, mistrzu. – Ukłonił się i
odfrunął do dziewczynki stojącej z Jedą i Gretą. – Co jest?
- Greta coś dla ciebie ma! – Puściła
mu porozumiewawczo oczko, gęstowłosa.
Mawio uniósł brwi do góry będąc
pewnym, że to jej myszoskoczek będzie tą pseudo-niespodzianką.
Ciemnowłosa chudzina wyjęła jednak z
kieszeni trzy kulki zawinięte w matowy, brązowawy papier.
- Karmelowe. – Uśmiechnęła się
półgębkiem.
Mawio otworzył usta w szerokim
uśmiechu.
- O rany! Dziękuję, Greta! Skąd je
masz?
- Mnie też buduje karmel. –
Wytłumaczyła. – Zabrałam z internatu tyle ile się dało, ale resztę zjadłam
sama, bo nie wiedziałam, że to też twój smak.
- Kochana! – Westchnął do niej. –
Nie mogę tego przyjąć.
- Mawio… - Przewróciła oczami. Widać
było, że ta dziewczyna ma charakterek. – Może jeszcze się nie znamy za mocno,
ale wiem, że tobie bardziej się przyda. Zasłużyłeś na trochę przyjemności, ja i
tak żarłam całą drogę po trochu. – Zarechotała złowrogo.
- Hm… - Udawał zastanowienie.
Wiedział już jednak z góry, że nie przegada jej więc postanowił pójść na ugodę.
– Jednego, z miłą chęcią.
Dziewczyna podała mu ochoczo
karmelowego cukierka, pozostałe schowała do kieszeni.
„Nie daje za wygraną.” – Pomyślał
Mawio widząc to.
Chwilę później raczył się słodkim
smakiem, który stymulował jego przerośniętą duszę.
- Muszę wam powiedzieć… - Zaczął mlaskając.
– …że unoszenie się nad ziemią to fantastyczna sprawa.
- To tak jakbyś sam się rozszczepił
od świata. – Zauważyła Jeda.
- Też tak o tym pomyślałam, kiedy
mistrz Terros nie dał rady go w pełni sprowadzić na ziemię. – Pokiwała głową
Roska.
- Mistrz Terros też nie bardzo
chciał mnie usadzać. – Powiedział Mawio. – Martwił się, że gdy złączy mnie z
ziemią to już nie dam rady się oderwać. To dla nas wszystkich nowa sytuacja i
nie wiemy jak postępować, ale skoro nic mi się nie dzieje, a czuję się bosko to
czemu miałbym rezygnować z tego stanu?
- Ma to sens. – Pokiwała głową
Greta.
- Jak się czujesz, Mawio? – Podszedł
do nich Hin.
- Wszystko cacy! – Odparł.
- Troszkę się przełamujesz, co? –
Zwróciła się do chłopca Jeda.
- Tak… Staram się. – Zmieszał się.
- A może chciałbyś zająć się
Ewstachiuszem? – Zaproponowała mu Roska. – On wszystkich onieśmiela.
- Szczeniaczka? – Zagryzł wargę. –
Byłoby mi bardzo miło…
- Nie ma sprawy! Chodź ze mną,
zaprowadzę cię do Samanty, ona go ostatnio miała. - Roska złapała go za rękę i razem odbiegli od
grupki mijając Rewiccę która właśnie do nich podchodziła.
- Samanta jest z mistrzem Terrosem.
Poszli tam! – Pokazała im palcem. – Jak się macie? – Zapytała troskliwym
głosem.
- Bajecznie! – Wyrzuciła z siebie
rozradowana sprzyjającymi okolicznościami Jeda.
Tamta parsknęła śmiechem i spojrzała
na Mawia.
- Kiedy kolejna tura?
- Chyba zaraz będę odlatywał. Nie
chcę by czekali bez sensu.
- Trafisz tu z powrotem? – Zapytała
go.
- Myślę, że jak najbardziej. Cały
czas zwracam uwagę na słońce.
- To lepiej żebyś zdążył tu wrócić
przed wieczorem. – Zauważyła Rewicca.
- Masz rację. Im szybciej tym
lepiej. – Zgodził się chłopak. – Greto, ślicznie ci dziękuję za cukierka.
Bardzo mi smakował. – Potarł dłońmi o siebie. – Cieszę się, że jesteście! Lecę
po resztę naszych przyjaciół!
- Będziemy cię wyglądać! – Krzyknęła
za nim Jeda.
Mawio podleciał wyżej by znaleźć
mistrza Terrosa. Gdy go wypatrzył zniżył się do niego i zawołał:
- Wyruszam po drugą grupę, mistrzu!
- Och, Mawio! – Podskoczył. –
Przestraszyłeś mnie, urwisie! Leć, leć! Będziemy cię wyglądać! – Pomachał mu.
Chłopak ponownie odleciał, tym razem
w stronę, pozostawionego kawałek od brzegu, dusznego samolotu. Sięgnął
wspomnieniami do pamiętnego snu i przy jego sile wraz z karmelowym posmakiem w
ustach wystrzelił rozszczepionym gruntem w kierunku z którego przybyli na wyspę.
Komentarze
Prześlij komentarz