Marzenie - Rozdział 12
Płynęli z przerwami na sen przez dwa
dni, mijając przy tym całe pięć wysp. Alan zarzucał co jakiś czas sieci w które
łapały się nieznane nikomu gatunki ryb. W końcu jednak łódź ciemnoskórych
przybiła do brzegu wyspy szóstej. Znacznie większej niż inne, widocznej od
samego horyzontu.
- Fingeteo! – Pokazał im ręką.
- To chyba nazwa tej wyspy. –
Stwierdził mistrz Terros.
- Tak, na to wygląda. – Zgodziła się
Samanta.
- Mawio zatrzymaj nas. – Poprosiła
go mistrzyni Ikaria.
Chłopak skupił się i Radosna Wyspa
przystanęła w powietrzu kawałek od lądu. Mężczyźni przy plaży rozeszli się w
głąb porośniętego drzewami lądu. Został tylko ten jeden, gadatliwy, ewidentnie wyczekując
na nich.
- Ktoś zostaje na wyspie? – Zapytała
Werna.
- Kochanie, to jest latający kawał
ziemi, a nie przywiązany do płotu kucyk- nikt nam go nie ukradnie. – Odpowiedziała
jej Minara.
- Faktycznie. Masz rację. – Pokiwała
głową z uśmiechem.
Gdy już wszyscy znaleźli się na
stałym lądzie zauważyli, że grunt w wielu miejscach jest tam porozszczepiany aż
do samego nieba. Stanęli w grupie przed gadatliwym ciemnolicym i czekali co
zrobi.
- Pierwszy biegun. – Wskazał palcem
na las.
- Tak. A Mawio jest podobno drugim.
– Kiwnęła głową mistrzyni Ewa.
- Pikito pierwszy biegun ferenov
lled! – Rzekł ruszając powoli w stronę drzew, machając przy tym do nich ręką. Podążyli
więc za nim. Teren ten był przejrzysty i hasały po nim licznie, różnobarwne
zwierzęta. Ciemny bór z pomorza był jego kompletnym przeciwieństwem. Ten lasek
był bowiem wprost bajeczny, skąpany w delikatnych refleksach południowego
słońca. Widać było jak długonogie koty i psy biegały sobie po nim z
zainteresowaniem przyglądając się ich marszowi z dość bliskiej odległości tak
by móc zajrzeć im w oczy. Fingeteo jako wyspa była zupełnie nieporównywalna pod
kątem powierzchni z pozostałymi, które mijali po drodze.
- Omanoti perluskoni pere pi
tefelon. – Wyjaśnił im spokojnie.
- No i teraz zaczyna mieć to sens. –
Zaśmiał się Rid. – „Perluskoni” brzmi tak, że nabieram pewności, iż on cały
czas opowiada nam dowcipy.
Po wyjściu spomiędzy drzew dotarli
na bardzo dużą polanę wypełnioną drewnianymi domkami pokrytymi na górze
gigantycznymi liśćmi zmieszanymi ze strzechą. Przed nimi stało jeszcze więcej
śniadych ludzi. Wśród nich były również kobiety i małe dzieci. Wszyscy z
kolorowymi wzorami pod oczami i w długich, brunatnych ubraniach.
- Periwi. – Zademonstrował im ten
obrazek ich nietypowy przewodnik.
- Tak się chyba nazywa ich lud. –
Stwierdziła Jeda.
- Albo to miasteczko. – Dodał jej
mistrz.
- To raczej wioska. – Poprawiła go
Olga.
- Oj raczej nie. Widzisz tą górę. –
Pokazał jej ręką. – Domki ciągną się aż za nią.
- Faktycznie… - Pokiwała głową. – Intrygujące.
Ciekawe ile liczy ich populacja.
- Periwi ferumi derada lelinomop. –
Stwierdził idąc tym razem pomiędzy domy.
- Chodźmy za nim, bo się zgubimy i
będziemy musieli pytać miejscowych o drogę. – Zażartowała Eleonora.
Śledzili swoją gadułę aż do podnóża
owej góry, która wznosiła się pozornie za całym miasteczkiem, a faktycznie była
w samym jego centrum.
Przystanął przy jednej z chat i
poczekał aż pozostali go dogonią. Ludzie których mijali na trasie uśmiechali
się do nich i machali im, a dzieci rzucały w nich kwiatkami i uciekały głośno chichocząc.
Uczniowie szli podekscytowani odmachując im i łapiąc lecące w powietrzu
kwiatki.
- Piękne! – Zachwyciła się Olga. –
Nigdy takich nie widziałam.
- Rosły w lesie przez który nas
prowadził. – Zauważyła mistrzyni Freska.
- Czuję spokojną i ciepłą atmosferę
w tym miejscu. – Stwierdziła mistrzyni Ikaria.
- Czemu w żadnej książce nigdy nie
widziałem takich ludzi? – Zdziwił się mistrz Levon.
- Być może ta egzotyczna karnacja
jest tak wyjątkowa, że tylko ci jedni ludzie ją mają. – Odezwała się do niego
mistrzyni Perstax.
- To oznaczałoby, że odkryliśmy nową
cywilizację! – Podekscytowała się Greta.
- Raczej to oni odkryli nas i
przyprowadzili do siebie. – Uśmiechnęła się mistrzyni Cikka.
- Ten punkt widzenia jest znacznie
trafniejszy. – Pokiwała głową Famalda rozglądając się dookoła po twarzach kolejnych,
wychodzących z domów ludzi. Werna, Minara i Zelofin rozradowani odwzajemniali ambitnie
wszystkie gesty jakie im wysyłali, pozostali póki co trzymali się jeszcze
resztki dystansu do ewidentnie niegroźnych gospodarzy wyspy Fingeteo.
- Tu pierwszy biegun. – Pokazał na
drewniane drzwiczki do domku patrząc prosto na Mawia.
- Mawio, on chce żebyś tam wszedł. –
Zauważył mistrz Terros. – Czy chcesz żebym ci towarzyszył?
- Nie ma takiej potrzeby, mistrzu. –
Mawio był rozpromieniony. Jego dusza znowu wibrowała. – Nic mi tam nie grozi,
jestem pewny.
Podleciał do śniadego przewodnika,
który uchylił mu drzwiczki. Wleciał przez nie do półciemnego, przytulnie
ciepłego pomieszczenia.
- Uważaj na siebie! – Krzyknęła za
nim mistrzyni Ikaria.
Drzwi się zamknęły. W środku paliły
się dziwne świeczki tworzące intrygujący, mistyczny niemalże nastrój. W głębi wisiały
liściane zasłony odgradzając od siebie poszczególne pokoje.
- Jesteś tu, prawda? – Zapytał z
nadzieją przelatując do środka domu.
- Mawio? – Usłyszał głos.
Zaskoczony, ale wielce rozradowany. Pamiętny głos z jego snu.
- Tak! Tak, to ja! – Ucieszył się i
on.
Zza liściastej zasłony wybiegł
śniady chłopak niewiele starszy od Mawia i rzucił się mu na szyje. Mawio poczuł
nieporównywalne z niczym szczęście. Spotkali się.
„Nareszcie…”
- Mawio… - Wyszeptał. – Ja
Sqtty’bpoiidyy
- Wiem, Scuti! – Wtulił się w niego
mocno. - Tak się cieszę, że cię odnalazłem.
- Ja bardzo! – Wymamrotał wzdychając.
Pachniał jak pierwsza wyspa na którą przybyli- gorącymi piernikami.
- Ja chyba jeszcze bardziej… Ciężko
mi uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Wciąż nic z tego nie rozumiem.
- Ja pierwszy biegun, ty drugi. –
Powiedział mu powolutku patrząc prosto w jego przejęte oczy. Mawio westchnął
kiwając głową.
- Co to znaczy, Scuti?
- Części. – Wydukał. – Ty połowa. Ja
połowa. Periwi śpią z połowa.
- Wyjaśnij mi to, proszę. – Spojrzał
na niego błagalnie próbując go zrozumieć.
- Tu. – Pokazał palcem na podłogę.
Scuti puścił go i usiadł we
wskazanym miejscu zamykając oczy. Nastała cisza, zdająca się pogłębiać z każdą
kolejną sekundą. Świecące się w domu ogniki musnął wiatr wydobywający się jakby
z podziemi. Mawio poczuł silny impuls by się zniżyć. Gdy już to zrobił
wyciągnął lewą rękę ku ziemi i dotknął jej. W tym momencie po raz trzeci ukazał
mu się w głowie Scuti stojący tuż przed nim niczym jego lustrzane odbicie.
- Mawio dotarłeś do mnie. – Odezwał
się szeroko uśmiechnięty chłopak. – Niesamowite. To prawdziwy cud!
- Też tak sądzę… – Przyznał
zmieszany lecz bardzo szczęśliwy. – Tylko o co w tym wszystkim chodzi?
- Kilkadziesiąt lat temu…
Agrrr jak można tak konczyć rozdział, to nieludzkie!
OdpowiedzUsuń