Marzenie - Rozdział 1


Mistrz duszy złapał jedną z latających kul i podszedł z nią do swojego ucznia.
- Nie opanujesz tej wiedzy bez wiary w swoje możliwości. – Powiedział obracając w jednej dłoni kulę, drugą zaś głaskając chłopaka po czuprynie. – Najważniejsze jest to żebyś zaufał swojej wewnętrznej sile.
- Próbuję, mistrzu, ale żelazo jest cięższe od srebra i nie radzę sobie z nim.
- Nie jest cięższe, a gęstsze. – Poprawił go. – Taka sama waga była tych srebrnych, ale ta kumulacja ciężaru w jednym puncie rozrywa twoje skupienie.
- Być może. – Zgodził się. – Myślę o karmelu.
- Może nie starczyć. – Pokiwał głową. – Nie chodzi o słodycz, ale o doznanie.
- Ale mówiłeś, mistrzu, że im słodsze tym lepsze.
- Owszem, ale to dlatego, że słodycz jest przeważnie mocniej odczuwalna dla młodych dusz. Dzieci bardzo ją lubią i ich dusze są podatniejsze na jej bodziec i myśli o niej. – Wyjaśnił. – Ty jesteś parę stopni wyżej od swoich kolegów więc myślę, że ograniczanie się tylko do słodkiego smaku nie jest w twoim przypadku konieczne.
- Żelazo i tak jest zbyt uparte. – Zmarszczył czoło.
- To nie żelazo, tylko ty. – Parsknął mistrz. - Pamiętaj, że najbardziej oporny na wpływ duszy jest tytan.
- Wiem, wiem. – Mruknął. – Jeszcze raz?
- Nie. – Pokiwał głową z wyraźnym sprzeciwem. – Na dziś to i tak dużo. Nie powinieneś się dołować, jutro będzie lepiej. Leć lepiej podbudować siły na polu. Tylko nie spóźnij się na obiad!
- Dobrze, mistrzu! Dziękuję! – Ucieszył się młody. Ukłonił się i wybiegł z sali na dziedziniec. Słońce było 15 stopni wyżej od punktu w którym dziś zaczęli. Zostało jakieś 40 do obiadu. W ogrodzie ziemia rozszczepiła się na grządkach i ogrodniczki walczyły z nią zaciekle by ta znów leżała grzecznie ubita. Oprócz tego kawałek za płotem rozszczepiły się głazy i delikatnie szybowały sobie, niektóre już nawet metr nad gruntem. „Rozszczepiły się bardzo szybko” – Pomyślał. – „Kiedy wczoraj kładliśmy się spać jeszcze były w całości.”
Podszedł do ogrodu i zawołał do kobiet przy grządkach:
- Nie pomóc wam, drogie panie?
Te odwróciły się i ze zmieszanym uśmiechem odparły:
- Nie, poradzimy sobie. Dziękujemy, Mawio.
- Nie ma sprawy.
Pognał zatem za budynek gdzie rozciągało się boisko do gry. Ono również było trochę rozszczepione, ale tylko drobinki gruntu znajdowały się w powietrzu tu i ówdzie.
Chłopak skorzystał z okazji i ostrożnie wszedł sobie na jeden, drugi i kolejne kilka jak po schodkach. Potem skupił się na smaku karmelowym w ustach i poczuł jak wypełnia mu całą duszę przyjemny dreszczyk, który skierował wprost do ziemi. Rozszczepiony grunt opadł powoli i połączył się z resztą boiska.
Lubił siadać sobie za tym polem i patrzeć od tyłu na całe podwórze. Znajdowały się tu cztery budynki. Największy był internatem- tu spali chłopcy, a po drugiej stronie dziewczynki. Drugim był składzik gdzie trzymali narzędzia. Trzecim kuchnia i stołówka gdzie wszyscy jedli, a także pokoje ogrodniczek i kucharek. Ostatnim była sala treningowa i jednocześnie kwatera mistrza Terrosa.
Wracając do wątku- lubił tu siadać i patrzeć na to wszystko. Przypominało mu rodzinną wioskę. Wielu chłopaków z internatu pochodziło z podobnych siedlisk, jednak żaden z nich nie widział podobieństwa układu budynków do wiejskich chałup, a to dziwne. „Może ich wsie były budowane na innym planie?” – Zastanawiał się.
Mało kto pochodził z miasta. Ze dwie dziewczyny chyba, ale u nich dusze są przeważnie w lepszym stanie, niż u chłopaków, bo są wrażliwsze, a to zdaniem mistrza znacznie ułatwia całą sprawę.
Mistrz jednak pochodził z miasta, podobnie jak one, ale jego dzieciństwo wyglądało inaczej. Urodził się parę lat po pierwszych rozszczepieniach i był wraz z innymi Radosnymi jednym z pierwszych mistrzów duszy. Mawio wielokrotnie uświadamiał sobie, że to wielki zaszczyt być jego uczniem. Chociaż był już starcem i wielokrotnie groził przejściem na emeryturę, to wszyscy którzy mieli z nim styczność byli przekonani, że nauczać będzie, aż do śmierci. Jego wyprowadzka w góry i zamieszkanie tutaj z uczniami było dla niego wystarczającym urlopem- w swojej osobistej opinii rzecz jasna. Ogrodniczki i kucharki przyjechały tu za nim, bo lubiły jego towarzystwo. Ciężko było nie lubić, bo był spokojnym, pogodnym i inteligentnym starcem, który nie wymagał opieki ani niczego prócz pomocy w wykarmieniu adeptów.
Terros był dla Mawia jak dziadek. Rodzice, gdy tylko odkryto u niego wyrost duszy ponad normę zaprowadzili go do mistrza i natychmiast polubili go i bez oporów powierzyli syna pod jego piecze. Tęsknił za nimi, ale z miesiąca na miesiąc czuł jak bardzo pożyteczne są treningi i że decyzja o szkoleniu była dobrym wyborem. Tęsknił też za starszą siostrą Werką, która jakoś niespecjalnie przejmowała się jego wyjazdem z domu. Nie żywił do niej o to urazy, bo wiedział, że jest o niego zazdrosna. Musiał dbać o wzrost duszy, a nie jej wykruszenie zatem nienawiść mogłaby go kosztować te 9 miesięcy spędzonych tu na ciężkich treningach. Całe szczęście, że był wyrozumiały, bo inaczej mogłoby być różnie.
Terros był z niego zadowolony i tak jak przyznał, stawia go trochę na wyższym poziomie od reszty uczniów. Mawio miał głęboką nadzieję, że po dwunastym miesiącu to jego wybierze jako towarzysza, który pojedzie z nim na Radość. Wszystko po to by poznać któregokolwiek z Najradośniejszych. Było ich pięcioro i każdy z nich miał niezłomną duszę. Wśród nich czwórką były kobiety. „One mają łatwiej.” Ostatnim był mężczyzna o największej duszy czyli Quadiocus, o którego uścisku dłoni marzy każdy chłopięcy adept.
Na Radości, sto pięćdziesięcioro ośmioro mistrzów dusz debatuje nad dalszymi postępowaniami w sprawie rozszczepień, miastowych i troglodytów. Każdy z mistrzów zabiera wówczas jednego ze swoich najlepszych uczniów by ten mógł sobie popatrzeć na to nietypowe zebranie.
Zza pierwszego budynku wyłoniła się niewielka postać podążająca w jego kierunku. Była to rudowłosa dziewczynka imieniem Roska, ze szczeniaczkiem na rękach. Jednocześnie jedna z trzech panienek o największych duszach wśród uczennic i przyjaciółka Mawia.
- Cześć, tak myślałam, że cię tu znajdę. Chcesz potrzymać Ewstachiusza? – Zapytała wyciągając małego pieska w jego kierunku.
- Chętnie. Mistrz chciał żebym podbudował siły. Wielkie dzięki. – Powiedział przejmując od niej futrzaka.
- Jak ci poszedł trening? – Zapytała przysiadając się.
- Kiepsko. Żelazo jest oporne. – Powiedział głaszcząc Ewstachiusza, który kokosił się na jego kolanach.
- Mi też żelazo nie idzie. Fiola podobno ostatnio uniosła trzy kule na chwilę.
- Nie gadaj! – Pokiwał głową z niedowierzaniem. – Zazdroszczę jej.
- Bez przesady, każdy z nas to osiągnie. Jesteśmy z jesieni, a ona ze stycznia więc ma pół roku przewagi jakby nie patrzeć. – Powiedziała wzruszając ramionami. Była bardzo mądra i dość ładna jak na małą dziewczynkę. Czasem Mawio myślał o niej przed snem jak o bratniej duszy, albo aniołku, ale wstydził się do tego przyznać.
- Masz racje. Jak zawsze.
- Dzięki. – Uśmiechnęła się do niego serdecznie. – Dziś na obiad buraki na słodko.
- To jest szansa na wzrost u ciebie. – Puścił jej oczko. – Fantastycznie!
- Tak, mam taką nadzieję. – Pokiwała głową z nieskrywaną ekscytacją. Buraki na słodko były dla niej jak karmel dla Mawia. Taki smak czasem uwalniał jakieś podświadome pokłady siły i zwiększał duszę, a zatem istniała możliwość wzrostu jej siły.
- Jakby ktoś z nas pojechał na Radość, byłoby super.
- Szkoda, że tylko jedna osoba. – Westchnęła.
- Przeważnie jedna, ale przecież mistrz nie będzie chciał nikogo zasmucić więc na upartego weźmie i dwójkę.
- Ja tam naciskać nie będę. – Wyznała. – Fakt, to byłoby super zobaczyć Monę albo Elicję, ale nie chcę przysporzyć mistrzowi problemów więc jak nie wybierze mnie, tylko ciebie to przecież będę się cieszyć twoim szczęściem równie mocno.
- Mnie? – Zdziwił się. – Co ty pleciesz? – Parsknął. – Niby dlaczego mnie?
- Z chłopaków masz największy potencjał. – Spojrzała mu głęboko w oczy. – Mało który jest taki wyrozumiały i wrażliwy jak ty, a zatem masz potencjał by kiedyś zastąpić mistrza. Dziewczyn w Radości i tak jest dostatek.
Mawio wybuchł śmiechem. To było dla niego bardzo miłe. Ucałował z radości Ewstachiusza w czółko i z promiennym uśmiechem odparł jej:
- To było przemiłe! Dziękuję za wsparcie i wiarę w moje możliwości.
- Bez ciebie byłoby mi tu ciężko. – Wyznała. – Dziewczęta są miłe, ale sam wiesz, że mimo rozwoju czuć trochę jakby wyścig szczurów. Po co to wszystko? Przecież tu nie chodzi o prestiż.
- Ty o tym wiesz… - Mruknął. – Ale wiesz, że nie wszyscy tak do tego podchodzą.
- Chciałabym, żeby na Radości ustanowili w końcu zakaz korzystania z duszy za wynagrodzenia. To świństwo i każdy wie, że na niektórych działa krusząco.
- Faktycznie, ale według prawa jesteśmy wtedy w zawodzie i możemy starać się o zwiększenie zdolności, a nie zajmować się innymi pracami, które mogłyby jakoś zahamować nasz rozwój.
- Teraz to ty masz racje. – Podrapała się po głowie. – Mimo to myślę, że z dwojga złego lepiej jest by te usługi były chociaż ograniczone.
- Tu się zgadzamy. – Pokiwał głową, a Ewstachiusz odleciał do krainy snów. 

Komentarze