Dziennik Mashi 07.07.3109
Dziś było ciemno.
Wydawało się jakby wraz ze słońcem, całe światło zniknęło
gdzieś za horyzontem.
W pracy był spory ruch. Wieczorem stary Rufus i jakichś
trzech innych pijaków grzało krzesła, każdy przy oddzielnym stoliku. Odliczałam
do zamknięcia mając nadzieję, że żaden z szanownych gości nie zwymiotuje 5
minut przed wyjściem. Nie padało, ale chmury nocy zwiastowały jakąś burzę.
Zaklinam się, niczego nie wykrakałam, bo nie miałam pojęcia, co się stanie. I
opiszę to wszystko najdokładniej jak tylko potrafię, bo to dopiero… Ale od
początku:
Dochodziły do mnie strzępy myśli pijaków. Rozsiane po barze
odbijały się od ciebie i od ścian. Rzucane bezwładnie gdzieś za siebie czasem
składały się w jakiś ciąg, ale niemożliwym było doszukanie się algorytmu za
pomocą którego dałoby się zrozumieć o to w tym wszystkim chodzi.
1.
Drzwi uchyliły się delikatnie i do pubu weszła jakaś postać.
Jej myśli mocno mnie trafiły. To był polityk. Czasem przychodzą więc mnie to
nie zdziwiło, ale jednak było w tym coś złowieszczego. Podniosłam wzrok i już
wiedziałam. Nieskalana buzia, fantastycznie wykonana kurtka i to puste
spojrzenie które nie zdradzało niczego dobrego. To był jeden z ocalałych.
Tytanów pozostałych przy życiu była już chyba garstka, a jeden z nich stał przy
moim barze. W dodatku znieczuleniec. A do tego nie potrzeba mi było nawet
strzępka jego myśli- wystarczyło to spojrzenie niepokalane emocją.
- Piwo. – Rzucił oschle.
Miał w sobie siłę by jedną ręką wywrócić ladę. To się czuło.
Podchodząc do beczki z trunkiem doleciała do mnie myśl o tym jak błyskawicznie obmyślił
sobie zabicie wszystkich dookoła, a potem zerżnięcie mnie jak szmatę. Strateg.
Skrytobójca. Choleryk. Znieczuleniec. Dobrze obdarzony… siłą woli rzecz jasna.
Niczym więcej, bo myśl o kompleksach z powodu członka też prędko mnie dopadła.
Zdziwiłby się jakbym go wykiwała. Zaczęłam to już nawet kombinować na wszelki
wypadek, gdy wtedy drzwi wejściowe uchyliły się ponownie i do pubu wraz z
chłodnym nocnym powietrzem wleciało jakieś bardzo dziwne uczucie.
2.
Odwróciłam się do drzwi. Weszła kolejna podejrzana persona.
Czarna końska skóra. Mafia. Z Kruków i Hien. Ktoś wysoki. Podszedł szybkim
krokiem w moją stronę gdy stawałam piwo przed tamtym.
- Kobieto! Daj wody! Tylko szybko! – Zażądał.
Dzikie spojrzenie. Tropiciel. Był łowcą zdrajców. Z
pewnością nie skrytobójca. Zbyt głośny. Równie impulsywny co tamten, ale mniej
opamiętania w tym. Był popisowym mordercą. W rzeczy samej nie był tropicielem,
był kurewsko dobrym tropicielem. Styrane łapy rzuciły na ladę garść monet.
- Prędko, bo skonam jak słowo daję!
Może tak byłoby lepiej? Dałam mu całą butlę, a ten łapczywie
przechylił ją sobie do ust. Polityk myślał o nim. Tamten jeszcze nie, ale po
wypiciu połowy zawartości dostrzegł go siedzącego przecież niecałe 2 metry od
siebie. Kątem oka przyglądał się mu. Mafioza z dzikim wyzywającym wzrokiem
ogarniał go od góry do dołu. Miał wyrzutnię szpili pod oboma rękawami. Bardzo
nowoczesną. Niewidoczną dla nikogo poza mną. Dysponował mniejszą siłą i jego
zdolności obeznania sytuacji były znacznie gorsze od tamtego. Był jednak dobrze
uzbrojony i w tej sytuacji wiedział jedynie tyle, że trafił na godnego siebie
przeciwnika.
Dopił wodę i postawił pustą butelkę na ladzie. Zabrałam.
Polityk był brutalniejszy w myślach. Tamten chciał go co
najwyżej zabić, a ten pragnął chorych tortur i cierpienia. Psychol jak każdy ze
znieczuleńców.
- Czy my się znamy? – Zapytał tropiciel.
Cholera, to był jakby początek.
- Nie przypominam sobie. – Odparł ten z piwem.
- Miałem wrażenie, jakbym czuł na sobie twój wzrok. – Usiadł
po jego lewej. Włożył rękę do kieszeni i złapał za sztylet, który tam miał.
Czułam to w jego głowie, a znieczuleniec nawet dostrzegł ten ruch.
- Patrzyłem. – Przyznał perfekcyjny obserwator. Napiął swoje
zmysły, chciał wypchnąć mu krzesło spod tyłka i zrzucić na niego ladę. Uparł
się ewidentnie by ją wyrwać ze ścian i kogoś nią ukatrupić. A potem mnie
zerżnąć.
- Na co? – Zdziwił się.
- Na nic, bo tym właśnie jesteś.
Czekał na ruch i był gotowy na rozpoczęcie ataku. W tym
właśnie momencie zza nich dobiegł nas wszystkich huk.
3.
Wszyscy odwrócili się (nawet znieczuleniec był lekko
przejęty). Do pubu weszło coś śmiercionośnego. Rozwaliło tą psującą się klamkę
jednym stanowczym uderzeniem z buta, które wywołało tamten hałas. Facet
wyglądał na 30-parę lat. Ział od niego smród dziwacznej siły. Momentalnie
wyczułam tą myśl. I byłam w szoku, który ciężko było ukryć. Koleś był
utalentowany! Z samego PPU. O w mordę, jeden z Rady! Wołają na niego Kameleon. Dziarskim
krokiem szedł sobie do baru. Oni też wyczuli, że jest z nim coś nie tak. Obaj
naprężyli muskuły i zmysły. Był nieuzbrojony i widzieli to. Miał w końcu biały
podkoszulek i poszarpane bojówki. Łysy. Ale miał dar, który mu to jakoś
rekompensował. Ciężko określić jaki. Tej myśli nie miał z brzegu co oznaczało
tyle, że polega na nim w takim stopniu, że nawet nie myśli korzystając z niego.
Cholerna potęga...
- Wódki, proszę.
- Ile? – Spytałam nie patrząc mu w oczy. Szybko i
precyzyjnie, żeby nie zauważył, że już wiem co skrywa.
- Dwie butelki. – I uprzedzając wszystko i wszystkich dodał.
– Jedna dla mnie, a druga dla tego obok.
Łowca i psychopata spojrzeli na niego. Żaden nie spytał,
którego z nich ma teraz na myśli.
To na szczęście nie była moja brożka, ja powoli odwróciłam
się po zamówienie, czekając na rozwój sytuacji. Jednak w naturze takich typów
jak ten polityk leżała większa cierpliwość i wyrachowanie. Mafioza więc odezwał
się wtedy jako pierwszy.
- Ja? O mnie mówisz?
Łysy odwrócił się wtedy centralnie w ich stronę. Obaj
patrzyli mu prosto w oczy. Byli po jego prawej lecz dzieliły ich dwa wciąż
jeszcze wolne krzesła
- Mówię o tym z was, który ma chęć być hojnym i za nas
zapłacić. – Mrugnął. – To jak? Który chętny?
W milczeniu postawiłam dwie butelki. Celowo bez kieliszków.
On o nich nie myślał, nie chciałam więc niczego narzucać.
- Żaden z nas za ciebie nie zapłaci, wywłoko. Coś za jeden?
– Parsknął oburzony tropiciel. Ten obok był niewzruszony.
- A to ma teraz jakiekolwiek znaczenie? Miałem wrażenie, że
ja ciebie o to nie spytałem zanim zaproponowałem ci wspólne chlanie. Jak nie
chcesz się ze mną napić to twoja strata. Tamten obok może jest bardziej chętny,
co nie? – Zawołał do niego. Dwóch pijaków wstało wtedy i wyszło z baru patrząc
spode łba na nowo przybyłych. Wiedzieli, że szykuje się rozróba. Czułam te
myśli.
- Ma znaczenie! – Oburzył się. Wtedy zza jego pleców odezwał
się polityk.
- Pytał mnie, a nie ciebie, więc zamknij mordę i daj mnie
porozmawiać z tym degeneratem. - Tamten odwrócił się i trzymając już dwa noże w
kieszeniach przyglądał się raz jednemu raz drugiemu.
Kameleon uśmiechał się pod nosem, zadowolony ze swojej
udanej prowokacji. Zauważył te oczy. Czułam jak gardzi znieczuleńcami. Wiedział
jak wzbudzać w nich zaangażowanie w konflikt i rozniecać gniew. Nie obawia się
ich wcale. Jego myśli zdradzają, że chce się nimi tylko pobawić. – Nie dam
grosza takiej brudnej i parszywej świni jak ty. Prędzej skonam.
Tamten wybuchł śmiechem. Strateg obmyślił już szybki plan
ataku i jeszcze szybszy plan ucieczki. Nie chciał ryzykować starcia z tym
dziwakiem, podejrzewał, że jest utalentowany tylko nie mógł zrozumieć jak z
takim potencjałem przetrwał czystkę.
- Obaj jesteście strasznie niegościnni. Ja tam mogę duszkiem
wypić obie te butelki, ale wtedy podzielicie się kosztami między sobą. To wam bardziej
odpowiada?
Nastał moment ciszy. PPU jest bezkarne. Oni nie wiedzą kim
on jest, ale ja wiem. Ani on ani nikt z jego znajomych nie podlega żadnemu prawu.
Są ponad wszystko… ale niejawnie. Ten tutaj sporo ryzykował, ale to dlatego, że
jest z Rady, czyli tak jakby sam dyktuje warunki innym „swoim” i to co wolno, a
czego nie. A wolno i tak prawie wszystko.
Przytłaczająco potężny. Groźny, ale nieszalony. Mądrze
prowokujący i pewny siebie.
Łowca znów miał się wypowiedzieć lecz drzwi znów się wtedy otworzyły
i wszedł starszy facet w mundurze. Zachwycony Kameleon oblizał górną wargę.
4.
- Mamy chętnego? – Zapytał jakby do wszystkich i do nikogo.
– Drogi panie, może pan się ze mną napije? Nie lubię samemu!
Siwy wąsacz zmarszczył czoło i podszedł do niego.
Myśli kłębiły się w jego głowie. Emerytowany generał Sił
Centralnych. Rewolwerowiec. Dwudziestki ósemki. Weteran. Był w śpiączce przez
nieszczęśliwy wypadek na farmie u zięcia i w ten sposób przetrwał czystkę.
Wybudził się dwa miesiące temu. Psychicznie wciąż jakby w transie sennym, przez
co czasem bezmyślnie emocjonalny. Tragiczny przypadek. On się z nim chętnie
napije.
- Znam cię? – Zainteresował się.
- Jeszcze nie, ale przy takim mocnym trunku ludzie doskonale
się poznają. – Odparł Radny.
Tamten mruknął coś, nie pamiętam.
- Masz rację. Polejcie mi.
- Pani! – Zawołał na mnie Kameleon. – Lej, pani!
Polałam.
Wąsacz spojrzał na pozostałą dwójkę. Zainteresował się tym
psychopatą. A to ci niespodzianka. Odezwał się do niego:
-To ty, Zerto! – Wyrzucił z siebie. Znieczuleniec
wyprostował się, a mafioza zmieszał. Widział, że facet jest z wojska i bał się,
że jako stróż prawa jego też zdoła jakoś rozpoznać. Czuł, że stary ma w sobie
potencjał. Był jednak wówczas zbyt skupiony na tym drugim by zaszczycić go
choćby nawet cieniem spojrzenia.
- Skąd mnie znasz? – Syknął.
- Byłem swego czasu dowódcą twojej prywatnej ochrony. –
Mamrotał zza wąsatej gęstwiny. – Nie pamiętasz mnie?
- Nie mam pamięci do twarzy. – Rzucił bez wyrazu, zanurzając
usta w piwnej piance.
Wówczas łysy zwrócił się do tropiciela, który przyglądał się
im.
- Co? Strach obleciał, kozaczku? Może wódeczki na rozgrzeweczkę?
I tak zapłaci dziadek!
- Co? – Wykrzywił się. Kameleon odchylił się wtedy do siwego
który stanął przy jednym z wolnych krzeseł między nim, a tamtymi:
- Dziadek, płacisz, co nie?
Tamten zszokowany popatrzył po nich wszystkich próbując poskromić
atak złości, który w nim- na ten chamski zwrot- rozgorzał, a potem na mnie.
Postrzegł mnie jako „niewinną, młodą damę” chciał więc ze względu na mnie, racjonalnie
uniknąć konfrontacji z tym typem, mimo że w postępie geometrycznym czuł jak
rośnie prawdopodobieństwo na jej rychłe zaistnienie.
- Zapłacę. Ale nie tamtemu! – Pokazał palcem na polityka. –
Z całym szacunkiem, ale bez słowa wyjaśnienia pozbawiłeś pieniędzy na chleb
połowę mojego oddziału, panie Zerto. Nie mieli za co wyżywić rodzin. Gardzę
taką bezczelną opcją polityczną! Co to za rządy?
- Uuuuuuu! – Zabuczał łysy. – Słyszałeś? Masz przesrane,
znieczuleńcu. – Rzucił przez ramię wysyłając mu przy tym wyzywające spojrzenie.
- Mam to gdzieś. Praca jak każda inna, każdy jest narażony
na jej stratę. – Odparł niewzruszony.
- Ale ja nie mam. Żądam wyjaśnień!
- Nie pamiętam, o co chodzi. Po twoim wieku wnioskuję, że
jeśli coś takiego miało miejsce, to dawno.
Tak zapewne było, ale generał w psychicznej śpiączce nie brał
tego specjalnie pod uwagę. Stary naprężył zmysły. Skupił się na rewolwerze.
Czuł, że tamten też jest gotowy do starcia. W tym czasie tropiciel delikatnym
ruchem upewnił się, że wyrzutnie szpil są odbezpieczone i gotowe do wystrzału.
Trzydziestoletni szatan, parsknął:
- Politycy to takie NĘDZNE kurwy. Coś w ogóle pamiętacie?
Panie dziadku, napijmy się za ich zdrowie, żeby przypadkiem nie zapomnieli o
tym, że kiedyś i oni zdechną bez grosza przy duszy, którą zaprzedadzą.
Znieczuleniec obruszył się. Pustka w oczach zapłonęła.
Materializm jest jego piętą. I tamten to wiedział. Od samego początku.
- Co ty możesz o tym wiedzieć, podstępny szczurze? – Zwrócił
się do niego, podczas gdy wspomniany szczur wciskał w zaciśniętą pięść generała
kieliszek z wódką.
- Znałem paru takich jak ty. Znam się na skurwielach u
władzy. Twój kumpel też, co nie? – Szturchnął z łokcia cichego mafiozę. – Wy w
mafiach, też macie doświadczenie z usuwaniem takich niewygodnych wrzutów jak to
znieczulone bydle?
Zalał się zimnym potem jednocześnie płonąc gniewem. Generał
uniósł brwi.
- Mafia? Coś za jeden? – Spytał tropiciela zainteresowany nim
starzec.
- Nie radzę zaczynać… - Odparł łowca patrząc na niego
naprężony. – Jesteś za stary, nie mieszaj się w moje sprawy.
- Wiek nie ma nic do rzeczy! Gadaj. – Wyciągnął rewolwer.
On pierwszy chwycił po broń. Jeszcze nie wycelował, ale to
dla wprawionego rewolwerowca chwila.
- Uuuuuuuu! – Zabuczał Kameleon powtórnie.
Łowca wyciągnął sztylety z kieszeni, lecz wyrzutni w
rękawach nikt z nich nie widział (ani się ich nie spodziewał).
- Kruki i Hieny.
- O! Toż to dziczyzna! – Wykrzyknął Radny PPU. Pozostali
goście wraz ze starym Rufusem wyszli w pubu. Zostałam tylko ja i te cztery
nienawistne oszołomy.
To był moment w którym psychopata przestał skupiać się na
ladzie i przeniósł siłę woli na te ostre przedmioty. Planował by to nimi
rozprawić się z każdym obecnym tutaj. Zapomniał o tym, że chciał mnie jeszcze
po tym zerżnąć, ale też na jego miejscu bym o tym zapomniała.
- Szefuńciu, napijże się jeszcze! – Ponaglał go łysy. –
Dawaj, dawaj. To ułatwia celowanie z tych pukawek. Dwudziestki ósemki to nie
byle pistolecik, szeryfie.
- A ty? – Zwrócił się do niego. – Czego chcesz?
- Zabawić się. – Odparł utalentowany. – Dostarczacie mi
lepszej rozrywki niż telewizja. O tej porze leci tylko porno w kiepskiej
jakości i reklamy nulviańskich kalesonów.
- Zabawić? – Zdziwił się, generał. – Co to ma znaczyć?
- O tak, lubię adrenalinkę! – Oblizał się. – Pijmy, będzie
pyszniej!
Wtedy znieczuleniec uniósł siłą woli butelkę i cisnął nią w
podłogę. Pozostali nie wiedzieli, że to on, ale ja widziałam ten strzęp myśli
ulatującej z niego w tamtym momencie.
- Który to? – Obruszył się łysy. Po czym od razu spojrzał na
cichociemnego winowajcę. – To ty? Znieczulico? Kreaturo, a jakbym ja tobą tak
rzucił o podłogę to co? Myślę, że mniejsza strata by była niż z tej czystej, ty
brudny psie.
Wstał. Skupił się nad deskami z sufitu. Miał wystarczająco
siły by jednym mocnym pociągnięciem zawalić nam go na łby. Imponujące.
I już było o włos, bo tą sytuację chciał wykorzystać
tropiciel i siłą woli miał uruchomić wyrzutnie, gdy drzwi otworzyły się raz
jeszcze.
5.
Niebotycznie ciężka atmosfera która wisiała w powietrzu
nagle opadła. Zniknęła. W mgnieniu oka.
Wszyscy to poczuli. Ta aura… Nie do opisania. Do pubu wszedł
ktoś w czarnym płaszczu. Nie byłam w stanie pochwycić żadnego strzępu jego
myśli, bo moc jaką emanował była w tamtej chwili zbyt oszałamiająca na moje
zmysły. Mógł mieć maksymalnie 28 lat. Wszyscy obecni w myślach mieli zdziwienie
oraz krzyk rozpaczy, a potem błogą pustkę. Nikt nie miał bladego pojęcia kto
to, do cholery jest, przez co ich paskudne mordy były jeszcze bledsze niż ów brak
pojęcia.
Z każdym krokiem cała nasza piątka czuła, że gniew uchodzi z
nas jak powietrze z balonika. Emocje się kruszą. Znieczuleniec zaczął drapać
się po oczach, a pozostali odłożyli bronie. Kameleon rozdziawił szeroko gadatliwą
jadaczkę lecz milczał. W głowie każdego była zupełna, nieskalana niczym pustka.
Żadnej myśli w powietrzu. Facet podszedł do lady. Stanął pomiędzy generałem, a
mafiozą, zajmując ostatnie miejsce dzielące pierwszych dwóch czubów tego wieczoru
z ostatnimi dwoma.
- Dużo tu negatywów. Uf… Aż duszno tak trochę, prawda? –
Zwrócił się do mnie. Spojrzałam mu w oczy i to co zobaczyłam zupełnie mnie
sparaliżowało. Z białek biła biała poświata. Jednakże jakoś czułam spokój.
Jakby otulał mnie mięciutki koc. Kameleon powoli wstał. Nowo przybyły odwrócił
się wtedy w jego stronę lecz łysy nie pozwolił spojrzeć sobie w oczy i ruszył
się grzecznym krokiem do drzwi. – Dobranoc. – Rzucił nowy w jego stronę. Tamten
przystanął jak w transie. Wtedy poczułam coś intrygującego do jego głowy znikąd
wlatywały jakby szepty różnych obcych myśli. Każda inna. Żadna jego własna. Bo
ja wiem, z dziesięć w jednym momencie? Ale takich malutkich, prawie
niezauważalnych.
- Dziękuję, dobranoc. – Odparł potężny Kameleon i wyszedł w
ciszy domykając za sobą drzwi.
Wtedy pozostali odwrócili się w jednej chwili do dziwnego przybysza
i spojrzeli centralnie w jego nieśmiało błyszczące oczy.
- Starszy pan. – Zwrócił tą uwagę na głos. Był widocznie
najmłodszy z nich wszystkich więc to później wydało mi się zrozumiałe. – Skinął
na niego głową z szacunkiem. Stary rozbroił się, zapomniał o całym świecie i
również skinął na tamtego.
- Witam. – Szepnął generał ze spokojem.
- Pozwoli pan, że zachowam swoją broń pod płaszczem, mimo że
kultura nakazywałaby mi utrzymanie jej na widoku w pana obecności?
- Oczywiście, nie ma problemu. – Wyszeptał wąsacz.
Mafioza opuścił spojrzenie i także powoli przesuwał myśli w
kierunku wyjścia.
- Pan też już wychodzi? – Zwrócił się do niego.
- Tak… Chciałbym. – Mruknął jak dziecko przyłapane na
gorącym uczynku. Nowy założył spokojnie nogę na nogę.
- Szkoda. Zostanie nas tu niewielu. – Zwrócił wtedy uwagę na
znieczuleńca który w tym momencie znowu zaczął trzeć zaciekle oczy. – Wszystko
gra?
- Mmm… - Tarł.
- Halo? – Nachylił się. Tropiciel skorzystał z tej okazji, wstał
i podszedł do wyjścia prawie niezauważony. Otwierając drzwi rzucił jeszcze
ciche „dobranoc”, ale nikt oprócz mnie tego nie usłyszał.
- Działa. Wszystko gra. Tak, tak. – Jego puste spojrzenie
się rozrzedzało. Widziałam w jego myślach wiele nieskładnych pytań, jak u tych
pijaczyn które wcześniej wyszły.
- No dobra. To się nie wtrącam. - Wzruszył ramionami. – Co?
– Zapytał nagle jakby zszokowany czymś. – Ha! No popatrz. – Mówił dalej sam do
siebie. Sięgnął do kieszonki płaszcza i wyciągnął z niej szkiełko na łańcuszku.
Monokl? Nie. Miniaturowe lustereczko, ale jakieś inne. Osadził je sobie na oku,
popatrzył i pokiwał głową. – Achaaa! No nie powiedziałbym. – Wtedy zdjął go
chowając do kieszonki i ukłonił się prędko. – Wybaczcie, już jestem.
Połączenie umysłów? Niemożliwe. Nie można z niego korzystać
w stanie pełnej świadomości, a nie było niczego słyszeć, nawet strzępka myśli.
To wariat? Nie, coś innego, dziwnego. To ta niesamowita aura.
Polityk wstał trzęsąc się i pięściami atakując swoje piekące
oczy. Szedł do drzwi.
- Czy na pewno nic nie…? – Zaczął młody w płaszczu lecz nie
dokończył. W jednej chwili znieczuleniec machnął ręką i jedno z krzeseł przy
jego sile woli przeleciało od stolika przy którym stało do tajemniczego gościa i…
tamten wskoczył na nie bez trudu jeszcze w locie, usiadł na nim i zawisł wraz z
nim w powietrzu. – Niestabilne. – Wyszczerzył się do tamtego serdecznie. – Po
co te nerwy? Nie sprowokuje mnie pan. Odpowiadam dopiero po trzeciej kuli.
Chociaż w praktyce jest to zazwyczaj piąta lub szósta. – Parsknął na siebie
samego.
- Tak. – Oderwał dłonie z twarzy. – Przepraszam, to było nie
na miejscu. Dobranoc. – Wyszedł, a krzesło na którym siedział powoli opadło na
podłogę. Po czym kolejna rzecz niemal zwaliła mnie z nóg. Nie odczuwając
naprężenia zmysłów, czy też skupienia, bez ruchu ręką ani najmniejszego strzępka
myśli powędrowało na swoje miejsce.
Pomyślałam, że nigdy w życiu nie miałam do czynienia z czymś
podobnym. Odwrócił się do mnie. Znowu jego prawie świecące oczy utkwiły we
mnie.
- Już pora zamykać. – Powiedział i wszystkie krzesła
ponownie bez nawet cienia skupienia z jego strony powędrowały na swoje miejsca.
Śmieci spod stołów uniosły się i trafiły do koszy. – Pozostaje zmyć naczynia i
koniec! – Rozłożył ręce.
Bez mrugnięcia okiem.
Bez cienia wysiłku.
Bez śladu korzystania ze swojej siły.
- Mhm… - Usłyszałam swoje mruknięcie. Nie byłam
przestraszona. Nikt z nas nie był. To było coś innego. Spokój. Wyciszenie. Czy
szok? Też, ale głównie to wyciszenie. Zagłuszające wszelką myśl. Pozostawała
nam intuicja. Cisza i nasze najprostsze, szczere, wyzwolone od zła, nieskalane
niczym, czyste emocje. – To prawda. – Uśmiechnęłam się i poczułam jak wstępuje
we mnie pewność i zaufanie, a potem ciepło i ponownie te uczucie kompletnego
komfortu wypełniło mnie, ale z jeszcze większą siłą.
- To też się zmyję. Pan, pozwoli ze mną? Nie będziemy chyba
tej pani przysparzać niepotrzebnych nadgodzin? – Zwrócił się do starego.
- Tak. Chodźmy. – Rzekł zszokowany swoją otwartością. I
dodał po chwili – Porozmawiamy?
- Chętnie. – Widocznie zadowolił się tym pytaniem. – Wobec
tego, żegnamy się. – Znów skinął głową. Tym razem na mnie. Zawstydziło mnie to.
Czułam się lekko, jak… nie pamiętam kiedy wcześniej. Poczułam też napływ siły i
podbiegłam ochoczo zając się ostatnimi naczyniami by móc zamknąć pub.
- Jak to dobrze, że zdążyłem. Okropna atmosfera! – Rzucił
znowu do nikogo. – Tak, blisko było. Dobrze, dobrze. – Klepnął starego po
plecach. A ja zobaczyłam wtedy strzępek jego myśli. Poczuł ukojenie. Ten dotyk
jakby go obudził z tej śpiączki psychicznej z której dotychczas nie dał rady się
ocknąć. Ruszył do drzwi powoli lecz pewnie.
- Miłej nocy. Spokojnych snów! – Powiedział mi na pożegnanie
generał.
- Dobranoc. – Odparłam. I poczułam, jeszcze więcej chęci i
śmiałości. – Zapraszam ponownie!
Na koniec młody zaśmiał się jeszcze pod nosem:
- Po co te nerwy, ludzie!
Komentarze
Prześlij komentarz