Siedlisko (III/III).





Zac zawołał do Tristana, że zaraz powtórka z rozrywki.
Konwój przyspieszył gwałtownie wypatrując zagrożenia. Nowy był zmieszany. Nie poczuł wewnątrz siebie rycerza ani żołnierza. Zac nim był. Był snajperem na wojnie w Wietnamie. Jemu było prościej. Mało kto przypominał sobie kim był za życia, on jednak pamiętał i doświadczenie w odbytych bitwach dawało mu przewagę i czyniło prawą ręką całego ugrupowania Tristana. Albo paroma rękami. Większość z tych nieumarłych była za życia nikim. Tylko oni i ich pamięć o własnym imieniu. Tożsamości, której w rzeczywistości nie było.
Młody spojrzał na pistolet w swojej dłoni i zadał sobie pytania kluczowe w tej sprawie „po co to wszystko”, „po co tu jestem”. Każdy je zadaje, jednak przed bitwą raczej nikt. To obniża morale do tego stopnia, że zagłuszyć może nawet instynkt przetrwania. On budowany jest czasowo więc takie świeżaki jak ten tutaj nie miał go jeszcze odpowiednio ukształtowanego.
-Co ty robisz? Skup się! – Ponaglił go Tristan chodząc między załogą.
-Myślę…
-Nie ma teraz czasu na myślenie, chłopie! Głowa do okna i wypatruj!
-Po co to wszystko?
-Nie wnerwiaj mnie teraz, Młody. Śpiewasz jak dezerter. Za krótko tu jesteś żeby już się stąd zmyć.
-Masz na myśli tych, którzy wybrali śmierć? Oddali się tym potworom?
-Oj nie… Tych gorszych. – Nachylił się i szepnął mu do ucha. – Tych, którzy poszli na łatwiznę. Wybrali drogę ugody i odpuścili naszą walkę.
Po tym odsunął się od niego i sam zaczął rozglądać się z uwagą wydmom. Młody jednak nie czuł przerażenia. Wówczas czuł jedynie… Ciekawość. Mawia się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Ale czy oby na pewno zawsze tak jest?
-Ugody? Dogadali się z tymi potworami, czy jak?
-Nie drąż Młody. Jeśli tak ci się tu nie podoba, nie chcesz się wysilać, a będziesz nam jedynie wadzić to odejdź, ale ja nie chcę na to patrzeć, jasne?!
I zaczął się atak. Prawa strona autokaru została złapana oślizgłym łapskiem tego paskudnego stworzenia. Rozległy się pierwsze chybione strzały. Zaraz po nich salwa tych celnych na tego i kolejnego stwora, który wychylił się zaraz za pierwszym. Kierowca nie zwalniał. Nie wolno mu było. Każdy też z grymasem na twarzy wymachiwał bronią i strzelał na oślep w każdą stronę, gdzie tylko dostrzegał ruch. Ludzie potykali się, przewracali na siebie, krzyczeli, a niektórzy chowali po kątach. A Młody stał i patrzył na tę apokalipsę przerażony. Współczuł tym, niegdyś ludziom. Współczucie to cecha, która jako jedna z pierwszych niknie na tym świecie. Nie ma czego i komu współczuć, prócz tego w jakiej nieświadomości żyją. Trzeba współczuć tylko samemu sobie. Tego się tu uczy każdy kto (nie)żyw.
-Dokąd mam odejść?! – Krzyknął do przywódcy.
-Młody, błagam nie teraz!!! – Wrzasnął oddając pięć strzałów na lewo, po czym trzy na prawo.
Wtedy podeszła do niego dziewczyna, która się mu jeszcze nie przedstawiła. Jedna z tych, co chowają się pod siedzenie.
-Odejść z tego świata.
-Czyli jednak zastrzelić się? Albo oddać potworom dobrowolnie?
-Nie… - Zmieszała się – Nie chodzi o to by zginąć, tylko wyjść stąd.
-Wyjść? – Zaciekawił się, chłopak.
Wtedy wpadł pomiędzy nich Tristan i wymachując rękami chlusnął na Młodego wiadrem gniewu zmieszanego z adrenaliną.
-Tak, do cholery! Droga wolna! Idź na jego warunkach, tam gdzie chce. Nie potrzebuję w swojej bandzie niepewnych. I weź ją ze sobą.
-Nie chcę! – Oburzyła się.
-To strzelaj, a nie się chowasz i urządzasz pogaduszki z tym półgłówkiem!
-Tristanie! Za nami! – Krzyknął któryś i ten popędził na tyły.
-Jak chcesz to odejdź stąd, ale ja nie chcę. Nikt z nas- z tego, co mi wiadomo- nie myślał ostatnio o dezercji. – Powiedziała mu.
-Skoro możemy stąd uciec. – Wydedukował. – Czemu nikt nie chce tego zrobić? Gdzie mam iść? Co mam robić?
-Widzisz… - Stęknęła dziewczyna. – Nikt z nas nie chce się poddać. Dlatego, bo nikt nam nie będzie mówił, co mamy robić i mówić. Wysłano nas tu by skłonić nieumarłych do przemyślenia i wyjścia stąd dobrowolnie. My jednak wolimy walczyć sami o przetrwanie. To jest, sam wiesz, rycerskość i duma. Czyli ostatnie spadkobierstwo człowieczeństwa.
-Duma? Tutaj? – Zdziwił się rozglądając się na grupę piszczących, strzelających na ślepo rozbitków.
-Paradoksalnie. Ale mamy wolną wolę. Żyjemy tu na własnych zasadach. Dostajemy nawet pomoc.
-Pomoc?
-Nie dziwią cię zasobniki z bronią? – Przewróciła oczami z irytacją - Wozy, które się nie psują? Mamy przecież wsparcie z zewnątrz.
-Wsparcie? Ale od kogo?
-Od Boga oczywiście.
-Więc… to jego ostatni poligon? – Rozdziawił się Nowy.
-Skąd… Tłumaczę ci! Mamy się tu zastanowić nad alternatywą. Mamy na to wieczność. Niektórzy się na to godzą. Ci, którzy decydują się być tu na własnych zasadach dostają wsparcie.
-Bóg nas… wspiera? To on istnieje? – Zdziwił się ponownie.
-Faktycznie jesteś głupi… Oczywiście, że tak skoro wszyscy tu jesteśmy! Z tą świadomością nieumarli stają na rozstaju dróg. – Dziewczyna pochyliła się nad nim – Albo walka albo dezercja.
-Jak dokonać dezercji?
-To już ty powinieneś o tym wiedzieć. Mi nie wolno tego zdradzać. Dla mnie to żałosne. Dla każdego z nas, tak w gwoli ścisłości. – Podkreśliła.
Ktoś przerażony wpadł między nich ściskając broń. Spojrzał im w oczy, wyrwał Młodemu rewolwer i pomknął gdzieś na bok do grupy innych. Tristan ukradkiem patrzył spode łba na Nowego. Wiedział bowiem, że tamten zaraz dojdzie do wniosków i… dokona istotnego wyboru.
-Żeby mnie zabrał mam się z nim skontaktować? – Wszyscy się darli, biegali i wyrywali sobie broń. Cały ten armagedon… Jak z filmów katastroficznych, a mimo tego nikt nie klęczał i nie mamrotał tych regułek z komunii.
Czy to naprawdę… Nie może być? A może jednak?
Duma ludzka uniemożliwia podjęcie nieraz najprostszych decyzji- wybaczyć coś komuś, przyznać się do błędu tudzież po prostu ustąpić. Upór jednak to ta cecha, która grała tu pierwsze skrzypce.
Walka na śmierć i życie, wieczne zagrożenie, niebezpieczeństwo, wycieńczenie, brak przyjemności i znoszenie upokorzenia tylko by… postawić na swoim. By żyć po swojemu. Tylko my i nasze własne grzechy. To wszystko, te trudy, były czynnikami przekonującymi do podjęcia właściwej decyzji, ale mimo tego wciąż nieumarli mieli drogę wyboru i wybierali tą przegraną. Bo byli w tym świecie przystosowani do wycieńczającej walki… niemożliwej jednak do wygrania.
I wystarczyło tylko w zgiełku walki zagłuszyć wszelkie te głosy mówiące sobie „kpina, upokorzenie, żałosne!”, paść na kolana i zwrócić głowę ku niebu. Nie trzeba było nawet czekać by uderzyło zeń światło płoszące wszystkie paskudne istoty, a po wypowiedzeniu przez Młodego pierwszych słów modlitwy, uniosło jego ciało i zabrało z Siedliska raz na zawsze tam, gdzie żadna broń na nic przenigdy się nie przyda.

Bo za życia wiele złych myśli obezwładnia ludzkie głowy. Rzeczy oczywiście złe stają się oczywistym elementem codzienności tylko dlatego by móc żyć po swojemu. By nikt i nic nie dyktowało młodym bogom tego jak mają postępować. Tocząc boje z problemami i nałogami samemu, w rzeczywistości bawimy się tylko w grę do której nasze ciała zostały już wcześniej przygotowane. Wszystkie tego typu mordercze wysiłki są dziecięcymi bójkami mającymi udowodnić małym, że mogą stać się gigantami. Bez nikogo i niczego. Indywidualnie. I dostają i tak wiele. I nieraz ocierają się o sam sukces. A gdy być może kiedyś nareszcie uda im się odnieść zwycięstwo na ich własnych warunkach patrzą ze zdumieniem na wygraną przez siebie… pustynię.



mojej babci

Komentarze