Wiejska Gracja - Rozdział 4.


I rozdział końcowy.



1.       
W niedzielę widziałem go pod kościołem. Stał ubrany odświętnie jak na pierworodnego podlaskiego rolnika przystało. Zobaczył mnie i od razu wszedł w tłum wiernych, jakby ktoś nieistniejący z jego wnętrza zawołał go. Tego samego dnia pod wieczór siedziałem na podłodze w stodole. Tam gdzie zawsze, ale nie z tym co zawsze na swoich niewielkich, suchych kolanach. Nie wiem, czy bardziej dobijało mnie wspomnienie potrąconego przez samochód pupila, czy burzliwe odejście Karola. Oba przyczyniły się do tego, że coś wewnątrz mnie umarło. Jakaś beztroska cząstka chcąca jeszcze parę dni temu bawić się w wieku szesnastu lat w dom odeszła na zawsze gdy ten czwartek dobiegł końca.
Godziłem się milcząco ze wszystkim, co los miał mi teraz podesłać. A podesłał mi nieśmiałe stukanie w drzwi stodoły, gdy najmniej się tego spodziewałem.
- No? – W ten niepewny sposób zaprosiłem skruszonego gościa do środka. Przytrzymałem brązową kuleczkę by nie uciekła mi z kolan na jego widok i pogłaskałem ją kojąco i delikatnie wkładając w to resztki swojego rozbitego na drobny mak serca.
Karol stanął metr przede mną z założonymi rękoma. Widziałem to tylko kątem oka. Zupełnie nie miałem ochoty, ani też odwagi cywilnej żeby podnieść na niego spojrzenie. Ugrzęzło ono w brązowości futerka, które wciąż delikatnie próbowało czmychnąć z moich kolan do najbliższej dziury.
- Tomek, słuchaj. – Zaczął niepewnie, a jednak tak pewnie na ile mnie nie byłoby stać. -  Sorry za tamto nad rzeką. Trochę może wyszło głupio. Ja nie wiedziałem. To znaczy, wiesz. Domyślałem się trochę, ale no z drugiej strony, no, co? Miałem tak spytać? Tak prosto w twarz? Kurde.
Kurde. Wiem, kurde.
Wypuścił powietrze z płuc i jakby z większą płynnością dodał:
- Przykro mi z powodu psa. Straszna szkoda, w dodatku jeszcze ta sytuacja nad rzeką. Wiesz, ja jestem normalny, mi się podobają dziewczyny. Nic do ciebie nie mam, ale nie gap się na mnie tak, ani nie myśl, że ja coś ten tego. Bo nie. – I z wybitnie podlaskim akcentem spytał: - Rozumiesz, co nie?
- Ta. – Mruknąłem. Szczeniak się uspokoił, a ja… A ja miałem ochotę zniknąć z tego świata. Już nawet nie do dziury w podłodze. Najlepiej byłoby razem ze swoim Kuzynem usiąść gdzieś w kąciku innego świata i odłączyć w głowie kabelek ze świadomością tego świata.
- No dobra. Może jeszcze będę wpadał, jeśli ci to nie będzie przeszkadzać. Teraz tak tylko przyszedłem, bo widziałem cię przy kościele i tak pomyślałem, że może przeproszę.
Przeprosił? „Sorry”, to przeprosiny?
- Nie ma sprawy. – Westchnąłem. On cofnął się do drzwi i bez słowa zniknął za ich progiem.
Nie wpadał. Ani tego tygodnia, ani miesiąca, ani lata. Ani nigdy więcej. Niby jego koledzy wrócili z wakacji i wspólnie chodzili pograć w nogę na polu u jednego z nich, ale przecież widziałem, jak przerzucał gnój, a potem wracał zrezygnowany i znudzony do domu. Tą plotę przekazał mojej mamie jego tata, gdy ta spytała (bez mojej wiedzy) o to, czemu już do mnie nie wpada. To znaczyło, że chociaż się przed nimi o mnie nie wygadał. Chyba.
Żal mi było, że sprawy tak się potoczyły, ale czego więcej można było się spodziewać. Nigdy nie należałem do niepoprawnych optymistów i tak czułem w kościach, że to się dobrze nie może skończyć. Skończyło się neutralnie jak dla mnie. Trochę się zawiodłem, ale nie pierwszy, ani nie ostatni raz. Mój mentalny wiek niedługo później dobił emerytury i kiedy w październiku śpiewali mi sto lat czułem, że do stu to już mi niedaleko. Psychiczny wiek przekroczył magiczną granicę pełnoletności i nie bawiłem się ani w wojnę ani w dom. Chociaż może jeszcze mnie to czeka?

Najgorsze było jednak to wspomnienie, gdy stał oparty o płot patrząc na mnie, jak stałem nad świeżym grobem mojego psiego przyjaciela. Pomimo tego jak widocznie było mu smutno z powodu nieszczęśliwego wypadku jednak w jego oczach widziałem ten wstręt. Skierowany do mnie i tego jakim jestem pedałem. Gdyby nie śmierć Kuzyna, pewnie wcale już by się do mnie nie odezwał. Jakby nie patrzeć taki jest urok naszej polskiej wsi. Mimo budującej się przyjacielskiej więzi, tak niewiele potrzeba było by to wszystko legło w gruzach. Czy w ogóle miało znaczenie kim byłem? Czy cokolwiek miało znaczenie oprócz tego, że byłem pedałem? Najwidoczniej nie. Najwidoczniej tak właśnie wygląda tolerancja dla homoseksualizmu w małych miejscowościach.



Komentarze