Wiejska Gracja - Rozdział 3.


Zaspoilerowałbym, ale nie będę taką świnią...




1.       
Ten wieczór (z przerwą na dojenie krów) przesiedzieliśmy wspólnie w wielkiej psiej kryjówce, pieszcząc małego Kuzyna i garstkę jego pobratymców. Byliśmy jak ojcowie, a one jak nasze dzieciaczki. Jakbyśmy byli dziewczynkami mogłybyśmy się nawet pobawić w dom. Na zabawę w dom nigdy nie jest się za starym. Chłopaki jednak woleli zawsze bawić się w wojnę albo czarodziejów. Na to również nigdy nie jest za późno. W dodatku, to było bardziej na miejscu. Nie ukrywam, że nawet ja z moim iście pacyfistycznym podejściem wolałem taką formę zabawy z kolegami, ale tamtego letniego wieczoru, nawet bycie generałem czarnoksiężników w wielkiej wojnie druidów nie byłoby lepsze od babskiej zabawy w dom. Jakby się uparł mógłbym nawet być mamą- chociaż niechętnie.
Następnego ranka zanim przyszedł było późne popołudnie. Wiem to, bo każda minuta czekania zdawała się nie mieć końca. Okazało się, że przywieźli stogi siana skądś tam i coś tam, coś tam. To było bez znaczenia. Ważne było tylko to, że znowu mogłem patrzeć w jego zielone oczy i nie najprostszy, choć bielutki uśmiech gdy opowiadał o swoich sprawach. Byłem na tyle realistą, że w pełni zdawałem sobie sprawę, że ten związek byłby z góry skazany na porażkę, ale jednak ta część mnie lubiąca się bawić w czarodziejów i wojnę była na tyle silna by marzyć o wieczności z nim, gdy tylko otwierał usta by cokolwiek powiedzieć. Coraz więcej trudu sprawiało mi odwracanie wzroku i nie-gapienie się na niego. Coraz bliżej było mi do zupełnego zauroczenia się jego osobą, o ile już nie miało to miejsca.
Wczorajsze szczeniaki już się go nie bały, na czele z Kuzynem przywitały go malutkimi języczkami, gdy tylko pojawił się w drzwiach stodoły, mimo że z tak wielkim opóźnieniem. Parę innych dołączyło do nich widząc, jak jego silne dłonie potrafią czule pieścić futerko za uszami. Nawet ja bym się nie oparł, chociaż moich uszu nikt nie powinien tykać, bo mam łaskotki.
Zaraz było dojenie i jakoś tak dzień minął szybko. Za szybko. W dodatku zabawa ze stogami wymęczyła go tak, że już o 21 zabrał się do siebie. Czułem taki miażdżący niedosyt. Ale czego ja oczekiwałem? No czego?
To był czwartek. Ktoś w niebie włączył piekarnik i było jeszcze gorzej niż w dniu, w którym poznałem Karola. Wczesnym popołudniem (a nie jakąś straszną 16:30) wszedł śmiało do stodoły z kocem pod ramieniem oraz bananem na twarzy i zarządził wyprawę nad rzekę. Ze względu na warunki atmosferyczne, ta propozycja nie mogła zostać odrzucona przez żadne veto. Pożegnałem pieski, zamknąłem drzwi i żwawo ruszyliśmy z nie-moim Nie-adonisem na pole. Idąc opowiadałem mu o filmie jaki leciał poprzedniego wieczoru w telewizji. To był jakiś niskobudżetowy horror o gnomach. Był tak beznadziejny, że aż musiałem mu o nim opowiedzieć. Nie pochwycił bakcyla, ale trudno. Liczyło się jego towarzystwo i samo ono starczało do mojej pełnej satysfakcji.
- Mam takie pytanie. – Usłyszałem i z niepokojem stwierdziłem, że to mój głos.
- Wal śmiało.
Nie miałem ochoty walić śmiało. O nie. Co mi do łba strzeliło?
- Czy ty masz dziewczynę?
- Nie, a co? – Spytał podejrzliwie. Czy on już wiedział? To była podstawa do tego żeby zaczął się domyślać. Dramat. Ba, dramat miał się dopiero zacząć.
- A nic, tak tylko pytam z ciekawości. – I mogłem uciąć wątek, ale po co? Przecież lepiej się jeszcze bardziej skompromitować. – Jesteś strasznie przystojny i ogólnie sympatyczny, to dziwne, że jesteś mimo to sam.
- Wiesz… - Odwrócił wzrok. Boże, czy on już wtedy wiedział. Ja pewnie bym się już domyślił. – We wsi żadnej fajnej nie ma, a w szkole jakoś tak… Nic ciekawego.
Nic ciekawego.
- No tak. Rozumiem.
Przeszliśmy szosę. Rzucił koc na ziemię. Panowała niezręczna cisza. On już wiedział. Musiał. No, bo kto by się nie domyślił?
Podszedł do brzegu i już miał zdejmować koszulkę, kiedy odwrócił się i wiesz co zobaczył? Moje spojrzenie. Nawet nie to. Gorzej. Moje gapienie się.
- No co? – Zapytał nerwowo.
Wiedział. Boże, on już wiedział
- Ech… - Westchnąłem zamykając oczy. – Nie. Tak tylko ten…
- Co „ten”? - Spytał podchodząc do mnie ewidentnie zły. – No co?!
I wtedy wszystko prysło. Wtedy przekląłem moment, w którym nie udawałem, że mnie nie ma, kiedy zapukał do stodoły po majestatycznym przerzucaniu gnoju. Wtedy przekląłem brak umiejętności zmienienia się w mysz lub szczenię i wpełźnięcia do jednej z dziur w drewnianej podłodze. Wtedy przekląłem też ten moment w którym żegnałem psiaki zamykając tuż przed Kuzynem drzwi. Nie przejmując się jego niedopieszczoną i spanikowaną minką.
- Nic.
- Przecież widziałem! Już nieraz tak mi się przyglądałeś. Jesteś pedałem, czy co?
- To nie tak… Cholera. – Wszystko się posypało. Ryczałbym, gdyby nie ten szok i przerażenie, które wypełniło mnie. Gdyby nie zimny pot na rękach i trzęsące się z poruszenia kolana. Gdyby nie pisk opon na szosie.
Odwróciłem się i zobaczyłem starszego fiata. Hamującego, ale chwilę później wciskającego gaz do dechy i odjeżdżającego w miasto. Zajęło mnie to. Coś w głowie szepnęło, żebym ruszył tam swój przerażony tyłek. Po paru krokach dostrzegłem ciemny kształt na jezdni w miejscu hamowania auta. Przyspieszyłem. Kolejne parę i kształt nabrał szarości. Przyspieszyłem. Gdy zauważyłem ten puchaty pyszczek biegłem już tam jak na złamanie karku. Padłem na kolana. Chwilę później rozejrzałem się i wszedłem na szosę by schylić się i podnieść to, co na niej leżało. Wiesz, co to było.
Miał lekko uchylone oczka i język wystający z pyszczka. Łapki leżały skrzyżowane ze sobą. Brzuszek jak bąbelek, a ogonek podkulony. Moje maleństwo. Mój Kuzynek.
Wtedy już nic nie stało na przeszkodzie, żeby zalać się łzami. Mój ukochany szczeniaczek leżał martwy na moich kolanach. Na których jeszcze kwadrans temu głaskałem go po malutkiej główce, a on zadowolony rozciągał się patrząc mi w oczy taki głupiutki. Taki szczęśliwy.
Łkałem na głos przez parę minut. Przejechały ze dwa samochody. Ani one, ani czas nie zatrzymały się wtedy chociaż miałem wrażenie, jakby zegar mojego serca przystanął. Gdy znów ruszył odwróciłem się. Karola nie było. Zniknął też koc. Zostałem sam.
Jak na golgotę, zalany potem i łzami, szedłem polem w skwarze niosąc na rękach swój mały, psi krzyż. Opuszczony i kompletnie załamany. Gdy dotarłem do domu okazało się, że rodziców nie ma. Najpewniej pojechali do miasta.
Zaniosłem mojego małego przyjaciela na tył podwórka. Położyłem jego bezwładne ciałko na ziemi. Poszedłem po łopatę do szopy i zacząłem kopać. Na moje zapłakane oko było z milion stopni. Dawno nie rozkopywana ziemia była strasznie twarda i zupełnie nie ułatwiała mi pracy. Minęło dobre kilkadziesiąt minut zanim udało mi się zrobić na tyle dużą jamę by niewielkie ciałko Kuzyna zmieściło się tam i mogło zostać zasypane. Trochę jeszcze pogłębiłem dół i było idealnie. Wytarłem nos w koszulkę, po czym dokonałem pogrzebu.
Stojąc nad kopczykiem powoli otrząsnąwszy się z łez, odwróciłem głowę instynktownie i zobaczyłem zmieszane spojrzenie syna sąsiada zza namiastki płotu. Żal i współczucie zmieszane z pogardą i obrzydzeniem malowało się wyraźnie na jego twarzy. Gdy zajrzał w moje załamane oczy odszedł do obory z której najprawdopodobniej jeszcze chwilę temu wyszedł. Mogło być tak pięknie. Ten dzień mógł być taki cudowny, taki… ale taki nie był.




Komentarze