Wiejska Gracja - Rozdział 2.
Kontynuujmy:
1.
Wieczorem
Karol wpadł tak jak zapowiadał. Psy ponownie pouciekały gdy tylko postawił
stopę przed wejściem do stodoły. Pachniał mielonymi domowej roboty i mizerią. I jeszcze trochę gnojem.
Rozmawialiśmy o wsi.
Trochę o jego szkole. Grał w piłkę (tak bardzo oryginalnie, nieprawdaż?) w
drużynie szkolnej. Opowiadał o swoich osiągnięciach i jakichś innych mniej
ciekawych kwestiach ze świata sportowego. Ja fanem sportu nie byłem, ale od
pierwszego wejrzenia byłem niewątpliwie jego najzagorzalszym z fanów. Jeśli na
którymkolwiek z jego meczy jakiś kretyn na trybunach wymachiwałby własnoręcznie
zrobionym transparentem z jego imieniem- to byłbym ja. Oczywiste było to, że
nie słuchałem tego co mi opowiadał ze względu na zainteresowanie tematem.
Zainteresowany byłem tylko nim i wszystkim tym, co było z nim związane. Nie
wiem, czy któryś z kolegów z drużyny, czy nawet ze szkoły wpatrywał się mu tak
głęboko w oczy jak robiłem to ja. Nie zapytał o to, więc najwidoczniej nie
zwróciło to jego szczególnej uwagi.
Posiedział tak do 22 po
czym stwierdził, że rano musi wstać, bo krowy i coś tam, więc po kumpelsku
przybił piątkę i oddaliliśmy się do swoich domów. Psy bowiem już spały więc też
nie miałem nic więcej do roboty tamtego wieczoru, jak tylko oddalić się do
siebie. Zastałem matkę przed telewizorem. Leciał jakiś maraton kabaretowy z
ostatnich lat. Nic zajmującego, ale lepsze to niż melodramaty historyczne na
dwójce. Przynajmniej jej zdaniem.
- Gdzie żeś był? –
Spytała na mój widok.
- Siedziałem z psami w
stodole, przecież wiesz.
- Ale tyle czasu? –
Zdziwiła się.
- No. – Po czym dodałem.
– Poza tym wpadł sąsiad i trochę gadaliśmy.
- Sąsiad? – Powtórnie
uniosła brwi. – Syn Andrzeja?
- No, Karol. –
Zakładając, że on właśnie był synem Andrzeja.
- On chyba jest w twoim
wieku, co nie?
- Rok starszy. – O ile pamięć mnie nie myli, tak właśnie
odpowiedziałem.
- No to w końcu może
znajdziesz jakieś towarzystwo. – Stwierdziła odwracając spojrzenie na ekran,
gdzie na scenę właśnie wchodziła kolejna grupa błaznów.
- Oby. Bo zanudzić się tu
można… - Mruknąłem siadając obok niej na kanapie. Niby coś tam oglądałem, ale jak
pewnie się domyślasz, moje myśli krążyły wówczas zupełnie gdzieś indziej.
Plus-minus trzydzieści metrów ode mnie stał dom, w którym dokładnie teraz miał
spać on.
Rankiem
(godzina 11) po wygramoleniu się z wyrka zjadłem śniadanie, napiłem się zimnego
soku ze świeżych jabłek, złapałem karmę dla szczeniaków (na którą, w
przeciwieństwie do obróżek, było mnie stać) i pognałem do ich przerośniętej
budy.
Jeszcze nie zdążyłem
dobrze wejść, a stadko wesołych, piszczących pyszczków uprawiało tańce pod moimi
nogami uniemożliwiając mi ruch na przód. Gdy już mi się to udało, nasypałem im
tego, co miałem do miski i obserwowałem ich pałaszujących. Pogoda była lepsza,
bo nie było takiej duchoty, ale całkiem porównywalna do tej z poprzedniego dnia.
W misce woda jeszcze była. Kolejne popołudnie w zwierzyńcu zapowiadało się jak
zwykle. Ledwo zdążyłem pomyśleć o synu sąsiada, gdy ten wychylił głowę zza
drzwi, w ciszy przyglądając się łakomym maluchom. To była jednak tylko chwila,
bo matki szybko go dostrzegły i zmykając na boki przykuły uwagę młodych, które
zorientowawszy się, co jest grane, pędem wskoczyły do swoich nor.
- Cholera… Ale chociaż je
zobaczyłem. – Zaśmiał się serdecznie, Karol. – Siemanko! – Podszedł ściskając
mi rękę. Wtedy pachniał już bardziej krowim mlekiem niż gnojem.
- Cześć. Masz przerwę? –
Zapytałem.
- Mam przerwę kiedy chcę,
chyba że jest do roboty coś ważniejszego. Rano i wieczór przeważnie jest
najgorszy, a reszta ujdzie.
- Rozumiem.
- Wybierasz się nad
rzekę? – Spytał za chwilę. Za polem płynie rzeka, chociaż nigdy nie pamiętam
jej nazwy, ale zawsze kiedy jedzie się do miasta trzeba ją przejechać. Nigdy
jednak wcześniej się tam nie wybierałem, bo i po co?
- Raczej nie planowałem.
– Stwierdziłem szczerze. – A ty?
- No poszedłbym, bo w
taką pogodę to żal się tam nie ochłodzić.
- Wcześniej tam nie chodziłem.
Są jakieś fajne miejsca?
- No pewnie! – Pokiwał
głową entuzjastycznie. – Idziemy polami, potem przechodzimy szosą i tam jest
świetnie.
- W porządku. Brzmi
nieźle. – Brzmiało nieźle. – Skoczę tylko do domu i powiem, gdzie będę żeby
mnie potem nie szukali gdyby znowu zasięgu zabrakło. – Takie były bowiem uroki
chodzenia po polu.
- Na spokojnie. Dopiero
południe. Pomogę jeszcze trochę tacie i jak będę już całkiem wolny to przyjdę i
skoczymy.
O
rany! O matko! O tak!
- Spoko. Bez pośpiechu.
Przybił piątkę i wyszedł,
a ja znowu przyłapałem się na… marzeniach.
Wrócił
za pół godziny z kocem pod pachą. Założył wczorajszy podkoszulek i krótkie
spodenki w stylu hawajskim. Też takie miałem, ale moje były w kratę, a jego (o
zgrozo) w kwiatki. Zamknąłem drzwi od stodoły upewniając się, że same się nie
otworzą, po czym wspólnie ruszyliśmy na pola.
- Czemu zamykasz stodołę?
– Spytał. Na pewno zauważył, że to zupełnie bez sensu, bo nie było w niej nic
wartościowego, a w dodatku była cała dziurawa.
- Psy przeważnie idą za
mną kiedy wychodzę, co prawda wychodzą parę metrów po czym wracają, ale boję
się żeby żaden z nich nie zapuścił się za mną bliżej domu, bo jeszcze zejdzie
na ulice i coś mu się stanie. – Wyjaśniłem. – Mogłyby niby wyjść inną dziurą,
ale jeszcze na to nie wpadły. – Zaśmiałem się.
- No tak. – Pokiwał
głową. Dopiero wtedy zwróciłem uwagę, że oczy miał zielone. Niby poprzedniego
dnia wpatrywałem się w nie jak zahipnotyzowany, ale jakoś zupełnie tego nie
odnotowałem.
Przeszliśmy pole gadając
o niczym konkretnym, potem przekroczyliśmy szosę i znaleźliśmy się nad rzeką.
Karol rzucił koc na ziemię, podszedł do brzegu zarośniętego wysoką trawą.
Złapał ją rękoma z obu stron i wyrwał naprężając przy tym muskuły. Nic
wielkiego, dla mnie jednak było to niesamowicie imponujące. Odrzucił je na bok,
zdjął podkoszulek odsłaniając fantastycznie zbudowane mięśnie pleców i powoli
wszedł do wody. Gdy sięgała mu do kolan odwrócił się i zawołał na mnie.
- Chodź! Mówiłem, że
płytko! – Przykucnął w wodzie na chwilę. W szkole mówili kiedyś, żeby tak
szybko nie wchodzić do zimnego, bo można doznać szoku termicznego. On jednak
tylko potrząsnął swoim boskim ciałem i westchnął z impetem. Zdjąłem koszulkę,
którą jeszcze miałem wtedy na sobie i chwilę później nieco skrępowany
drobnością swojego marnego ciała wszedłem do rzeki za nim. Woda była czysta,
płynęła z lekkim nurtem zupełnie nie tak rwącym jak te w amerykańskich filmach
akcji. Może dlatego, że to tylko Polska? Była też zimna, ale nie lodowato, a
kojąco. Upał był porównywalny do wczorajszego. Gdybym poprzedniego dnia
wiedział o tym miejscu to z pewnością spędziłbym go zupełnie inaczej.
- Hm? – Mruknął. Zdałem
sobie sprawę, że gapię się na jego klatę.
- A nie nic. Tak się
tylko zamyśliłem. – Powiedziałem nerwowo, po czym dodałem: - Masz niezłą
muskulaturę. Mało kto w naszym wieku taką ma.
- Heh! – Parsknął. –
Dzięki. To przez prace na gospodarstwie.
- No tak. – Ale wtopa. Co za wstyd. Kompromitacja!
Chyba nie podejrzewał
wtedy. A może? Na szczęście udało mi się zmienić temat. Zagadałem o ten
wieczorny kabaret. Okazało się fartownie, że też przed snem widział skecz z
radiem. Co prawda w mojej opinii był mocno przekoloryzowany, ale jego rozbawił,
przez co szybko zapomniał o moich ślepiach na swoim pięknym ciele.
Posiedzieliśmy
tak z godzinę, po czym odświeżeni wróciliśmy polami do stodoły. Gdy wchodziłem
psy tradycyjnie biegły w moją stronę, chwilę później jednak zorientowały się,
że nie jestem sam i zawahały się. Przykucnąłem nawołując i Kuzyn oraz trójka
jego rodzeństwa przyleciały do mnie pomimo obecności Karola.
- Schyl się, może nie
uciekną. – Powiedziałem trzymając już na kolanach swojego ulubionego szarego
szczeniaczka. Ten przykucnął za mną i zza mojego prawego ramienia wysunął rękę
by pogłaskać malucha. Czułem jakby tą ręką obejmował mnie. Miałem ochotę
odchylić się do tyłu i wpaść w jego cudowne ramiona, ale zwalczyłem tą pokusę.
Nie chciałem naruszać tej chwili w żaden sposób.
Komentarze
Prześlij komentarz