Wiejska Gracja - Rozdział 1.
Jestem.
Mam dużo do roboty więc zaczynam bez zbędnego pitu-pitu.
Zostawiam ci dziś do czytania ochłap.
Opowiadanie Wiejska Gracja miało pójść na konkurs dziennikarski o tematyce "życie osób LGBT w mniejszych miejscowościach" (czy coś w tym stylu), ale okazało się, że jest ZA DŁUGIE (kpina). Z racji tego, że podoba mi się i nie zamierzam odkładać go na półkę bez uprzedniego opublikowania go jakiemuś gronu czytelników, wstawiam je tutaj.
Tego typu dzieł jest i będzie tu mało, bo uważam, że jakkolwiek bliski by mi nie był ten temat, to jednak nie należy poświęcać mu większej uwagi od pozostałych (w mojej opinii również bardziej istotnych) dziedzin życia.
1.
Jeśli
można przerzucać gnój z gracją, on robił to właśnie tak.
Patrzyłem przez sztalugi
naszego rozsypującego się, drewnianego płotu na to jak umięśnione, przyodziane
w podkoszulek, ramiona przystojnego chłopaka z sąsiedztwa robiły to właśnie
tak. Z gracją. Otarł zmęczone czoło opierając się na widłach by po chwili
kontynuować swoją robotę.
Głupio było tak patrzeć.
Z jednej strony strasznie krępująca sytuacja, z drugiej tak wyzwalająco-przyjemna i relaksująca. Nie byłem w stanie powstrzymać się w tamte beztroskie
dni, gdy przyjeżdżałem z rodzicami na tę zabitą dechami, podlaską wiochę.
Miałem wówczas jakieś 15 lat. Może 16? Mentalnie emeryt, psychicznie
przedszkolak, fizycznie… faktycznie dałbym sobie 15.
W takich miejscach, gdzie
prąd odłącza się podczas byle większego deszczu, a telewizja naziemna śnieży
jak pod Moskwą w 1945, nie ma zbyt wielu rozrywek dla nastolatka wychowanego w
miejskim zgiełku stolicy. Nawet gdy to jedynie stolica Polski.
Tamto lato było wyjątkowe
na parę osobliwych względów. Po pierwsze, było to pierwsze lato bez dziadka.
Będąc szczerym- dziadka i tak praktycznie nie było, bo całe dnie spędzał on w
upojnym towarzystwie swojej dobrej koleżanki- gorzałki. Zimą owa koleżanka
stwierdziła, że pomoże mu wydostać się z tego padołu łez. Wiedzieliśmy, że ten
czas w końcu nadejdzie, mimo to zawsze jest to pewien bolesny szok. Po drugie
oszczeniły się dwie suki. Nazwałbym je swoimi, ale skłamałbym wówczas. Były
przybłędami, które szwendały się lasami, polami i wsią. Niechciane i ganiane
przez spitych wieśniaków jak szkodniki, którymi pewnie były gdy zapewne
niejednokrotnie chwytały za gardła ich biegających samopas kurczaków. Gdy
przyjeżdżaliśmy z familią na wieś, owe suki chętnie przychodziły do mnie. Co
poradzę, że psy zawsze do mnie lgnęły, a ja do nich? Może powinienem być
rozważniejszy i nie karmić ich, ani nie zbliżać się, bo choroby, bo dzicz, bo
coś tam, ale ja, jak na mentalnie wiekowego dziadka, wciąż byłem psychicznym
dzieciątkiem więc absolutnie nie przejmowałem się tym. Najwyżej by udziabały,
choć do dziś żaden tego nie uczynił. Tamto lato pomnożyło ilość czworonożnych,
psowatych nomadów aż ośmiokrotnie. Wszystkie one zamieszkiwały rozsypującą się
stodołę świętej pamięci dziadka. Tak na oko, nie była ona domem dla żadnych
zwierząt prócz polnych myszy przez ostatnie 20 lat, więc było to dla niej być
może bardziej wyjątkowe lato niż dla mnie. Z pewnością najżywsze od około dwóch
dekad. Po trzecie (i ostatnie) w słońcu było chyba ze 40 stopni. Co za skwar...
Szukając w te upalne dni
jakiegokolwiek zajęcia na zewnątrz całkiem przypadkowo, siedząc w dziurawej jak
sito stodole ujrzałem jego. Psy najpewniej przyzwyczaiły się do jego obecności
nawet bardziej niż mojej, ale dla mnie był zjawiskiem. Porównywalnym do 16
przeuroczych szczeniaków w jednej zakurzonej i opuszczonej stodole, ale
bardziej seksownym.
Karmienie psów i
siedzenie przy nich było dobrym pretekstem by zniknąć z oczu domowników i móc
paść spojrzenie jego widokiem. On wówczas zupełnie nieświadomy obserwował tylko
jak pasły się jego krowy.
Szatyn. Włosy ciemne jak
nocne, letnie niebo. Oczu nie widziałem, ale wraz z wyraźnymi rysami na twarzy
tworzyły wyśmienity kolaż. Dałbym mu 17 lat, bo z tych ledwo widocznych oczu
nie patrzył na świat jak ci, którzy przebyli już swoją magiczną granicę
pełnoletności. Ramiona umięśnione, a bary szerokie. Nieco niżej luźny, niegdyś
biały podkoszulek spod którego widać było ten
tors. Jeszcze niżej potężne łydki wychodziły z krótkich, ubłoconych i lekko
obdartych od dołu nogawek jeansów. I crocsy. Tak, w tamtych latach też jak
widać były produkowane i nie, nie jest to lokowanie produktu.
Adonisem nie był, ale
trafiał w mój młodzieńczy gust lepiej niż jakakolwiek białogłowa. 15 lat
(fizycznie), a już marzyłem by mieć u boku faceta. Takiego jak ten zza tego,
pożal się Boże, płotu. Dziwiło mnie, gdy w internecie czytałem, że
homoseksualizm odkrywa się w wieku 20 lat. Coś ze mną było najwidoczniej nie
tak, bo będąc jeszcze w gimnazjum mocno rozważałem swoją orientację, a pod jego
koniec byłem już pewny, że żony mieć nie będę.
Z rodzicami nie gadałem o
tym, bo sądziłem, że przyjdzie na to jeszcze czas, a póki co ani oni, ani ja
nie byliśmy na to gotowi. Ciekaw byłem, podglądając swojego amanta, czy on
kiedyś myślał o przebywaniu u boku faceta bardziej niż tylko w charakterze
kumpla lub przyjaciela.
Słońce przygrzewało. Cień
sztalugi płotu po części zakrywał mi twarz przez co odczuwalnie było tylko 30
stopni. Tylko. Czułem się jak zboczeniec, ale jakby on wiedział co robię nie miałby
wątpliwości, że nikim więcej nie jestem.
Nastoletni zboczeniec, co
za czasy… Wszystko zrzucam na mentalność emeryta- z nią niewątpliwie wszystko
jest możliwe! I na internet, a niech go szlag!
Psy leżały dysząc jak
zabawki porozrzucane po przedszkolu o godzinie 17-stej, kiedy to zadręczone
prawie na śmierć przedszkolanki urządzają sobie polowanie na nie po całym dniu
dzikiej egzystencji zgrai rozwydrzonych maluchów. Płacą im za to, zabawkom nikt
nie płaci, bo nie mają dusz, jednak gdyby je miały to ich wynagrodzenie
musiałoby być pięciokrotnie wyższe niż opiekunek, które je potem zbierają.
Co raz jakiś zwierz
zrywał się na równe łapy i z impetem gryzł swoje futro lub okładał swoje ucho
tylną łapą jak zawodowy bokser masochista. Pchły.
Oczywiste, w końcu to przybłędy. Kupowanie
szesnastu obroży przeciwpchelnych to nie na moje kieszonkowe. Po czym
doszedłem do wniosku, że licząc sucze matki, byłoby ich nawet osiemnaście. Taki
to kraj, gdzie nawet szczeniak ze stolicy nie ma na tyle kieszonkowego by z dobrego
serca odpchlić przybłędne psiaki z własnej stodoły.
Gnój przerzucony. Mój
wyśniony mąż westchnął raz jeszcze przecierając spocone czoło dłonią. Jakbym
wówczas podszedł doń z białą chustą na otarcie jego spracowanego ciała to
dopiero byłyby jaja, ale kuszące byłoby zrobienie tego w tamto gorące
popołudnie. Oj tak, kuszące.
Jego głowa powędrowała
dokoła i ku mojemu przerażeniu zastygła w miejscu gdzie siedziałem ja- bezwstydny
nastoletni zboczeniec. Niewiele myśląc zerwałem się wskakując za większą
ściankę by nie zostać zauważony, chociaż najpewniej było już za późno. A mogłem
się nie ruszać i udawać, że usnąłem jeśli podszedłby bliżej by się przyjrzeć.
Zająłem się psami, jakby
było faktycznie czym- wszystkie były ofiarami słońca i spały wycieńczone żarem,
który lał się z nieba. Wytropiłem wśród nich swojego pupila. Wszystkie
szesnaście kochałem jak swoje dzieci, których nigdy nie będę mieć, ale jednak
ten jeden był dla mnie naj. Nazwałem
go Kuzyn. Nie miało to żadnej genezy, ani historii. Zwyczajnie to imię bardzo
mi do niego pasowało. Miał szary, puchaty pyszczek i był chyba najzgrabniejszy
ze wszystkich szczeniąt. Mógłby być modelem, ale nie było mu to dane, więc do
końca swych (jak się potem okazało) dość krótkich dni był jedynie Kuzynem.
Smutne.
Przebudzony moim
głaskaniem wgramolił mi się na kolana i pogrążył się w dalszej drzemce. Wtedy
usłyszałem nieśmiały stuk jakieś 6 metrów przed sobą, gdzie było wejście do
stodoły. Mimo, że była ona dziurawa jak szlachetny szwajcarski ser to nie
widziałem kto to, chociaż obawiałem się, tego, że to ten o którym wtedy
myślałem. Psy w mgnieniu oka jak na komendę, której nikt ich nie nauczył
powstały wgapiając się w kierunku skąd doszedł do nas ów tajemniczy dźwięk.
Ponowne, śmielsze stuknięcie wszystkie z nich wypłoszyło do niezliczonych dziur
w drewnianej podłodze. W mgnieniu oka Kuzyn czmychnął z moich kolan i
siedziałem sam jak sierotka Marysia na podłodze po środku stodoły. Żałowałem, że
w żadnej z tych kryjówek nie było miejsca dla mnie.
- Kto tam? – Zebrałem się
na odwagę by spytać.
- Sąsiad. – Usłyszałem i
serce momentalnie podskoczyło do gardła. Bynajmniej nie był to sąsiad-sąsiad
czyli właściciel sąsiedniego domu, prawie pięćdziesięcioletni rolnik, a już na
pewno nie jego żona. Oboje nie mieli tak młodego, a zarazem męskiego, głosu.
- Wchodź śmiało. –
Zaprosiłem tak śmiało, że sam się tej śmiałości wystraszyłem.
Drzwi uchyliły się i zza
nich w łunie słonecznej żarówy wyłoniła się sylwetka nie-mojego Nie-adonisa.
Mógłbym opisywać jak na jego widok spociło się moje mizerne ciałko, ale i tak
nie oddałoby to tego, jak faktycznie zlało się ono potem, a i tak było już nim zlane
nieźle. Było przecież grubo ponad 30 stopni w słońcu. Dla niego, pracującego w
pocie czoła, pewnie i ze 40.
Wykonał parę kroków w
moim kierunku wyciągając dłoń. Moja była spocona i śmierdząca szczenięcym
futrem i kurzem, ale jego najpewniej gnojem, więc nie musiałem martwić się o
to, że jakoś specjalnie go obrzydzę. Przywitałem się.
- Tomasz. – Powiedziałem.
- Karol. – Odpowiedział,
dotychczas bezimienny przystojniak. – Tak przyszedłem, bo widziałem, że ktoś tu
siedzi, a przeważnie nikogo tu nie widuję. – Wytłumaczył, dekorując swoje słowa
wyrazistym, podlaskim akcentem. Tak bardzo rosyjskim by mnie delikatnie
odrzucił, ale na tyle polskim, żebym poczuł, że to jednak rodak.
- Przyjechałem z
rodzicami na wakacje. – Poinformowałem wstając z podłogi, z pozycji
sierotkowo-maryśnej. – Na dwa tygodnie, potem wracamy do Warszawy. Psy zrobiły
sobie tu lęgowisko i siedzę z nimi. Tak dla zabicia czasu.
- Ach, psy? – Uniósł
brwi. – Więc to stąd te zwierzaki przyłażą! Ostatnio z ojcem zastanawiało nas,
co to za szczeniaki nam po ogródku biegają.
- Nic nie nabroiły? –
Spaliłem buraka na twarzy, gotowy na poniesienie srogich konsekwencji ich bezmyślnych
działań.
- Nie, skądże znowu! –
Parsknął odsłaniając nierówne, ale śnieżnobiałe zęby. – Tylko by spróbowały!
- No to dobrze… -
Mruknąłem uśmiechając się nieśmiało.
- Dużo ich? Gdzie są? –
Zapytał rozglądając się dookoła.
- Pochowały się. Boją się
obcych. Do mnie przywykły, bo ich matki się mnie nie boją. – Chciał zadać
pytanie, ale uprzedziłem ja odpowiedzią. – Karmiłem je przez ostatnie lata, gdy
przyjeżdżaliśmy tu na wakacje.
- Jasne, no tak.
Rozumiem! – Pokiwał głową.
- Teraz siedzą w dziurach
w podłodze. – Wskazałem palcem w parę punktów na popękanych dechach wyłożonych
na ziemi.
- Nasza suka oszczeniła
się 2 lata temu. – Stwierdził kucając. Poszedłem w jego ślady żeby nie stać jak
kat nad dobrą duszą. – Oddaliśmy szczeniaki do schroniska, bo jeden pies w
zupełności nam wystarcza.
- No tak. Tych tu jest
osiemnaście, łącznie ze starymi, ale sam nie wiem co z nimi będzie gdy wrócimy
do domu. Raczej nikt się nimi nie będzie zajmował. Może same sobie poradzą. W
końcu matki jakoś żyją, chociaż ich jest tylko dwie. – Zacząłem rozmyślać na
głos. Wcześniej kwestia zwierzaków po wyjeździe nie wydawała się problematyczna.
W tamtej chwili nagle zaczęła być.
- Ile masz lat? – Zapytał
Karol.
Nie pamiętam ile
odpowiedziałem. Piętnaście, albo szesnaście. W zależności od tego ile
faktycznie wtedy miałem. Gdy odbiłem piłeczkę okazało się, że mój rozmówca jest
rok młodszy od tego ile początkowo mu dawałem. Wyrośnięty, przez tryb życia i
wymagające prace domowe. Z tego co pamiętam to byłem prawie jego rówieśnikiem
więc najpewniej był rok starszy. Chociaż nie wyglądało na to. Dłonie syna
rolnika znacznie różniły się w dotyku i rozmiarze od rąk przyszłego
amatorskiego pisarza, którym się stałem. Nie było się czemu dziwić. Jakbym
codziennie od dzieciństwa przerzucał gnój do osiągnięcia w wieku lat szesnastu
takiej wprawy, płynności i gracji jak jego, najpewniej nie wyglądałbym na takie
chucherko na jakie wówczas wyglądałem (i wciąż wyglądam), ale na chłopaka (może
nawet faceta) wizualnie parę lat starszego. Konkretniejszego i przede wszystkim
bardziej atrakcyjnego w oczach innych niż tylko własnej matki. I babci.
- Nie znasz stąd nikogo w
naszym wieku? – Zapytał.
- W sumie to nie. Są
jakieś kuzynki parę lat młodsze spod dziewiątki, ale z nimi za bardzo nie ma o
czym gadać.
- Wiem które. – Uniósł
brwi ku sufitowi. – No, takie dziewczynki z podstawówki.
- Dokładnie. –
Uśmiechnąłem się porozumiewawczo na wspomnienie tego jak machając sobie przed
nosami najnowszymi wydaniami Bravo Girl i
wykrzykują podniecone nazwiska różnych boysbandowych gwiazdeczek. Co prawda
jako początkujący gej znałem ich, ale nie warto było się tą wiedzą przed nimi
popisywać. To nie był powód do chluby.
- Muszę zaraz lecieć, bo
czas na obiad i kurde napić się czegoś, bo skonam, ale jeśli będziesz siedział
tu jeszcze to pod wieczór wpadnę jak coś.
Na
Boga, tak! Wpadaj jak coś! I pod wieczór i jak tylko chcesz!
- Spoko. – Rzuciłem
niewzruszony. Grałem jeszcze niedawno w szkolnym teatrze. Nie wspominałem? –
Będzie chociaż z kim pogadać.
- No fajnie. To lecę.
Pilnuj psiaków! – Nakazał wstając i podchodząc do drzwi, które chwilę później
usiłował bezskutecznie zamknąć.
- Nie martw się, one tak
zawsze.
Uśmiechnął się zmieszany.
- A! No dobra! To na
razie. – Zostawił je na wpół uchylone i odszedł.
Serce waliło mi jeszcze
przez minutę po czym ustało (nie zupełnie, rzecz jasna). Rozsiadłem się na
podłodze ciężko wzdychając. Sam też musiałem iść niedługo na obiad. Kuzyn
jednak wdrapał się na moje udo i w mgnieniu oka usnął jak kamień. To utrudniło
sprawę jeszcze bardziej, jak gdyby sam fakt tego, co się właśnie wydarzyło nie
był wystarczająco komplikujący.
Komentarze
Prześlij komentarz