Tak Się Koniec Skończy


Opowiadanie.
Pisane jakoś bez większego pomysłu, aż ten zjawił się sam.
Lubisz czarny humor, (ja to wiem) więc jestem pewny, że ci się spodoba.
Miałem intensywny okres w pracy, rysowaniu, na praktykach i w życiu towarzyskim. Dodatkowo poznałem miłego chłopaka więc ostatnio mniej siedziałem, ale to się nadrobi. Już nawet mam na te nadrabianie koncepcję.
Nie lenię się! Nie waż się mnie o to podejrzewać. Od ponad pół roku jestem pracowity jak pszczółka maja. Nie zanosi się bym przestał. Tobie życzę tego samego, bo nie ma nic lepszego niż kawał dobrze wykonanej roboty.



Po tej cholernej apokalipsie było spokojnie, bo ludzie się poukrywali tak długo, aż im się zaczęło kończyć wszystko. Ci co im się skończyło za szybko to wyszli i raczej już nie wrócili. Ci co mieli trochę oleju w głowie i trochę żarcia pochowanego po kątach to nawet doświadczyli szarego światła dnia, które z szarego nieba oświetlało szarym światłem nasz niegdyś kolorowy świat.
Każda istotka, która cosik umiała to zaczęła budować i próbować jakoś sobie radzić. Promieniowanie nie było nikomu straszne, bo przecież z dwojga złego lepiej umrzeć na radioaktywnym dworze niż udusić się lub zagłodzić pod ziemią. Pogodzono się z tym.
Problemem przetrwałych ludzi był ich brak wiedzy medycznej. Nie na wszystko działa woda utleniona i święcona. Dlatego też lekarze ruszyli w świat znajdować większe osady i tam zapewniać pomoc. Ci lepsi byli w ciągłej drodze, ci gorsi spoczywali na laurach, zaczęli żądać zapłat za swoje usługi i żyli jak pączki w maśle tam, gdzie udało im się dotrzeć. Każda osada chętnie gościła lekarzy. Dawała im wszystko czego chcieli i tyle ile tylko było to możliwe, nawet gdy było to niemożliwe.
Osady dzieliły dziesiątki kilometrów. W jednych było czego szukać, w innych… no cóż.
 Wszystko oprócz łąk i pól stało się gruzowiskiem.
Gruz osuwał się tu i tam i czasem nawet odsłaniał jeszcze żywe ludzkie karykatury bez nóg czy rąk. Albo nieżywe, na przykład te bez głów. Przy okazji ranił tych co żyli. Taki psikus.
W tej rumuńskiej wiosce udało się ludziom wyjątkowo szczęśliwie żyć sobie w jakimś starym bunkrze. Używali go jako dodatkowej piwnicy na konfitury. Kto by się spodziewał, że ta piwnica będzie kiedyś dla nich wszystkim co mają?
Drzwi były uchylone. Raz ktoś wychodził, raz wchodził. Rozległ się wśród ludzi krzyk i weszła ona. W samą porę. Jak zawsze. Farciarska suka ma wyczucie.
Krzyczała baba. Bo wody jej odeszły i zaczynał się poród. Rozrywający ból. Ponoć.
Ludzie otoczyli ją łańcuszkiem, wszyscy patrzyli, a ta się drze i drze.
Wtedy ona złapała jakiegoś chłopa, przesunęła go i przeszła przez tłum. Dopiero wtedy dostrzegli ją.
- Przynieś mi mocz. Potrzebuję jakiejś cieczy.
- Może być woda?
- Żal marnować. Tam stoi miska, nasikaj i przynieś mi. – Po czym ponagliła. - Byle szybko!
 Kobieta wydała kolejny głośny jęk, zamachała nogami w powietrzu.
- Brrrr kobyło. Uspokój się.
Facet przyniósł michę. Ta spojrzała.
- Co ty żresz? Zobacz na ten kolor… A nieważne. – Wyjęła z kieszeni jakąś butelkę i wlała w z niej coś do miski. - Dajcie mi jeszcze jakąś szmatę.
Trwało to dość krótko. Poród, w sensie. Szmaty szukali jakby była towarem luksusowym.
Dziecko zdeformowane, bo jednak stres i promieniowanie nie sprzyja macierzyństwu. Ale wszystkie dzieci są teraz chociaż trochę. Przynajmniej żyje.
Tamta usiadła. Odgarnęła włosy i spojrzała na ludzi spode łba. Wszyscy zdziwieni jej czystą cerą podeszli bliżej.
- Jesteś lekarką? – Spytał jakiś chłop.
- Nie, znachorką. – Parsknęła. – I akuszerką.
- Skąd przychodzisz?
- Z daleka.
- Zostaniesz z nami? Dużo wśród nas…
- Nie. – Stanowczo rzekła.
- To może nauczysz, kogoś z nas…
- Nie.
- Dlaczego? – Oburzyła się jakaś kobieta. – Miejże litość! To koniec świata!
- Musiał kiedyś nastąpić. – Wzruszyła ramionami.
Zdenerwowany tłum odwrócił się i odszedł. Została trójka namawiająca ją by jednak zmieniła zdanie.
- Nie, nie i jeszcze raz nie.
- Ale czemu?
- Nikt z was się nie nadaje. Ja korzystam z niepewnych źródeł. Tylko ktoś, kto nie jest żółtodziobem umiałby wykorzystać ich potencjał nie robiąc przy tym nikomu krzywdy.
- Skąd wiesz, że nikt z nas nie dałby rady? – Nie dawał za wygraną ojciec trójki dzieci. – Nie znasz nas.
- Bo nawet lekarze wydziwiają. Twierdzą, że się znają, ale wiedzą, co robić tylko kiedy mają leki i „warunki”. – Przewróciła oczami. - Tylko znachor zna proporcje i składy. Odpowiednie, a nie te z ulotek lekarstw.
- Błagam, miej litość! – Padła na ziemię jakaś kobieta. – Najwyżej będziemy umieli cokolwiek.
- Tym „czymkolwiek” możecie zabić wszystkich, którym chcecie tak kurczowo pomóc. – Ponownie odgarnęła włosy z czystej jak łza twarzy. – A potem będzie „cholerna akuszerka”.
- Ale chociaż nie będziemy bezczynnie siedzieć i przyglądać się jak…
- Owszem będziecie. – Wstała, otrzepała spódnicę – Nie pozostawiam wam wyboru.
Zaczęła kroczyć ku wyjściu. Za sobą usłyszała jednak kroki i kątem oka ujrzała młodego mężczyznę, który podążał tuż za nią.
- Czego? – Rzuciła nie zaszczyciwszy go nawet spojrzeniem.
- Idę z tobą. – Rzekł spokojnie.
- Nie ma mowy. – Uśmiechnęła się. – Nie będę cię niańczyła.
- Sam sobie poradzę. Będę ci się tylko przyglądał.
- Nie będę cię żywić ani pomagać jak promieniowanie dopadnie twój maleńki móżdżek.
- Trudno.
Wyszli.

Szli kilometry, aż doszli do kolejnej osady. Osady nazwanej przez osadników Osadą. Większość osad nosiła wdzięczną nazwę „Osada”. Mało osadników zdawało sobie sprawę z braku swojej oryginalności.
Weszli do jednego z domów, który służył ocalałym jako dom. Zabawny zbieg okoliczności.
Jakiś facet narzekał na ból ręki. Ona podeszła. Spojrzała napluła mu na ramię i przetarła je z zeschniętej krwi. I powąchała. Zawył z bólu.
- Cicho. – Mruknęła. – E! Przybłędo! – Krzyknęła do nieproszonego towarzysza. – Cho no tu.
Ten podszedł i przykucnął obok niej, nad facetem.
- Ja zajmuję cię ręką. Ty znieczulasz. Jasne?
- Jasne. – Zgodził się niepewnie
Złapała go za nadgarstek ręką i zacisnęła.
- Wkładasz w to DO-KŁA-DNIE tyle siły. Zrozumiano?
- Tak. – Mruknął, mimo że totalnie nie wiedział co ona ma na myśli.
Potem złapała za rozporek pacjenta i dwoma szybkimi ruchami rozebrała go od pasa w dół.
- Łap go i zaciskaj.
- Że co? – Zdziwił się, patrząc z obrzydzeniem na zwisającego z jego krocza kluska.
- Za jaja. I nie patrz z taką pogardą, bo twój najpewniej lepiej nie wygląda.
Pomocnik zacisnął jądra, facet pisnął, a ona wyjęła z torby wykałaczki, napluła na nie i zaczęła grzebać nimi w ręku biedaka.
- Jasna cholera! – Zaklął
- Ściskaj go mocniej. Przyłóż się! – Ponagliła go podirytowana odgarniając włosy z twarzy.
Po połowie godziny skończyli. Obeszło się bez amputacji.
- Po co kazałaś…
- Bo jego mózg nie rejestrował wtedy bólu ręki tak dosadnie jakby mógł. Ból rozłożył się pomiędzy dwa narządy i nie cierpiał tak mocno. – Powiedziała chłodno.
- Czemu jaja? – Zapytał, zdziwiony lekko tym, że otrzymał jakąkolwiek odpowiedź.
- Szatan zawsze chroni jaja jak tylko może.
Wyszli i zaczęli iść dalej.

Na polu tamta zerwała jakąś duża roślinę i zaczęła ją jeść. Jej towarzysz postąpił podobnie. Chwastu było dużo. Pozostawał po nim dziwny posmak w ustach. Jakby miętowy. Po posiłku, poszli spać i rano po przebudzeniu kontynuowali marsz.
Kolejna Osada.
Weszli, a tam na wielkim fotelu po środku salonu siedział facet w białej koszuli i spodniach. Dookoła niego siedziały młode kobiety.
- Typowe! – Wrzasnęła na progu akuszerka, odwróciła się na pięcie i wyszła. Jej kompan zdezorientowany postąpił podobnie.
Kolejna Osada.
- To nie chce przestać krwawić! – Płakała kobieta pokazując na kolano. – Tamowałam, robiłam wszystko. Nie mam pomysłu, co robić!
- Cicho. Po co się tak ekscytować? – Cmoknęła, podrapała się po głowie i odgarnęła włosy. – Przybłędo! – Przywołała go jak psa. – Pluj ze mną, bo mi spierzchły usta.
Pluli na ranę po czym zaczęła dłubać wykałaczkami, aż wyjęła kawałek drewna.
- Czemu nie bolało? – Zdziwiła się kobieta. – Nic nie czułam!
- Powinnaś się cieszyć. – Zauważyła akuszerka. – Dajcie mi butelkę wody. Jemu też, bo nie będę nosiła prochów za pazuchą.
„Jest taka kochana i wspaniałomyślna.” – Pomyślał Przybłęda.
Dostali.
Wyszli.
Szli.
Doszli.
W bunkrze siedziała grupa ludzi bez kończyn. Przeważnie rąk. Było więc trochę niezręcznie.
Akuszerka obejrzała rany i pokiwała głową z uznaniem.
- Nieźle. – Podchodząc od jednego do drugiego kiwała w dalszym ciągu widocznie zadziwiona. – Dobra robota. Który z was to zrobił?
- Żaden z naszych. – Odrzekł chłop. – Przechodził tędy jakiś lekarz i zajął się nimi.
- Dupa. Żaden lekarz. – Parsknęła. - W którym kierunku się udał? – Zapytała.
- Na wschód.
Odwróciła się i wyszła. Przybłęda za nią.
- Wschód jest tam. – Wskazał jej ręką widząc jak ta zaczyna się gorączkowo rozglądać.
- Wiem, głupi. – Mruknęła. – W takim razie idziemy na północ.
- Skąd wiesz, że go tam znajdziemy?
- Nie znajdziemy. – Westchnęła zirytowana. – Nie będę łazić za innymi jak pies albo ty. Dam mu robić swoje skoro robi to dobrze. Ja zajmę się innym terenem, żeby ułatwić mu robotę. Jak chcesz idź go szukać, może nauczy cię więcej ode mnie.
- Nie, dzięki. – Rzekł. Miała racje. I umysł analityczny. I strategiczny.

Nie jedli już od dwóch dni. Tylko ona łykała co jakiś czas coś z torby.
Łyse, spalone pole i żadnej wioski, która mogłaby nazywać się Osadą. Znachorka szła mimo to twardo ignorując beznadzieję w jaką oboje się zagłębiali. W końcu na horyzoncie dojrzeli smugi czarnego dymu. Płonął plastik albo guma. Pytanie było tylko czy sam, czy ktoś mu w tym pomagał.
Ona przysiadła na kamieniu, wyjęła ze szmacianej torby saszetkę jakichś liści i wsypała sobie na język. Potem zamlaskała i zaczęła zbierać ziemi wysuszone liście i łodygi jakichś roślin, a następnie jeść je łapczywie. Rzuciła jedną folię na ziemię, w stronę Przybłędy. On poszedł w jej ślady. Cokolwiek było w torebeczce miało mocny słono-kwaśny smak i wypełniało to kubki smakowe rozmaitą mieszanką smakową. Jakimiś tanimi przyprawami. Zaczął zbierać z ziemi suche liście i jeść je. Rozrzedziły one znacznie ów mocny aromat jaki miał w ustach. Dało się jeść coś, co nie było smaczne, bo z tak intensywnym posmakiem nie dało się czuć niczego przeżuwanego. Nawet suche liście w piachu były dość dobre.
- Tak się robiło fast food, młody. – Mruknęła. – Kiedy zniknie posmak to wypluj co ci zostanie na języku, bo się porzygasz.
Za parę godzin marszu doszli do źródła dymu. Była to większa miejscowość. Dawniej może miasto, dziś zdecydowanie większa miejscowość. Znacznie większa niż Osada.
Ludzie mieli stragany przykryte foliami i ogrzewane przez prowizoryczną ocieplarnię palącą opony i śmieci. Sprzedawali trochę spalonego żarcia i masę zniszczonych przedmiotów domowego użytku. Apokalipsa służyła biznesmenom rupieciami, bo ludzie wciąż byli materialistami i tchórzami. Służyła też kiepskim kucharzom z brakiem wyczucia czasu, bo zwęglone jedzenie było bezpieczniejsze od każdego innego. Przede wszystkim dlatego, że cokolwiek w nim było, już na pewno zostało spalone żywcem. Z drugiej strony po węglu nie miało się sraczki. A sraczka odwadnia. Więc lepiej było jej nie mieć.
Akuszerka szła od straganu do straganu i pytała o mapę i jakąś czystą folię. Było ciężko, ale dostała, co chciała. Z zapłatą był problem, ale znachorka zaoferowała kupcy, że wyleczy jedną osobę, którą jej przyprowadzi. Facet przyprowadził swojego brata. Miał coś z żołądkiem.
Przyłożyła dłoń a potem ucho, gdy już dotknęła miejsca w którym go bolało.
- Nowotwór. – Zdiagnozowała.
- Czyli go nie wyleczysz.
- Wyleczę, ale nie mam tu wszystkich potrzebnych rzeczy.
- Nie wyleczysz! – Krzyknął. – Kłamiesz, bo każdy wie, że tego się nie da wyleczyć.
- Zamknij się, bo na nikim nie robisz wrażenia. – Przewróciła oczami. – Przybłędo! – Przywołała swojego dwunożnego pieska. – Polataj po mieście poszukaj mi pestek owoców i spirytusu.
- Skąd? – Spytał. – Z pestkami to jeszcze może... ale spirytusu na pewno nigdzie nie…
- Mam sama iść szukać?
- Idę, już idę!
Gdy wrócił, sprzedawca leżał na ziemi. Tamta siedziała nad jego bratem i coś do niego mówiła.
- Co się…
- Masz? – Przerwała mu.
- Mam, mam. – Wyrwała mu z ręki fiolkę i 4 pestki.
- Tylko tyle? To ma być lekarstwo na raka, a nie jedzenie dla pisklaka!
- Nie wiedziałe…
- Idź po więcej, tylko się pospiesz, bo jak tamten się obudzi to znowu będę musiała dać mu w mordę jak go ktoś nie przytrzyma.
Wyszedł.
Jak wrócił facet budził się powoli. Ona rozgniatała pestki dosypywała coś jeszcze i dolewała alkoholu.
- Co się…? – Mamrotał sprzedawca
- Mogliśmy stąd iść póki był nieprzytomny. – Szepnął Przybłęda.
- Nie jestem złodziejką. – Mruknęła krusząc kolejną pestkę. – Przy okazji dowiedzą się, że lekarstwo jest. Rząd mógł go dopuścić gdyby nie chciał robić sztucznych dram o zasięgu ogólnoświatowym.
- Jaki mieli w tym…
- O kurwa! Toż to morela! Dobrze się spisałeś, Przybłędo! – Pokiwała głową. Zapomniał pytania. Zbyt go zszokowało otrzymanie od niej pochwały. Od niej.

Idąc dalej kierowali się na zachód.
- Mamy cel na tej trasie? – Zdziwił się.
- Każda droga ma swój koniec. A przynajmniej postój.
- Skąd wiesz, że nie zostało zburzone?
- Ha! – Skwitowała i na tym jej komentarz się zakończył.
Zastanowił się potem jeszcze po czym odważył się spytać:
- Węgry?
- Granica z Węgrami i Ukrainą, Przybłędo. Chociaż jak dla mnie to obu tych krajów już nie ma. Tak jak i Rumunii, Polski i Słowacji.
Chciał coś powiedzieć, ale darował sobie.
Zaszli jeszcze do trzech Osad, chociaż jedna z nich była nazwana Nowym Wiedniem, więc ambitnie. Przybłęda nabrał wprawy w sikaniu na rany i ściskaniu za jaja. Poza tym niewiele się nauczył poza tym, że na coraz więcej pytań mu wolno.
Na polu znów zebrała liście i zaczęła je jeść. Przypominały szczaw.
- Co to…
- To jest do jedzenia.
- Ale…
- Ale tak.
Było tego dużo. Zabrała trochę do szmacianej torby i poupychała kieszenie.
- To jest jedyna roślina, której ci potrzeba.
- Do…
- Tak. Zapamiętaj i pchaj do gęby jak tylko zobaczysz.

Za dwa dni doszli do granicy. Dość szybko jak na marsz.
Stała tam pokryta strzechą chata. Lepianka taka trochę. Tylko ktoś niepoczytalny byłby bez wątpliwości, że nie zastanie jej rozwalonej zupełnie.
Znachorka była bez wątpienia szalona.
Otworzyła z kopa drzwi.
- Roman, stary chuju! – Wrzasnęła jakby ją coś poparzyło. Pierwszy raz widział na jej twarzy uśmiech.
W podłodze była klapa, chwilę później wyleciała z hukiem i wylazł stamtąd wielki, włochaty facet. Zza futra na twarzy i głowie nie było widać jego twarzy.
- Sto lat cię nie widziałem, kochana moja. – Podszedł do niej całując w policzek porośniętymi brodą ustami. Miał z 2 i pół metra. Zgarbiony. Miał tyle włosów, że zdawało się, że bliżej mu było do niedźwiedzia niż człowieka. – Co tam masz? To do jedzenia? – Zaśmiał się patrząc na jej towarzysza.
- Nie wiem, jak chcesz to jedz. To jakiś Przybłęda. Łazi za mną i przynosi różne rzeczy. – Machnęła ręką.
- Tak sądziłem, że w końcu dorobisz się ucznia.
- To nie uczeń. Prędzej służba. Ale zamierzałam ci go tu zostawić na parę tygodni.
- Będę miał gościa? Jakże fantastycznie! – Za brodą tego mutanta niewątpliwie musiała kryć się napromieniowana, ale rozpromieniona szczęściem buzia niewinnego dziecka. Możliwe, że była to dziewczynka.
- Będzie mi wadził. Wybieram się na Zlot.
- Zlot! Ach to już ten czas!
- Przyniosę ci notatki chociaż myślę, że wszystko już masz, czego ci potrzeba.
- Apokalipsa mnie nie zaskoczyła, kochanie. Dobrze wiesz. Ale lubiłem tam chodzić. Jestem trochę za stary na pływanie pod prąd, więc będę wdzięczny za wiadomości.
- Dobrze się trzymasz. Wyglądasz jak ostatnio.
- Farbowałem brodę. – Zaśmiał się jak dziadzio.
- Masz wodę? Albo folię? Bo w mieście dostałam brudną i dziurawą.
- Sterylna jak zawsze, kochanie. – Wyjął z szufladki butelkę. I pudełeczko. – Wodę dam. Nie będziesz filtrowała. A w pudełeczku masz trochę jagódek. Wiedziałem, że niedługo przyjdziesz. Modliłem się za ciebie.
- Roman. – Poklepała go po ramieniu. – Jak zawsze bezbłędnie. Wyruszę za pół godziny. Muszę chwilę posiedzieć, bo mi nogi z dupy wylecą.
- Połóż się na łóżku. Ja z niego nie korzystam. – Zaprosił.
Rozmawiali po czym ona zdecydowała się wyjść, a w drzwiach odwróciła się i spojrzała na młodego chłopaka.
- Słuchaj, Przybłędo. Zostaniesz tu na trochę. Odbiorę cię jeśli nie zapomnę i nic mnie nie zabije w drodze powrotnej. Pomagasz od teraz Romanowi, jak będziesz niegrzeczny to wywali cię z domu na radioaktywne pole, albo zje więc lepiej nie bądź kłopotliwy. Bawcie się dobrze, chłopcy.
- Szerokiej drogi, słoneczko! Niech cię Bóg prowadzi!- Pomachał jej wielkolud.
Gdy zniknęła za drzwiami, wielki kłaczek podszedł do niego i wyciągnął dłoń.
- Jestem Rom. Co chciałbyś porobić? Mam tu dużo różnych zabawek, ale nie można bałaganić. – Pokiwał mu palcem przed twarzą.
Przybłęda poczuł się jak dziecko. Tak jakby miał z 20 lat mniej.
- Chcę się nauczyć tego, co umie ona. – Powiedział odważnie.
- Uuuu! – Pomachał rękoma i zaczął się obracać jak nawiedzony. – Niuniu! To są lata, nawet nie miesiące.
- Kim ona jest?
- Znachorką oczywiście, nie wspominała?
- Wspominała... – Chyba.
- Czyli chodzisz za nią, bo chciałbyś żeby cię uczyła. To szlachetne. Wie o tym i dlatego pozwala ci sobie pomagać. Ale nie będzie cię uczyć, bo to dużo pracy, poza tym niekoniecznie nam wolno. I nie mamy na to czasu. – Zawahał się. – Chyba nie mamy. Wszystko okaże się na Zlocie.
- Co to takiego?
- Zlot to wydarzenie, które raz na 3 lata jest organizowane dla europejskiej wspólnoty znachorów. Omawiane są problemy i misje oraz nowe rozwiązania dla aktualnych problemów.
Przybłęda usiadł na fotelu. Podpierając ręką czoło. Fotel był twardy. Jakby z desek.
- Sam bym się tam wybrał. Ale mam już swoje lata. Trzeba przepłynąć rzeką pod prąd na małą wyspę, gdzie to wszystko się odbywa. Niby czuję się dobrze, ale wolę pilnować domu, bo dużo znachorów potrzebuje przystanku w swojej drodze, a ja mam wszystko czego im potrzeba.
- Wielu ich jest?
- Mniej niż stu. Tylko w naszym europejskim kręgu.
- Wszyscy są tak dobrzy jak ona?
- Cóż… Prawdę mówiąc niewielu. Ale poziom zdolności jest dość wyrównany. Ten wiec będzie najciekawszy od lat! – Zmienił temat włochacz.
- Lekarstwa nowe? Czy co?
- Podobno mamy rozpocząć produkcje seryjną leków na raka i przeciwpromiennych.
- Pfff – Prychnął. – No nieźle.
- Może im się przydasz, jeśli chcesz pomagać. Spróbuję przekazać ci to i owo, ale nie za wiele, żeby moja piękna się nie gniewała.
Przybłęda nagle ożywił się:
- Naprawdę? Zrobiłbyś to?!
- Tak, oczywiście. Tylko nie krzycz, bo wypłoszysz pluskwy i pająki. Pajęczyna jest ważna. Można z niej wytwarzać bardzo pożyteczne plastry odkażające… - Mówił. - Pluskwy produkują hormony, które są mi potrzebne do lekarstw. Mam 97 lat. Dobrze się trzymam, jednak bez odpowiednich składników w diecie mogę nie dożyć kolejnych 20 lat.
- Znachorzy żyją tak długo?
- Znachor żyje tyle, ile mu sił starczy by sobie przygotowywać leki. Żaden nie ma prawa prosić innego by ten przygotował mu lekarstwa dla samego siebie. Ja mam jeszcze dużo sił więc myślę, że jeśli wszystko będzie pod kontrolą to ze 20, może 30, lat jeszcze pożyję.
- Wow…
- Chuchnij mi, skarbie.
- Co?
- No chuchnij. – Przybłęda zrobił według polecenia. – Pachniesz znachorem. – Stwierdził. – Co jadaliście?
- Jakieś śmieci z proszkiem.
- Wcześniej.
- Wcześniej jakieś liście. Wyglądały jak szczaw.
Wielki facet zarechotał. Jakby miał brzuch to by mu się cały trząsł i podskakiwał.
- To Komosa piżmowa. Niegdyś wyglądała inaczej i rosła tylko w Ameryce Łacińskiej, ale po apokalipsie Bóg dał, że jej pojedyncze plantacje w Europie zmutowały i rozrosły się na dziko rosnące praktycznie wszędzie.
- Do czego to służy?
- Normalnie zwalczali tym tasiemce i takie inne pasożyty. Pomagała w leczeniu chorób wenerycznych. W nadmiarze była szkodliwa, niebezpieczna, nawet śmiertelnie. Napromieniowana nie jest już w stanie unieszkodliwić zmysłów ani ciała. Parę lat temu, na Zlocie, jeden z siódemki najlepszych znachorów podzielił się obserwacją, że liście tej rośliny powodują obumieranie zmutowanych komórek i powstrzymują proces napromieniowania u tych, którzy dodają komosę do swojej codziennej diety. – Uśmiechnął się.
- Niesamowite… - Zatkało go. Jakaś roślina. Która rośnie teraz jak chwast…
- Ona to odkryła. – Pokiwał palcem wielki facet.
- Ona?! – Szybko wrócił myślami do poprzednio zasłyszanych słów. – Jest jedną z najlepszych?
- Uhuhu! Niebyle kim przecież. Jak przystało na moją uczennicę.
Przybłęda opadł na fotel. Wymiar tych informacji był… porażający. Miał w głowie masę myśli i wszystkie niesprecyzowane do tego stopnia by je jakkolwiek określić. Kobieta z którą podróżował była jedną z elity najlepszych lekarzy na świecie, w dodatku odkrywczynią lekarstwa na raka.
- Czemu… - Zawahał się. – Dlaczego, do cholery, nie mówicie nikomu o tym? Dlaczego pozwalacie ludziom umierać?
Nastała cisza. Wielki stał na baczność. Nie było widać jego miny ani oczu.
- Czy kogokolwiek zostawiła bez pomocy? – Spytał ciężkim tonem rozgniewanego tyrana. Przybłęda wbił się w fotel. Parę sekund żałował tego chwilowego uniesienia, po czym dotarło do niego, że wielki czeka na odpowiedź.
- Chyba… - Zastanowił się. – W sumie… - Nabrał pewności. – Nie. – Stwierdził ku swojemu zaskoczeniu. – Bynajmniej nie na moich oczach.
- Nigdy. – Mruknął. – Nie znieważa się w ten sposób znachora. Zwłaszcza tak dobrego.
- Przepraszam… Nie wiedziałem. Jedynie nie rozumiem, czemu o tym nie rozgłaszacie.
- Pokora znachora. Tak się mawia. – Podrapał się po głowie i westchnął. – Pomagamy komu się da. Na początku próbowaliśmy ludzi o tym masowo informować, jednak po upadku mediów nie jesteśmy w stanie. Jest nas za mało. Gdy próbowaliśmy o tym mówić do prostych ludzi, ci jedyne czego chcieli to tego, byśmy zostali z nimi w ich Osadach i leczyli ich jak zwykli lekarze. Przyrządzali masowo leki i dawali komu trzeba to, co trzeba. Niestety to uczyniłoby z nas lekarzy. A my nimi nie jesteśmy. Zdarzali się ci, którzy zostawali w schronach z ludźmi na ich prośby i pomagali, ale gdy pojawiał się tam jakikolwiek z lekarzy to wyśmiewał znachorską medycynę i groził ludziom by nie jedli „tej trucizny.”  – Westchnął. – Ich jest więcej. Im więcej ciemnych, zarozumiałych i zamkniętych umysłów tym więcej problemów. My im nie jesteśmy w stanie wyjaśnić. A im nie jest na rękę by te plotki się rozniosły. Stają się nową eminencją światową. Ale umrą. To się już dzieje. Od wschodu ludzie przestają chorować, bo na miejsce lekarzy weszli znów znachorzy. Niedługo umrą i tu. Wtedy umożliwi nam to działanie. Wtedy skończy się koniec świata. I już będzie tylko dobrze. Tak jak ona by chciała. – Pokazał palcem na drzwi.
- Ona? Ona nie ma serca.
- Jest najmilszą osobą jaką znam. Ma złote serce. Bez wątpienia wśród znachorów nie ma nikogo bardziej wielkodusznego od niej. Nigdy nie zatrzymuje się w miejscu. Nawet przed apokalipsą, od chwili zakończenia u mnie nauki, wciąż była w drodze. Nigdy nie miała domu. Zawsze w podróży i udzielając wsparcia. Nigdy nie ryzykuje. Nigdy nie zawodzi. Zawsze gotowa. Zawsze oszczędna- w słowa, w materiały…
- Czemu nie chce mnie uczyć?
- To zajmuje lata. – Odrzekł. – Niestety nie do końca może. Znachorzy mają zakaz nauki bez pozwolenia od rady. W końcu lekarze też nie uczą. Bo sami są po latach studiów medycznych i nie są w stanie wyjaśnić wszystkiego. Oni jednak korzystają w większości z gotowych specyfików. Ze znachorami jest znacznie gorzej, bo sami wszystko robimy. Jedna źle dobrana proporcja i ktoś może zginąć. Wiesz jaka to odpowiedzialność?
- Ale i tak więcej osób przeżyje.
- Nie chodzi o to by przeżyło „więcej”… - Pomachał głową. – My jesteśmy nieoficjalnym ugrupowaniem i nie mamy zaufania ani wsparcia od nikogo poza nami samymi. Jeśli ludzie którzy podejmują się leczenia u nas zaczną umierać to wiesz, co się stanie? – Złapał powietrze w płuca. – Lekarze kompletnie zakażą nam działalności. Oni mają wsparcie, zaufanie, a po apokalipsie mają tez wszystko inne. Już wcześniej umniejszano nam. Gdy jakiś znachor, nie daj Boże, nie wyleczył na czas, a ludzie mu zaufali to wiesz co się działo? AFERA! SKANDAL! Nagłówki brukowców! – Machał łapami, gestykulując. - Potem amatorzy ogłaszający się w internecie i wyciągający pieniądze od naiwniaków. Nie mamy zaufania. Ludzie wolą umrzeć z lekarzami niż żyć z nami.
- Teraz jest im to obojętne.
- Mylisz się. Kiedy przychodzi lekarz wszyscy idą do niego, nawet jeśli nie ma on już żadnej tabletki. Kiedy jest lekarz nikt nie idzie do znachora. Wiesz czemu? Znieczulenie. Każdy lekarz ma jakieś chemiczne i sztuczne, zmieniające świadomość. My nie stosujemy narkozy, bo szkodzi więcej niż pomaga i nasze metody znieczulenia są inne i niepełne. - Przypomniał sobie o ściskaniu jąder i aż mu się zrobiło słabo. Dobrze, że siedział na fotelu. – Lekarze wybili się ze znachorów, bo lepsi z nich byli chirurdzy- bardziej sterylni. Odeszli od samodzielnego wykonywania leków. Poszli w komerchę. A gdy tylko my pojawialiśmy się na horyzoncie to podjudzali wszystkich by nam nie ufali, bo brud, smród i ból. A ludzie zawsze chcieli bezboleśnie- bezmyślnie i niedokładnie. Szatan zawsze zapewnia pełne znieczulenie podczas zatruwania duszy.
- Szatan zawsze chroni jaja? – Zacytował akuszerkę.
- Otóż to.
I mówił dalej.

Mówił. Pokazywał fiolki i pudełka. Tłumaczył.
Tak minęły 2 tygodnie.
Wtedy wróciła ona.
- Roman, stary chuju! – Wywaliła drzwi z kopa.
- Już wróciłaś, cukiereczku! Jak było? Opowiadaj! – Podekscytowany wielkolud skakał po środku domu. Przybłęda siedział na fotelu. Patrzył bez słowa.
- Bez perspektyw. Lekarze to debile. Jesteśmy zdani na siebie. – Wzruszyła ramionami. – Ale jest też dobra wiadomość.
- Fantastycznie! Jaka?
Zawahała się.
- W sumie to dla kogo dobra dla tego dobra. – Dodała. Rzuciła beznamiętne spojrzenie byłemu towarzyszowi. – Będziesz szkolony, Przybłędo.
Wstał. Był w szoku. Gigant zaczął podskakiwać i piszczeć z podniecenia. Ona podeszła w tym czasie do Przybłędy.
- Rada zaproponowała takie rozwiązanie. Większością głosów przegłosowano, że w zaistniałych okolicznościach potrzeba jest więcej znachorów. Każdy z nas ma mieć jednego adepta. Więc idziesz od teraz ze mną oficjalnie. – Postanowiła. – O tobie nic nie wspominali. – Zwróciła się do Roma. - Wiedzą, że jesteś na emeryturze. Mimo to proponuje, żebyś przeszkolił kogokolwiek jeśli będziesz w stanie.
- Jestem w pełni sił. – Położył wielkie łapsko na ramieniu Przybłędy. – Twój malec już co nieco wie ode mnie. Będzie ci łatwiej. Młody szybko się uczy.
- To dobrze. Może za dwadzieścia lat nauki cokolwiek po mnie na tym świecie zostanie. – Rzuciła.
- Zostanie, kochana. – Zaklaskał wielki. – Ma coś w głowie.
Odwróciła się od Przybłędy i ruszyła do Romana.
- Mam dla ciebie notatki ze Zlotu i listę przedmiotów, których bym potrzebowała.
- Tak. Już! – Złapał za karteczkę i zaczął latać po pokoju zdejmując różne słoiczki z półek. Znachorka podeszła do drzwi.
- Kto rzucił propozycję? – Zapytał z wnętrza szafeczki.
Oparła się o framugę drzwi.

- Nikt.



Komentarze