Moja Piosenka
Dawno nie byłem tak napalony na napisanie żadnego tekstu jak tego, tu i teraz.
Tematem jego jest piosenka.
Moja ulubiona piosenka.
Z bardzo rzadkiego albumu.
Chyba mojego ulubionego albumu.
Mojego (prawie) ulubionego zespołu.
To piosenka jest dla mnie arcydziełem niedocenionym nawet
przez jej odtwórców, a co dopiero przez ciemny lud.
Piosenka którą, śmiało mogę powiedzieć, nadinterpretowałem
srogo, sromotnie i siarczyście i myślę, że więcej ostrych słów na „s” mógłbym tu
wymieniać, ale i tak nie oddadzą one w pełni kunsztu tego, czym ona dla mnie
jest.
To piosenka, którą z miesiąca na miesiąc i roku na rok odkrywam na nowo, a w niej odkrywam kolejne smaczki i pozornie nieistniejące elementy.
Ta piosenka jest poezją.
Filozofią,
Ale i Obłędem.
Smutkiem,
Ale i Nadzieją.
Prosta lecz jakże wytwornie złożona, szkoda, że tylko w
mojej głowie…
Ta piosenka będzie grana na moim pogrzebie za około cztery
lata (jeśli wszystko pójdzie zgodnie z moimi planami).
Ta piosenka autorstwa Evanescence, z albumu Origin z 4
listopada 2000r, nosi piękny tytuł:
W linku znajduje się odnośnik do tekstowa skąd można
odsłuchać utwór i zaznajomić się z jego
oryginalnym tekstem, a także tym
przetłumaczonym na nasz język ojczysty.
Pomocne.
Nie oczekuję, że przed dalszym czytaniem tego wywodu rzucisz
się na ten link i odsłuchasz tej piosenki w trybie natychmiastowym - możesz to
też zrobić w czasie czytania lub po tym jak już wynurzysz się z moich głębokich
refleksji jakimi cię poniżej zaleję.
Zacznę od początku czyli tego, jak tępota ograniczenia
umysłowego bagatelizuje kunszt tego majstersztyku, przy którym niejedna
wypocinka Chopinka to jedynie muzyczna mielizna w oceanie jaki rozlewa wokół
siebie Even in Death.
Sama wokalistka, Amy Lee, w poprzednim (lub nawet i
bieżącym) roku wypowiedziała się na facebooku a propos rzeczonego utworu w
kontekście próśb fanów w sprawie odnowienia albumu Origin. Nazwała go wówczas -
w dużym uproszczeniu – wstydliwym błędem młodości. Jedynie na prośbę fanów
postanowiła zająć się Even in Death i jej zremakowaną wersję instrumentalną
zamieściła w albumie The Lost Whispers wydanym w 2016r.
Remake spłaszczył piosenkę tak, że mokre, od ocierania łez,
dłonie zaciskają się samoistnie w pięści po przesłuchaniu jej. Stąd moja
dokładność przy podawaniu danych piosenki o której tu piszę. Ta banalna ballada
Even in Death z 2016 jest niczym nie odbiegającym od innych średnio udanych
ballad przeciętnych muzykantów, którym nadepnął na ucho mamut.
Uplasowała się wśród opinii publicznej jako jedna z
„zapychaczy albumowych”. Takich piosenek, które są na płycie, ale albo się je
przewija, albo one same jakoś giną- zapomina się o nich lub mózg sam ignoruje
je gdy tylko lecą ich pierwsze nutki.
W moim sercu nie znika już od paru lat, a jej tekst i linia
melodyczna wciąż rodzi gęsią skórkę w miejscach, gdzie nie powinna się ona
znajdować.
Przechodzimy to mojej interpretacji, czyli tego na co oboje
czekaliśmy…
Najpierw sam tekst:
Wydaje się banalny lub i nawet bananalny. Jego treść można
widzieć jako rozpacz kobiety po stracie ukochanego (czyli nic nowego w
popkulturze muzycznej). Z pierwszej zwrotki wnioskujemy, że ukochany odszedł,
ale nie od niej lecz z tego świata. Kluczowe jest to, że on wcale od niej nie
odszedł. Zostawił ją ciałem lecz nie duchem. Ona wciąż, jak mówi, widzi jego
cień i słyszy jego śpiew, przez to nie wierzy w to, gdy „oni” próbują ją
przekonać, że on faktycznie odszedł.
Cóż, zakładam że twórcy tekstu- Amy Lee, Ben Moody
i David Hodges
– nie zdawali sobie sprawy z tego jak nawiązuje to do epoki romantycznej, a
dokładniej (w polskiej historii literatury) do ballady Adama Mickiewicza- „Romantyczność”, która (jeśli się nie mylę)
jest w Polsce pierwszym utworem nadchodzącej wówczas nowej epoki literackiej.
Tam również pojawia się (niby) duch zmarłego ukochanego, (niby) szalona
dziewczyna i tłum ludzi („oni”) próbujący ją przekonać, że się myli i
jego już
nie ma.
Tylko, że on jest.
Idąc dalej logiką tekstu natrafiamy na to, że nasza
zakochana wariatka wykopała ciało swojego pochowanego już ukochanego i zabrała
go ze sobą do domu. Twierdzi bowiem, że żadne więzy ich nie rozdzielą, a ich
miłość trwa mimo śmierci. Jeśli wierzyć temu, co mówiła (że widzi jego cień i
słyszy śpiew) świadczy to o tym, że faktycznie tak jest (albo, że to ona nie ma
piątej klepki). To oznacza, że jej faktyczne położenie jest o wiele bardziej
fatalne od złego.
Dziewczyna jako jedna i jedyna zdaje sobie sprawę z tego jak
jest naprawdę. Chciała by być z nim blisko mimo, że jego ciało nie jest już
żywe. Chciałaby wierzyć, że on odszedł lecz nie ma na to dowodów przez to czego
doświadcza.
Sprzyja to zbzikowaniu.
Szaleńczo wyznaje, że zostanie z nim na zawsze i że śmierć
nie dała rady (ani nie zdoła) ich rozdzielić.
Teraz zajmiemy się muzyczną stroną:
Pierwsze dźwięki piosenki brzmią jak zacinająca się płyta,
która próbuje grać, ale coś ją powstrzymuje. Mroczne i cholernie
psychodeliczne, elektroniczne dźwięki zacinające się co parę sekund są tłem
zwrotek, w których pobrzmiewa jeszcze, niskimi dźwiękami, pianinko.
Wprowadza to w nastrój niemalże zupełnego obłędu już na
początku.
Słychać szaleńcze wyznania odziane w delikatny śpiew. W
końcu uderzają chropowate, gitarowe riffy i przychodzi moment refrenu, w którym
piosenka zalewa nas masą linii melodycznych nałożonych na siebie. Brzmi jak
muzyczny chaos zza którego wybija się wyznanie miłości ponad śmierć… ponad
życie… ponad wszystko.
Brzmi jak nieskładne wycie duszy, która rozdziera się na
części tworząc w głowie plątaninę myśli i emocji. Dodatkowo wokal pozostawia
echo, które po lepszym wsłuchaniu się w nie… okazuje się wcale nie być echem, a
drugim głosem który bardzo nieśmiało śpiewa razem z naszą smutną Amy. Głos ten
jakoby męski… jakoby z zaświatów.
Sposób śpiewania jest też chyba przypadkowy, jednakże gdy
się go słucha można odczuć, że jest tłumiony. Ona śpiewa bardziej wewnątrz
siebie niż na zewnątrz.
To jak tłumiony krzyk.
Jak krzyk ubrany w śpiew, a miejscami nawet głośniejszy
szept.
Mimo tego, że w refrenie można początkowo odczuć, że ona się
wydziera… lecz bynajmniej tego nie robi. Ona nawet nie śpiewa tam jakoś specjalnie
głośno. To tylko te głosy w głowie… to one…
Cała piosenka kończy się wyciszeniem instrumentów i znów
psychodelicznym „zacinaniem się płyty” (które praktycznie w całej piosence poza
refrenem tworzy jednolite tło od samego początku) i wyszeptanym podsumowaniem:
„People die, but real love is forever”.
W owym szepcie słychać drugi głos (ten z refrenu),
powtarzający to samo zdanie.
Tekst mówi o życiu po śmierci. O miłości, ale i życiu.
Zabawnym trafem w tym albumie znajdujemy nawiązania Biblijne. W tym cytaty z
Biblii i łacińskie słowa (także wypisane, prawie niewidocznie, na okładce
płyty). W utworze „Lies”, najmocniejszym i najbardziej charyzmatycznym utworze
na tej płycie, pojawia się nawiązanie do cierpienia i poświęcenia Jezusa, a
także tekst bezpośrednio
nawiązujący do Listu do Hebrajczyków.
Even in Death przedstawia z kolei życie po śmierci i miłość,
której moc pokonuje śmierć. Jakby nie patrzeć zalatuje tu Biblią. W jakim
stopniu? To już zostawiam ocenie indywidualnej, bo ja nie jestem w stanie chyba
tego osądzić nawet subiektywnie.
Podobno piosenka należy do tych, które Amy pisała po śmierci
swojej siostry. Wyraża w niej ból i cierpienie po jej stracie.
Mocne wstawki dźwiękowe, które co jakiś czas pojawiają się
oszałamiając słuchacza sprzyjają ogólnemu odczuciu jakie się nasuwa po
wsłuchaniu się w dźwięk i przestudiowaniu tekstu- że jest to piosenka o
szaleństwie.
Szaleństwie szeroko pojętym.
Szaleństwie przez samotność w obliczu poznania prawdy, przez
wierność w miłość ukochanego i jego życie po śmierci, przez brak możliwości
działania i zrozumienia tego jak dalej żyć w takiej sytuacji. Szaleństwo z
miłości to zbyt ogólne w obliczu tego wszystkiego, co się tutaj dzieje.
Szaleństwa uzasadnione, nie urojone ani przekoloryzowane.
Teoretycznie ze świadomością życia po śmierci i wyższości
miłości nad nią, powinno być łatwiej zaakceptować czyjeś odejście z tego
świata… czysto teoretycznie tak właśnie powinno być.
Nastrój tego utworu napełnia mnie energią plątaniny emocji.
Nie jest to jedynie smutek i cierpienie wewnętrzne. To jest tłumiony krzyk, to
jest ból fizyczny, rozdarcie i bezsilność, która wydaje się być w tym wszystkim
najgorsza. W trakcie zwrotek i refrenu Even in Death paraliżuje i sprawia, że
jest się jak ta zacięta płyta.
Chce się przejść dalej, ale te 4 minuty i 9 sekund
zatrzymują umysł w stagnacji i chwilowym szaleństwie. Przenoszą do
rzeczywistości, w której człowiek po śmierci ukochanej osoby nie jest w stanie
wykonać kroku na przód.
Rusza się po czym cofa i tak w nieskończoność.
Czuje ból po stracie „na zawsze” mimo wiary, a nawet
pewności, w życie po śmierci i bycie światkiem jawnej koegzystencji zmarłego.
Wewnętrzny spór przekonań – wiary i rozumu – sprawia, że w
głowie coś się zacina i nie jest możliwe wyjście z tego stanu.
Zapętlające się w głowie myśli powtarzają się monotonnie jak
sekundy odliczające do czegoś nieuchronnego. Wtem za zasłoną potężnego wrzasku
stłumionego dźwięcznym szeptem, wybucha w głowie prawdziwa bomba zegarowa
emocji i myśli, która rozlewa po całym ciele żal i bezsilność niczym krew i jad
na którego jedyną surowicą jest bezlitosny czas…
Komentarze
Prześlij komentarz