Czarny Ka


Czasem bywa i tak.



Nie wspomnę na samym wstępie o hulającym wietrze ani suchej ziemi z której usypana była leśna ścieżka. W gruncie rzeczy była wydeptywana przez długie lata chodzenia nią w tą i na zad, jednak w okresie ostatniej dekady stopniowo pustoszała aż do momentu, gdy teraz nie pojawiał się na niej już zupełnie nikt. Las wznosił się z dala od wszelkich osad, a co dopiero mówić o miastach. Miejsca, gdzie można było spotkać tutaj ludzi mieszkających na stałe, było zaledwie trzy.
Pierwszym z nich był dom na skraju lasu, drugim dom leśniczego (lub gajowego, ale jak zwał tak zwał) wybudowany prawie po drugiej stronie rzeczonego gaju, trzecim był dom w lesie, do którego prowadziła ścieżka. Niegdyś całkiem niczego sobie posiadłość z biegiem lat jednak nabrała statusu malowniczej, babcinej chatki. Śmierć „dziadka” sprawiła, że na rozbudowę domu czy ogrodu nie można było już liczyć, mimo tego, że niewątpliwie było to w planach, nawet tych finansowych. Nie był to tragiczny wypadek, chociaż zna się i takich, dla których śmierć ze starości jest dramatyczna i niesprawiedliwa. Tego typu paranoicy mogliby opłakiwać „dziadkowy” zawał, paranoików jednak – tak jak i jakichkolwiek ludzi – brakowało w lesie, więc wszyscy ci którzy w nim byli, prędko pogodzili się z takowym obrotem spraw i obyło się bez wyolbrzymionych lamentów. Na pogrzeb przyszła jego żona, córka, zięć i wnuczka, chociaż ta ostatnia była za młoda by z niego cokolwiek zapamiętać. Catering miałby nie lada problem z dowiezieniem do leśnej posiadłości bardziej wyszukanej strawy więc chcąc nie chcąc charakter uroczystości rodzinny być musiał. Córka przygotowała dziczyznę, którą zięć upolował z leśniczym (lub gajowym). Żona zajęła się ogarnianiem posiadłości, bo stypa mimo, że rodzinna, nie wypadała być coniedzielnym rodzinnym obiadkiem.
Babcina była prostą kobietą, jej zajęcia opierały się głównie na gotowaniu i zajmowaniu się przydomowym ogrodem, gdzie najlepiej rosły pomidory. Zawsze było gdzie wsadzić ręce pod warunkiem, że faktycznie chciało się cokolwiek robić. Na ziemi i nawozach się raczej nie znała więc pomagał jej świętej pamięci mąż, a po jego odejściu - gajowy (zwany też leśniczym). Po latach paru także i wnuczka. Blondyneczka z krótkimi loczkami przychodziła z tatusiem w odwiedziny do babci, gdy tylko wracała z przedszkola. On pracował w tartaku, oddalonym od lasu mniej więcej 30 kilometrów, w tej samej mieścinie otwarto przedszkole i niedługo utrzymującą się szkołę. Nie zawsze miał czas dla córki na dłużej lecz w przerwie obiadowej starał się zawsze odebrać ją z przedszkola wcześniej, zawieść do babci, pomóc co nie co w ogrodzie i wrócić z powrotem na stanowisko jedząc w biegu jakieś kanapki lub wypiekane przez żonę drożdżówki. Czasem zostawał na dłużej napić się z chłopakami piwa, co znacząco uniemożliwiało mi powrót do domu na noc. Facet czasem też musi się wyszaleć, nawet gdy jest jedynie prostym chłopkiem z totalnego zadupia.
Poznał swoją przyszłą żonę gdy jeszcze byli w szkole średniej. Wynajmowała za pieniądze rodziców pokój na spółkę z dwiema przyjaciółkami, które po szkole wyjechały prędko za granice. Wówczas wszystko było proste jak dwa dodać dwa. Byli ze sobą bez większych sensacji, pobrali się i wybudowali dom na skraju lasu. Podczas jego budowy, ambitny facet podłapał bakcyla obróbki drewna i tak trafił do tartaku, gdzie pracował następne parę lat.

                Suche nóżki przemierzyły kolejny odcinek trasy, depcząc bezsilnie suchy piach ścieżki i leżące na niej wysuszone listki. Zbliżała się jesień. Drzewa niebawem w większości stracą liście, ale gołe będą niedługo, bo na tych terenach śnieg spada bardzo szybko i bardzo gęsto. Rozłożyste korony gajowych drzew utrzymują całe jego połacie na swoich gałęziach. Tak było z roku na rok. Gdy dorastała i chodziła lasem za rękę z tatą. Czasem z mamą. Rzadko kiedy, ale nawet z babcią. Było w tych latach coś magicznego. Może to jeszcze poczucie niewiedzy i nieświadomości otaczającego ją świata? Zapewne właśnie o to chodziło, ale niezaprzeczalnie las pamiętał ją tak jak i ona pamiętała jego.
Krok po kroku wchodziła coraz głębiej w szaro-zielony leśny wszechświat, który z perspektywy kogokolwiek stojącego na ścieżce i nie znającego go bardziej, zdawał się faktycznie nie mieć końca. Świergot ptaków i zapach wilgotnych roślin, bzyczenie różnych latających stworzonek, a nieco niżej głuchy odgłos stąpania po suchej dróżce.

Rzadko wracała do tych lat myślami. Nie lubiła rzewnych scen rozpaczy w telewizji, ani wśród znajomych. Starała się być twarda i niewzruszona jak babcia, którą śmierć dziadka średnio przytłoczyła.
Z czasem tylko gdy zaczęła zbytnio przywykać do obiadów gotowanych przez córkę, przynoszonych przez wnuczkę z zięciem i robienia za nią tego i owego, zaczęła miarowo rezygnować z własnych obowiązków domowych i ruszania się. Zaczęła częściej chorować. Nieremontowany dom zachodził na ścianach grzybem. Ponad to okna były nieszczelne i wewnątrz było znacznie chłodniej niż powinno być. Brak wymagań determinował brak ruchu, a ten z kolei choroby. Ogród poszedł w niepamięć. Podwórze zarosło, zdziczało. Las wrócił tam gdzie kilkadziesiąt lat temu był, zanim postawiono posiadłość w samym jego środku.
Niby wciąż była silna, ale ciężko o wywalczenie sztucznej motywacji do robienia czegokolwiek, gdy ma się świadomość tego, że faktycznie nie ma nic konkretnego do roboty. Z tym nie dało się walczyć w żaden sposób. Więc choroby łapały ją bardzo chętnie, a dom wpuszczał je jeszcze chętniej niż powinien.
Niedługo później rozpoczął się sezon na kleszcze. Chociaż w tym lesie nigdy ich nie było, nagle w ciągu jednego lata każdy jego mieszkaniec (prócz babci) znalazł na sobie chociaż jednego nieproszonego pasożyta. Tata z racji rozwoju tartaku siedział w pracy dłużej, przywoził tylko córeczkę do domu, a ta spędzała czas z mamą. Matka jednak pochłonięta domowymi obowiązkami (które z biegiem lat okazały się nie być aż tak gorączkowo niezbędne i wykańczające) starała się, jak to tylko możliwe, zająć czymś dziecko. Nie było jednak zbyt wielu rozrywek w domu, a ktoś musiał chodzić do babci – zanosić jej obiadki i gadać. Patrzeć czy jeszcze się jakoś trzyma. Z racji jej wieku i kleszczy nie puszczali jej samej do lasu, bo martwili się, że córka zejdzie z drogi na krzaki z poziomkami i tam wessie się w nią cała kolonia tego krwiożerczego paskudztwa. Nie daj Boże jeszcze by z tego wyszła potem jaka borelioza czy co jeszcze gorszego. Jednak tamta dorastała i stawała się dziewczynką z dziewczyneczki, którą jeszcze niedawno była. Mama chciała też by ta nauczyła się samodzielności, poza tym w domu nie bardzo miała czas (lub chęci) by ją zabawiać. Uszyła więc pewnego razu dla niej kapturek na głowę, który miała nosić do ochrony przed paskudnymi kleszczami.
Jego kolor był krzykliwy, a krój prosty, ale była to spontaniczna robota na jeden wieczór więc czy czegoś więcej można było oczekiwać po takim kapturku? Dziewczynce się podobał i chodziła w nim nawet do szkoły (gdy była ona jeszcze otwarta), stał się jej atrybutem, po którym rozpoznawano ją wszędzie gdzie tylko ją znano. A jeśli ją znano to z przezwiska jakie sobie nim zaskarbiła, czyli 
Czerwony Kapturek.

                Minęła krzewinki poziomek. O tej porze żadne już tam nie rosły, ale latem było ich tam aż czerwono. Czekała na pamiętny zakręt po przekroczeniu strumienia. Strumień jak to strumień nie zmienił się z upływem lat. Krystaliczna woda, niezbyt rwąca, cholernie zimna i porośnięta z obu stron wysoką trawą i pałkami wodnymi. Pewnego lata nawet wylał się ze swojego korytka, ale na krótko i tylko ten jeden jedyny raz. Po jego przekroczeniu zostało niewiele drogi do zakrętu. Było to swego czasu pamiętne miejsce. Obok rósł stary dąb, który pod koniec podstawówki się ostatecznie przewrócił. Za nim były ciemno-zielone krzaki, które dawniej stanowiły zagadkę. W końcu jednak rozwiązaną.

Pomimo, że tata niezbyt przychylnie patrzył na to by jego córka (nawet odziana w anty-kleszczowy kapturek) sama chodziła po lesie, mama pozwalała bawić się jej coraz częściej na jego skraju, gdy mąż siedział jeszcze w pracy. W końcu wręczyła jej koszyk z jedzeniem i pozwoliła samej iść do babci. Małemu Kapturkowi omal nie wypadły ze zdumienia oczy. Uśmiech zalał pyzatą twarzyczkę, a nogi stały się tupiąco-niecierpliwe. Mama jednak sama miała bezpodstawne obawy co do tego wszystkiego. Kazała jej pod żadnym pozorem ze ścieżki nie schodzić, nie zbliżać się do zwierząt, ani się nie ociągać. Wieczorem razem z tatą mieli ją stamtąd zabrać. Córeczka była porażona tym jak dorosła jest jej misja więc na wszystko zgodziła się, a następnie rytmicznym krokiem pognała w las.
Cała misja przebiegała ekscytująco, ale stanowczo za szybko. Po przejściu strumienia zmęczyła się i przystanęła na chwilę przy starym dębie. Za nim rosły tamte krzaki, które wciąż tam rosną. I dochodził z nich szelest. To nie ptaki, bo nie słychać było ćwierkania, ani też owady czy wietrzyk. Tam coś było.
Zamiast iść dalej wpatrywała się w nie, oczekując wyjścia tajemniczego stworzenia. Wtem pojawił się. Czarny jak noc, nastroszony jak dzik, ale większy, z wściekło-czerwonymi oczyma, czerwieńszymi nawet od czerwoności kapturka Czerwonego Kapturka. 
Wilk.

                Doszła do zakrętu przystając na chwilę, jednak odwróciła się na wspomnienie tamtych wydarzeń. Patrzyła na te same krzaki, ale tym razem nie interesowało jej, czy coś jest w środku. Nie przez strach, bardziej obojętność nią teraz kierowała. To były stare dzieje. Rozdział zupełnie zamknięty, mimo że otworzył on w jej życiu nowy okres, który w pewnym stopniu wciąż trwał.

Wtedy zupełnie sparaliżowało ją. Nie wiedziała, co robić. Biec? Krzyczeć? Była za młoda by zdawać sobie sprawę z zagrożenia życia, ale z zagrożenia zdawała sobie wówczas sprawę zupełnie jasno. Podszedł do niej, otworzył paszczę i spytał, co tu robi, co ma w koszyczku, kim jest… Postanowiła być grzeczna i odpowiadać na pytania, ale wiedziała, że ani mama ani tata nie byliby z tego zadowoleni. Ciekawe, co oni zrobiliby na jej miejscu?
Zaczęła jakoś go spławiać, starać się iść i nie mówić za wiele. Wilk mimo swojego przerażającego wyglądu zdawał się być spokojny, nawet sympatyczny, ale jednak wizualnie odpychał Kapturka jak najdalej od siebie.

                Teraz sama już nie wiedziała, czy to dobrze się stało czy źle, że stało się jak się stało. Nie było jej to tak obojętne jak to, czy w krzakach wciąż zamieszkuje Wilk, ale jednak nie chciała zbytnio się nad tym rozwodzić. Stało się i tyle. Może gdzieś w innej czasoprzestrzeni nie przystanęła przy tym starym dębie i nie czekała na nie wiadomo co, ale z pewnością nie w tej. W tej czasoprzestrzeni zdarzyło się właśnie tak i nie da się cofnąć tego posunięcia chociażby rozmyślając nad tym kolejną dekadę.
Idąc pogrążona w swoich wspomnieniach i rozmyśleniach nie zauważyła nawet, że ptaki umilkły, a parę kroków za nią podążał koszmar sprzed lat.
Instynktownie odwróciła się i stanęła oko w oko z nim. Z Wilkiem we własnej osobie.
Nieprzelękniona stała chwilę, zdającą się trwać całą wieczność, przed tym gdy ten przemówił:
- Witaj Kapturku. Witaj ponownie. – Głos miał zachrypnięty. Jego przeciągane „r” nie było już tak efektywnie mrrrrroczne, jak przed laty.
- Nie zmieniłeś się zbytnio. – Stwierdziła, rzucając mu serię przenikliwych spojrzeń. – Poza tym, że lekko osiwiało ci futro, a oczy zaszły mgłą.
- Lata lecą. Zęby też nie te same co kiedyś. – Parsknął śmiechem wciąż jednak zachowując powagę i czujność. – Ty się zmieniłaś… - Zbliżył się wyostrzając matowe spojrzenie. Uniósł łeb ku górze z niepokojem stwierdzając. – Zmieniłaś się.
- Lata lecą. – Powtórzyła za nim odwracając się i kontynuując przemarsz ścieżką.
Wilk nie dał jednak za wygraną i dołączył idąc po jej prawej stronie.
- Tak się zastanawiałem widząc jak znów tędy idziesz… - Zaczął wciąż wpatrując się w nią szukając odpowiedzi na pytania, jakie wirowały w jego głowie. - …podejść czy nie podejść. Ale ciekawość tego, co cię tu sprowadza wzięła nade mną górę. Musisz mi wybaczyć, to taki zwierzęcy instynkt.
- Nie mam ochoty na rozmowy. – Rzuciła przez ramię.
- Po tylu latach? Nie masz nic do powiedzenia? – Zdziwił się podstarzały wilk. – Co z twoim kapturkiem? Co tym razem masz w koszyczku? Dokąd… - Zawahał się - …dokąd ty idziesz, Czerwony Kapturku?
Jakoś mimo woli zwolniła kroku. Szła teraz powolnym spacerem w milczeniu, ze spojrzeniem wbitym w ziemię jak pal. Podświadomie liczyła większe kamienie na ścieżce, nie chciała wchodzić w rozmowę. Nie miała nastroju na wyjaśnienia. Tłumaczenia. Dalsze wspomnienia.
- Może powinnam ci podziękować? – Usłyszała swój głos. Nie była pewna, czy faktycznie powinna to mówić, ale jakoś i tak nic to nie zmieni.
- Mi? Podziękować? – Zdziwił się wilk zachodząc jej drogę. – Ale za co?
- Muszę iść. Nie zatrzymuj mnie. – Powiedziała wymijając go, jednocześnie wymijając zgrabnie jego pytania.
- Za co mogłabyś mi dziękować? – Wciąż pytał wilk podążając za nią. – Czy nie powinnaś oczekiwać przeprosin? Czegoś w tym rodzaju?
- Lata minęły od tamtego zdarzenia. – Wydukała. – Chyba więcej dobrego to przyniosło niż złego.
- Wszystko zależy, co masz na myśli. – Stwierdził podejrzliwie. – O co chodzi?
Nie chciała mu tego opowiadać. Sam wiedział, że sprawy po jego włamaniu do domu babci potoczyły się dość… niefortunnie. Nie był jednak widocznie świadomy, a na pewno nie tak jak mógłby być, jak dokładnie wszystko uległo zmianie.
- Gdyby nie twoje wścibstwo i zachłanność rodzice pewnie wciąż żyliby w kłamstwie. – Stwierdziła. Jej oczy wciąż wbijały się w grunt spod stóp tak jakby próbowały zapuścić w tej suchej ziemi korzenie.
Wilk zatrwożył się. Wyglądał jakby myślał nad tym bardziej intensywnie niż faktycznie było. Ona zdała sobie sprawę, że bezwiednie stanęła na drodze i od razu znowu ruszyła z miejsca.
- Doskonale zdawałem sobie sprawę z oszczerstw twojej matki. – Warknął zza jej pleców. – Ale nie moją sprawą było to wszystko, co działo się w waszym domu. Wolałem pozostawić sprawy losowi.
- Jednak do domu babci jakoś chętnie wlazłeś. – Zauważyła. – Czego tam szukałeś? Serio chciałeś nas zjeść? Może zgwałcić mnie? – Rzuciła. Fakt, że gdy już dorosła zdarzało jej się zastanawiać czy Wilk nie był tylko włochatym pedofilem. Jakimś psycholem i zbokiem, który ją śledził aż znalazła się w końcu sama.
- Ja? – Wyrzucił z siebie, podchodząc do niej znów. Zaczął kasłać chwilę, jakby zakrztusił się czymś porządnie, ale to chyba były tylko starcze problemy z płucami. – Mnie dzieci nigdy nie rajcowały. – Wytłumaczył się. – Tamtego dnia, gdy tak stałaś niewinnie przy dębie i zapuszczałaś bezwstydne spojrzenia w moje krzaczki coś mnie podkusiło żeby do ciebie podejść i zagadać. Wielokrotnie widziałem jak chodzisz z ojcem po lesie. Tego dnia nie było ani jego, ani tej dziwki.
Zmroziło jej krew w żyłach. Ostatni raz jej matkę nazwali tak w jej obecności jakieś 4 lata temu, pod budynkiem sądu. Na myśl o tym wszystkim aż kolana się pod nią ugięły. Znów smutek przysłonił jej oczy i odebrał głos.
Wilk najprawdopodobniej wyczuł to. Zwierzęta podobno mają zdolność wywęszenia strachu, słabości, czasem nawet smutku i niewinności. Zwykło się mówić, że jak piesek bawi się z dzieckiem to dlatego, że bobasek ma dobre i czyste serduszko, a zwierzątka takie rzeczy czują. Nigdy nie wiedziała, czy jest w tym jakieś ziarenko prawdy, ale w tej chwili poczuła jak wilk czuje to co i ona czuje. Imponujące.
- Ja do tego domu wszedłem na totalnym luzie. – Opowiadał. – Szczerze mówiąc to zupełnie nie pamiętam co mną wtedy kierowało, ale gdy tamten wlazł to myślałem, że już po mnie.
- Jak cię w tym domu zastałam.. – Rzekła zawahawszy się. – Na początku faktycznie sądziłam, że to babcia, ale gdy tylko się odezwałeś to już widziałam, że ktoś inny… Coś innego… Jakby leśnik nie przyszedł to do dziś dręczy mnie, co mógłbyś zrobić.
- Heh! – Parsknął – Podoba mi się ten respekt z twojej strony, ale w gruncie rzeczy wątpię, że mógłbym wtedy zrobić coś… złego. Więc nie rozwiążę tej zagadki, przykro mi.
- Nie oczekiwałam, że to zrobisz. Teraz i tak jest to już bez znaczenia. – Odparła prąc przed siebie.
- Tata przeniósł się do miasta? – Zagadał ponownie.
Nie miała ochoty z nim o tym rozmawiać, ale jednak wymiary jej obojętności w tej sprawie przebiły nawet tą niechęć.
- Najpierw on, parę lat później po rozwodzie dołączyłam do niego. Matka próbowała mnie zatrzymać, ale jak dla mnie nie miała już nic do gadania.
- Widziałem ją w lesie w tamte dni. – Szeptał okrążając ją gdy ta znowu zahamowała. – Widziałem jak go kusiła. Jak żmija. Albo kocica. A potem jak pieprzyli się po krzakach. Potem przychodził do waszego domu, gdy jechałaś z ojcem do miasta. Co rano. Każdego dnia. Rżnęli się w kuchni. Wszystko widziałem.
Ruszyła.
- Widziałem jaka z niej była interesowna szmata. Po paru miesiącach twierdziła, że ją sumienie zżera i chciała żeby jej płacił. Ha! – Parsknął, znów zanosząc się po tym kaszlem. To chyba nie były starcze problemy. Raczej jakieś nieleczone choróbsko. – Gówno prawda. Twój tata przynosił dla niej za mało kasy, a ona łapczywa chciała mieć zabezpieczenie na wypadek gdyby się dowiedział i chciał ją po tym zostawić.
Szła przed siebie.
- Tamtego dnia szedł do niej, bo zapowiedziała że wyśle cię do babci na całe popołudnie. Przechodził pod domem i zobaczył mnie wewnątrz jak rozmawiałem z tobą. Sukinsyn wyszedł na bohatera, ale na krótko, jak mniemam… Jak skończyła się ta przygoda? Od tamtego incydentu trzymałem się od was z daleka więc nie widziałem już tyle ile dotychczas. Musiałem chować się po norach jak szczur. Takie wielgachne pieski jak ja to okazy kolekcjonerskie.
- Ojciec wpadł w furię, że ona pozwoliła mi iść lasem sama. Tydzień później po przywiezieniu mnie ze szkoły został w na boku i patrzył, czy znowu to zrobi. Ona puściła mnie do lasu ponownie. Ponownie samą. Wtedy przyszedł leśnik. Tata nakrył ich razem. – Wyznała. – To był początek tego wszystkiego. Babcia długo nie pociągnęła. Twoje wtargnięcie do domu, awantura z leśnikiem, a potem zdrada i rozwód jej jedynej córki wpędził ją do grobu. Następnego roku było już tylko gorzej. – Jej słowa same wychodziły z ust. Niepowstrzymane przez nic jak leśny strumień lub górska lawina. – Popadł w alkoholizm. Ona została z leśnikiem tu, aż tamten miał wypadek i umarł. Nie do końca wiem, co dokładnie…
- Drzewo. – Przerwał jej. – Tego gnoja przygniotło drzewo, które miał wywieść z lasu.
- Och… - Niewzruszenie kontynuowała. – Matka nagle zechciała wrócić do rodziny, ale no niekoniecznie ojciec chciał tego samego. Minęły lata od kiedy byli razem, a przez ten cały czas ona zabawiała się z gajowym. Sprzedała dom i przeniosła się do miasta. Ojciec nie miał siły patrzeć na nią, a ona przychodziła pod nasz dom i pukała. Każdego dnia. Potem wyzywała go. Klęła, że ją zostawił, że jest skurwysynem bez serca. Któregoś dnia wyskoczył z okna. Pół roku temu.
Wilk milczał. Głośny oddech wydobywał się z paszczy. To bezsprzecznie musiała być jakaś choroba płuc. Ton głosu, kaszel i te donośne oddechy- wszystko wskazywało właśnie na to.
- Dlatego jest czarny? – Wskazał łapą na jej kaptur.
Pokiwała głową idąc dalej drogą. Niedaleko już będzie dom, do którego zmierzała. Już zaraz jej podróż dobiegnie końca.
- Co masz w koszyczku, Czarny Kapturku? – Zapytał podejrzliwie dotrzymując jej kroku.
- Sznur.
- Po co? – Zapytał nerwowo oczekując oczywistej odpowiedzi. Nie uzyskał jej. Ani tej ani żadnej innej. – Po co? – Zaszedł jej drogę lecz ta wyminęła go. – Nie bądź idiotką jak twoja matka. – Dotknęło ją to. Zabolało mimo tego jak rozlegle już bolało ją wszystko wewnątrz i na zewnątrz. Wciąż mogło być gorzej. Zadziwiające, ale Wilk w tamtej chwili jej to jeszcze udowodnił. – Masz po co żyć na tym zasranym świecie. Nawet ja mam. – Zapewniał ją. – Masz dla kogo. Ja nie mam. Mnie nikt nie potrzebuje. Od lat mam watahy, ani domu. – Milczała. – Egoistyczna szmato, nie straciłem nadziei, że wciąż może się to zmienić! Nie tracę nadziei po tylu latach! Może znajdzie się ktoś, dla kogo stary, dziki Wilk się udomowi. – Uniósł głos znów wtórując sobie kaszlem.
Przystanął by odcharknąć flegmę, gdy przed nią zza drzew ukazała się babcina chata sprzed lat. Opuszczona, odrapana, ale pełna świeżych wspomnień o życiu i śmierci.
- Cholero! – Zachrypnięty krzyknął za nią. – Nie tylko ty chodzisz po tym świecie sama. Porzucona, niechciana i obłąkana! Od zawsze jestem całkiem sam. Ty masz szczęście, że ktokolwiek przy tobie był.
Delikatny wiatr powiał jej twarz. Łaskocząc mokre od łez policzki chłodem leśnego zachodu słońca, który właśnie nadciągał. Klucz do tego domu tyle lat przeleżał w jej szufladzie, że trudno uwierzyć, że po tym całym czasie został wyjęty.
Przekręciła zamek i z trudem pchnęła drzwi odsłaniając przed swoim obliczem cuchnące stęchlizną wnętrze domu.
- Idź! Idź w pizdu jak twój ojciec i ten sukinsyn gajowy! – Darł się za nią Wilk. – Idź mała dziwko, nikt cię nie potrzebuje! Twoja puszczalska matka też! Ani ja! Nie potrzebuję cię! Jak wyjdziesz z tego domu żywa to własnoręcznie cię zamorduję, będę tu na ciebie czekał, bo też nie mam nic lepszego do roboty w tym popierdolonym życiu. – Podbiegł do drzwi. – Słyszysz co do ciebie mówię? – Zapytał groźnie, gdy ona zamykała drzwi ze spojrzeniem wbitym we framugę. Zwinął łapę w pięść i wymierzył trzy potężne uderzenia powyżej klamki. – Będę tu czekał! I nawet nie myśl, że ustąpię.



Zajęło jej to kwadrans. Zawahała się tylko raz, ale ostatecznie zrobiła to. Nie żałowała, bo nie miała praktycznie czego. Jej życie było porażką i jednym wielkim pasmem smutku od kiedy romans matki z leśniczym wyszedł na jaw. Nic lepszego nie miała do roboty.
Wilk czekał na nią, a to czekanie nie miało końca. Z początku beznamiętnie i bez nerwów, potem coraz bardziej zły i bezsilnie smutny, aż kompletnie załamany zaczął krążyć dookoła domu wyklinając życie i cały paskudny wszechświat.
Nie spodziewał się, że ją jeszcze spotka i że w takim stanie. Że ukradkiem w akcie desperacji złoży jej tak absurdalną propozycję.
Ten dzień zmienił tak wiele.
Ale ona nie żałowała. Było jej trudno z początku, ale nie żałowała.
Nawet udało jej się wyleczyć jego chore płuca. Gdy już zamieszkali razem w lesie, który od zawsze był domem ich obu zbłąkanych i samotnych dusz.



Komentarze