Szklana Góra- Symbolika Aktów III - VI


Postać już przy pierwszym spojrzeniu na naszego, wyglądającego jak kompletny menel, bohatera zarzuca mu jego wygląd.
Prawdziwy mężczyzna faktycznie w każdej sytuacji musi wyglądać godnie i pięknie? Przecież to nie dama! To nie drogi zegarek, nowy telefon, garnitur czy samochód czyni faceta facetem. Ale Postać twierdzi inaczej:

Czemuś jest szmatławcem, a nie dostojnikiem?

Tak jakby „szmatławiec” nie mógł być większym mężczyzną od jakiegoś prezesa w koszuli i z wielkim brzuchem.
Z innej już beczki, nasza Postać jest przerażona, boi się bólu i śmierci.

Matko Święta, tyś prawdziwy?! 
Czyś kolejnym jest odbiciem? 
Ja tu w końcu stracę życie!

Jednak materializm szybko przysłania mu te uczucia. Gdy dociera do niego, że ktoś faktycznie tu jest, szybko wyzbywa się tych uczuć jakby zapominając o nich.

Dawaj! Zakład ja wygrałem, widzisz! 
Pewno teraz sam się wstydzisz! 
Wejść na Szklaną Górę zdołałem, 
Prawie na samym szczycie już stałem! 
Wygrałem, wygrałem, wygrałem!

Ten strachajło, żeby komuś zaimponować, popisać się i zdobyć szmal stawia na szali swoje życie wyruszając w morderczą podróż na Szklaną Górę zupełnie nie będąc do tego przygotowanym ani fizycznie ani psychicznie. Mimo tego wycieńczenia, które widać było po nim tylko w pierwszej wypowiedzi, ma na tyle siły by bez przemyślenia, w totalnej brawurze i niekontrolowanym gniewie, wynikającym z chciwości, rzucić się z nożem na nieznajomego „szmatławca”. Nie ma do niego już bowiem szacunku, a jeśli ten nie jest w stanie dać mu żadnych dóbr, to nie jest też dla niego nic wart. Ta lekkomyślna i gwałtowna decyzja kosztuje go życie.
Przed śmiercią wyznaje:

Nie widziałem końca tej tortury… 
Szczyt tej góry, słonią chmury…

Przyznaje się, że nie starczyło mu sił by wejść na sam szczyt. Wyładował swój gniew na samego siebie rzucając się na Wędrowca, który w jego oczach był od niego gorszy. Umierając przekazuje mu wiedzę o położeniu szczytu. Ostrzega, że jest on aż ponad chmurami.

Potem znów pojawia się Żona Wiatru tym razem jednak nie jest kompletnie ubrana.
W dodatku ta szmata zaczyna rymować:

Kroczysz ciężko, z nogą odmrożoną, 
Z twarzą strapioną. 
Śmierć szaleńca cię przelękła, 
Jakaś z granic w sercu pękła.

Odszedł dalej, ale to zdarzenie pozostawiło piętno na jego psychice. Miał dobre serce. Żal mu było, że szaleniec w pogoni za kasą stracił życie na jego oczach.
Potem opisuje nam mniej więcej sytuacje w jakiej znajduje się Wędrowiec:

Teraz coraz wyżej idziesz dzielnie, ale strach cię trawi 
I spojrzenie własnej twarzy, zewsząd twoje zmysły pali. 
I chodź sam zmarszczony jesteś i twe lico smutek trzyma, 
Lustra dookoła szyderczo się śmieją, inna jest twa na nich mina. 
Małe diabły zewsząd rzucają spojrzenia, 
Dodając jedynie kolejnego utrapienia.

Jakbyś się czuł jakby zewsząd otaczały cię twoje podobizny? Gdziekolwiek byś się nie spojrzał, tam widziałbyś twoją krzywą atrapę. Nie mógłbyś się uwolnić od tego w żaden sposób. Ktoś na ciebie patrzy. WSZĘDZIE! Trochę jak na scenie, kiedy cała widownia patrzy na ciebie. Wszyscy czekają aż popełnisz błąd. A każda osoba to część ciebie.
Rozdziera szatę z bólu.

Może nie czujesz, ale umierasz…

Umiera. Przestaje być tym kim był. Niedługo się odrodzi jako ktoś zupełnie inny, ale bez spoilerów.

Jednak uparcie na przód wciąż przesz i przesz! 
I nie wiesz, co cię potem czeka, 
ALE IDZIESZ, NIE NARZEKASZ.

Bo to o to chodzi w życiu. Żeby iść przed siebie pomimo wszystko.

Widzi na swej drodze kolejną postać, ale tym razem ostrożnie podchodzi bez słowa. Boi się, że i ten człowiek go zaatakuje.
Ten słysząc go, od razu mówi:

Wiem po co przychodzisz, wiem też czego szukasz. 
Życie swe na szali śmierci bardzo błaho rzucasz. 
Jeśli wiesz, gdzie idziesz to nie dojdziesz tam. 
Bo twe cele są fałszywe tak jak i tyś jest sam.

Pewny siebie, przemądrzały, ten co wszystkie rozumy pozjadał. Przestrzega i chce zniechęcić przed dalszą drogą, bo skoro on nie dał rady to przecież nikt inny też nie da rady. Gdy pokazuje, że jest ślepy to zaczyna się rozpaczliwie tłumaczyć, żeby nie wyszło, ze jednak stchórzył:

Byłem bliski zapomnienia, 
Byłem bliski zatracenia. 
Ja musiałem…Choć nie chciałem… 
By patrzeć w fałszywe ślepia swoje, siły już nie miałem, 
Tak też bitwę tam stoczyłem i się ślepcem stałem.

W rzeczywistości poddał się trudnościom. Myślał, że pójście na łatwiznę i oślepienie się pomoże mu, jednak to było chwilowe rozwiązanie, a potem, gdy już zrozumiał, że się mylił, to zwyczajnie się załamał.
Sądził, że da radę dojść na szczyt, ale przecenił siebie i swoją wytrwałość.

Nie ziściły się me plany.

Był słaby. Przez to, miał niską samoocenę. Chciał sobie coś udowodnić wchodząc na tą górę. Chciał być perfekcjonistą i osiągnąć coś, co było ponad jego siły. W krytycznej chwili poszedł (wcześniej wspomnianą) na łatwiznę i tak skończył.
Teraz ktoś inny mógł być lepszy od niego, miał on szanse wejść na szczyt bez odbierania sobie wzroku. Ślepiec rozumiał w tym momencie, że nie osiągnął nic szczególnego. Poddał się depresji i zrezygnował z życia, które sam sobie zniszczył. Umierając ostrzegł:

Tam gdzie ciemne chmury, a lustra różane… 
Tam twe myśli potoczą z ust wściekłą pianę…

Naga Żona Wiatru rymuje potem dalszą część podróży:

Tam przystanął godzin parę, 
Nie odpoczął jednak wcale. 
Strach mu zmrużyć oka nie dał,

Wszystko dlatego, że zaczynał mieć wątpliwości. Jego nadzieja i wiara we własne umiejętności została zachwiana po tym, co widział. Wtedy jednak, uosobiona w jego myślach, nadzieja, która umiera (a nadzieja umiera przecież ostatnia), zaczęła go jakoś ogarniać:

„Mój WĘDROWCZE, poddać się- to triumf złego! 
Już zaszedłeś tak daleko! 
Nie zagaszaj światła mego!”

Poddać się to zła droga. To nie ulega wątpliwości.
Ilość drogi, którą już przebył natchnęła go siłą do tego by znów wstać. Poczuł się znów mężczyzną.

Pokaleczył przy tym całą resztę swoich nóg, 
ALE WSTAŁ, BO CZUŁ, ŻE MÓGŁ.

To chyba mój ulubiony cytat tego dramatu. Chciał wstać, czuł też, że mógł to zrobić. A gdy się naprawdę czegoś chce to ani ból kaleczonych nóg, ani załamanie psychiczne, nie przeszkodzi w tym by wziąć się za siebie, stanąć na nogi i ruszyć przed siebie. Tak naprawdę to wystarczy tylko chcieć. Jak się już czegoś NAPRAWDĘ chce, to już nic nie powinno stać człowiekowi na przeszkodzie.

I nadchodzi najbardziej symboliczny z aktów, ale o nim w następnej części, bo tu jest już tego stanowczo za dużo jak na jeden raz...



Komentarze