Szklana Góra - AKT IV


AKT IV

Wchodzi półnaga ŻONA WIATRU.

ŻONA WIATRU
Mój wędrowcze, mój kochanku…
O poranku wpadłeś znów w ramiona moje,
Dalej ciągniesz swoje znoje.
Kroczysz ciężko, z nogą odmrożoną,
Z twarzą strapioną.
Śmierć szaleńca cię przelękła,
Jakaś z granic w sercu pękła.
Teraz coraz wyżej idziesz dzielnie, ale strach cię trawi
I spojrzenie własnej twarzy, zewsząd twoje zmysły pali.
I chodź sam zmarszczony jesteś i twe lico smutek trzyma,
Lustra dookoła szyderczo się śmieją, inna jest twa na nich mina.
Małe diabły zewsząd rzucają spojrzenia,
Dodając jedynie kolejnego utrapienia.
Mój ty dzielny, mój wytrwały,
Jesteś wielki, chociaż mały.
Szatę znów rozdzierasz,
Ręce chłodne ocierasz,
Może nie czujesz, ale umierasz…
Może nie masz już nadziei, może dobrze o tym wiesz,
Jednak uparcie na przód wciąż przesz i przesz!
I nie wiesz, co cię potem czeka,
ALE IDZIESZ, NIE NARZEKASZ.
Aż mnie boli kiedy widzę, twe dziurawe nogi całe!
Aż okrywać chcę je moim własnym ciałem!
Wzrok odwracam cała w żalu…
Do twych bóli w każdym calu…




Komentarze