Szklana Góra - AKT II


AKT II

Wchodzi ŻONA WIATRU w piękną suknię przyodziana.

ŻONA WIATRU
O twój, smutny, kruchy losie…
W gąszczu ciemnej, nieskalanej słowem kniei,
Przeklętej gestem prostej gawiedzi,
Mknie mocarz z sercem na ramieniu.

Rumak jego w nogach jego, wsparcie zaś miał w dłoniach.
I choć mój mąż wstrzymać go chciał, a ludzie zewsząd odradzali mu,
Ten decyzje już podjął by Szczyt Szklany zdobyć.
Doszedł do podnóża, gdzie chmura wieczna nad głową wisi,
Okiem swym zadziwionym spojrzał.
Ludzie kłamstwa wysnuwali.
Góra tamta nie jest szklana.
Z luster zbitych usypana patrzy jego własnym wzrokiem nań,
A fragmenty luster z jego wizerunkiem, krwią nieznaną poplamione są.
Schody z nich usypane ku górze prowadzą.
Zapraszają WĘDROWCA by ten poznał jej sekrety.

Pierwszy krok postawić na niej raczył,
Nogę jednak prędko cofnął,
Odbicia jego od razu przebiły podeszwę buta.
Stopę nieświadomą bólu poraniły znienacka.
Wiedział już w tej krótkiej chwili,
Wzgórze to cierpienie niesie i jest ostoją bólu.
Wejdzie się na szczyt tylko wtedy,
Kiedy wytrzyma się rozpaczliwy krzyk swych ranionych członków.

Chłód kawałków luster jest jak okład z lodu.
Buty więc zdjął mądrze i zostawił z boku.
Znów przymierzył się do pierwszego stopnia.
Ponoć pierwszy z kroków najważniejszy, a zarazem najtrudniejszy.

Kawałeczki lustereczek…
Dziurawiły powolutku…
Lecz skostniała skóra podeszw nie czuje już bólu tak mocno.
Jedna noga stoi, ale jeszcze jednej trzeba.
Westchnął więc głęboko.
Ruszył i tą drugą.
Teraz to już będzie z górki, choć pod górę iść mu będzie trzeba.
Nogami przebiera rytmicznie mimo roztrzęsionych kolan,
Skarpetami więc obwiązał je by te nie zginały zbytnio się.
Idzie patrząc pod swe nogi,
Przygarbiony chce umniejszyć swojej trwogi.

Stęknie czasem.
Czoło się poci, a ciało nieraz głośno zawoła.
Obserwując drogę patrzy na swą gorycz,
Lustra krzywo odbijają jego nędzny profil.
Zaglądając sobie w oczy widzi ból i żal,
Idzie jednak.
Twardo kroczy w drodze,
Krocząc w trwodze…




Komentarze