2. Ruet
Noc była ciepła. Przez zamkowe mury nie wdzierał się ani
chłód, ani wschodni wiatr.
Kolejny dzień spędzony na badaniach wszelkiej maści. Tak to
miało miejsce przez 3 dni z rzędu, aż do operacji, na którą Irena oczekiwała ze
zniecierpliwieniem. Problemem nie był dla niej stres, czy szpitalne żarcie,
które jednak nadawało się do jakiejś konsumpcji, ale sam fakt przebywania w tym
ośrodku wsród rozpadających się babć i dziadków.
Całe to "grzebanko w kolanku" trwało 4 godziny.
Pacjentka Tarińska miała zostać wypisana od razu po krótkim okresie obserwacyjno-rehabilitacyjnym
w którym to lekarze mieli ocenić, czy nie spartolili roboty.
Tego dnia leżała w łóżku, bo jej problem ze zgięciem kolana
powodował, że nie miała ochoty na wysiłek w formie jakiegokolwiek wychodzenia z
pokoju. Oglądała sobie "Trudne Sprawy", zadzwoniły córki, a potem
siostra Natalia przyniosła jej obiadek do łóżka i chwile poopowiadala niezbyt
ciekawe dzieje szpitala i samej konstrukcji twierdzy.
Fascynatka historii.
Irena grzebiąc sobie w uchu dziwiła się, co tak młoda i
sympatyczna dziewczyna ze smykałką do humanistyki robiła jako jakaś siostra...
Pewnie to przejściowa praca po znajomości, chociaż niby wymagają jakiegoś tam
dyplomu i wykształcenia.
Czyżby człowiek orkiestra?
Irena umiała kiedyś jednocześnie grać na fortepianie i
śpiewać, ale na tym jej podzielność uwagi kończyła się.
Zbliżał się wieczór i pani Tarińska doszła do wniosku ze
można by było przejść się do łazienki bez fatygowania sióstr, czy też robienia
pod siebie.
Z delikatnym trudem usiadła na łóżku i jak się okazało
kolano nawet całkiem dobrze się sprawowało. Wstała i o jednej kuli wyszła na
korytarz. Budynek był stary wiec kibelek był podzielony na 3 pokoje. Niezbyt
wygodne, ale za czasów kiedy budowali te pokoje to na prawdę nikt nawet nie
śnił o wynalazkach, jakie w tym zamku są dzisiaj. Otworzyła drzwi i do jej uszu
dotarł od razu wyraźny dźwięk szlochania. Lekko zdziwiona zapaliła odruchowo światło
i ujrzała w rogu skuloną pacjentkę.
- Och a co to? - Wymsknęło jej się. – Przepraszam, czy
wszystko w porządku? Proszę wstać! -Kobieta nie reagowała. Obejmowała rękoma
nogi, a potem wytarła o nie zapłakane oczy.
- Halo? Słyszy mnie pani? - Podeszła krok bliżej.
Zapłakana podniosła na nią gwałtownie wzrok.
- O matko, przepraszam! – Wrzasnęła. - Nie zauważyłam pani.
Nie najlepiej słyszę, a miałam zamknięte oczy. O matko, przepraszam! -
Wymamrotała na jednym wdechu.
- W porządku, rozumiem, ale co tu się dzieje? Dlaczego pani
płacze?
- Nie! Nic nie... - Pokręciła nerwowo głową - Niech mi
pani wybaczy, już wracam do swojego pokoju.
Załamania nerwowe
się zdarzają i za takie właśnie, Irena wzięła to dziwne zachowanie,
przynajmniej do momentu w którym kobieta wstała i rzekła:
- W szpitalu
jestem już ponad 2 tygodnie... – Poinformowała. - Pod koniec pierwszego zaczęły
mnie nękać koszmary, bardzo realistyczne... – Zamyśliła się. - Ciężko mi uwierzyć,
że to wszystko co widziałam, było jedynie snem.
Tarińska
milczała. Miała pustkę w głowie przez ulgę, którą poczuła po tym, jak kobieta
okazała się być niegroźna. Nie miała przecież w swoim aktualnym stanie możliwości
by, na wszelki wypadek, brać nogi za pas. Kolano nie było jeszcze na to gotowe.
- Niech pani
wraca do łóżka i trochę odpocznie. – Nakazała.
- Jeszcze raz
przepraszam za zamieszanie. – Odparła po czym wyszła.
Dwa tygodnie? Na co ta kobieta mogła chorować
by leczenie trwało aż tak długo?
Komentarze
Prześlij komentarz