Czwórka 4

I oto finał... 
Wszystko staje się jasne.



Wszedł za mną.
Piąta,
szósta,
siódma,
ósma.
Co robisz?
Nie odpowiedziałem.
Kto zajmie się kościołem?
Miał rację.
Zacisnąłem pas mocniej.
On podszedł i zabrał mi go, a potem wyrzucił przed okno nie wyglądając przez nie.
Chcę się wyspowiadać.
Ale ja nie jestem księdzem.
Wymamrotałem.
Ale chcę do spowiedzi.
Wtedy uświadomiłem sobie, że w kościele nie mamy konfesjonału.
Dzwon zabił, ale zignorowałem go.
Nie mam konfesjonału.
Co teraz?
Rozejrzałem się.
Nie wiem…
Łzy podeszły mi do oczu, a serce do gardła.
Proszę nie krzycz…
A może szafa?
Zaproponował któryś z nas.
Spojrzałem na nią. Potem wstałem drapiąc się po szyi w miejscu, na którym miałem zaciśnięty pas.
Zacząłem wrzucać pod łóżko ubrania. Wrzucałem, wrzucałem aż szafa była pusta. Wtedy chwyciłem ją i wyniosłem do kościoła, przez skrzypiące drzwi od pokoju i ustawiłem tuż obok nich, pomiędzy nimi, a pierwszą zapalaną świecą.
On wszedł do środka przez prawe drzwi a ja przez lewe. Siedzieliśmy tam nie widząc się.
Możesz zaczynać.
Powiedziałem.
Dobrze.
Nastała chwila ciszy.
Teraz ty.
Powiedział.
To wszystko?
Zapytałem.
Więcej grzechów nie pamiętam. Teraz ty.
Zastanowiłem się.
Pierwsze… Unosiłem się gniewem, krzyczałem w kościele…
Wyznałem.
Drugie… Kłamałem. Byłem nieuczciwy i oszukałem, że jestem księdzem, gdy ja nim wcale nie jestem i nie byłem i nie chciałem być.
Kontynuowałem.
Trzecie… Byłem niegrzeczny, chciałem wyrzucić kogoś, kto nic mi nie zrobił. Rządziłem się w kościele jakby był mój, a nie jest mój. Brakowało mi pokory, to była pycha.
Nad ostatnim się zastanowiłem chwilę. Po czym dotarło do mnie to najgorsze.
Czwarte… Byłem leniwy. Nie chciałem lizać kamieni. Stroniłem od wykonywania swoich obowiązków.
Chwila ciszy.
Więcej grzechów nie pamiętam. Przepraszam.
Znów chwila ciszy.
Wtem odezwał się z drugiej części szafy:
Dlaczego w kościele nie ma krzyży, nie ma obrazów, nie ma Biblii, nie ma figurek ani niczego związanego z Bogiem?
Nie wiem.
Czemu twój kościół jest bezbożny?
Nie wiem.
Dlaczego kamienie płaczą?
One tylko przeciekają…
Nie. One płaczą.
Nie wiem.
Czemu nie pierzesz ubrań tylko ja wyrzucasz?
Bo są nieczyste.
Kto dzwoni dzwonami?
Nie wiem.
Czym się żywisz?
Niczym.
Nastała cisza.
Czemu nigdzie nie wyjdziesz?
Bo muszę pilnować kościoła.
Musisz jeść.
Nie muszę. Bo cztery lata już sobie radzę.
Co robiłeś zanim tu przyszedłeś i zacząłeś go pilnować?
Zastanowiłem się.
Byłem w szpitalu psychiatrycznym.
Jak stamtąd wyszedłeś?
Jak stamtąd wyszedłem?
Zabiłem się.
Zabiłeś się?
Zabiłem się?
Nie pamiętam.
Nie pamiętasz?
Nie pamiętam?
Pamiętam.
Pamiętałem.
Chciałem się zabić. Moja żona i dzieci zginęli w zamachu. Byli dla mnie całym światem. Nie byliśmy chrześcijańską rodziną, ale kochaliśmy się. Z żoną bardzo kochaliśmy nasze dzieci. Były grzeczne. A my dbaliśmy żeby były zadowolone. Były malutkie. Małgosia miała 4 latka, a Jaś był 2 lata młodszy. Nie krzyczały, nie brudziły ubrań. Żona była zawsze uśmiechnięta. Była nas Czwórka przed tym, jak zginęli…
Jak zginęli?
Jak?
Wysadził się w powietrze…
Żona jechała z dziećmi do swojej siostry. To było w metrze. Miała czerwoną spódniczkę i biały żakiet.
Ja byłem w pracy.
Dowiedziałem się o 4-tej po południu.
4 miesiące później zabrali mnie na obserwację do szpitala.
Nie mogłem się pozbierać. Rodzina mi pomagała, ale to nie dawało efektów.
Lekarze…
Miewałem halucynacje, nie jadłem, nie spałem.
Nie modliłeś się?
Nie modliłem się?
Nie modliłem się…
Któryś z nas powiedział:
To był horror.
To był horror. Zgadzam się z którymś z nas.
Pokutę naznaczoną wypełniłeś.
Możesz odejść w spokoju.
Otworzyłem drzwi, a on zaraz za mną. Poszedł w stronę ołtarza, a ja spojrzałem w stronę przeciwną. Bowiem 3 kroki od szafy, z której wyszliśmy, stała ostatnia, czwarta, ławka. Za nią jednak było coś jeszcze. Były te drzwi.
Te, o których się nie myśli.
Te, na które się nie patrzy.
Te, o których nie warto mówić, wspominać, które nie są warte najmniejszej uwagi.
Potem odwróciłem się, zerkając raz jeszcze na ołtarz.
Ten ktoś właśnie z niego schodził, trzymał coś w ręku. Małe, okrągłe, bielsze od świec.
Stanął przede mną i podał mi do ust.
To nie były kamienie, nie był to pył, ani nie był to kurz, nie miało smaku… Przez to smakowało mi.
Smakowało.
Przytul się.
Nakazał.
A ja z oczami pełnymi łez, a ustami wypełnionymi smakiem, czegoś tajemniczego, objąłem go jak starego przyjaciela, którego skądś znałem, ale nie było to przecież możliwe.
Gdy puściłem go, stałem 2 kroki dalej od ostatniej, czwartej ławki, od strony ołtarza patrząc…
Drzwi były wielkie, tak jak i cały kościół był ogromny.
Klamka była miedziana, a kształt jej przypominał liść.
Złapałem go, wedle instrukcji, tak jak się drzwi winno otwierać. Pociągnąłem ku dołowi. Potem szarpnąłem w stronę siebie, zginając rękę. Pojawiła się szparka, a potem drzwi były już otwarte.
Tak to działa.
Czekali tam na mnie.
A ja poczułem, że od teraz wszystko się ułoży.

Zabił dzwon. 

Komentarze

  1. Zajebiste, ale cisza, która rozbrzmiała po wybiciu dzwonu, trwa już ponad miesiąc.. wierni fani czekają na nowe dzieła ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz