Czwórka 2
Kontynuacja...
Z racji tego, że masz do czynienia z opowiadaniem symbolicznym,
to napiszę na końcu interpretację, jednak muszę zaznaczyć,
że każdy może rozumieć to po swojemu,
niczego nie narzucam.
Dzwon wybił.
Wstałem, przemyłem twarz zimną wodą z wanny i otworzyłem
szafę. Już nie mogłem doczekać się kolejnego dnia w swojej ukochanej pracy. Aż
na samą myśl ogarniało mnie podniecenie. W szafie na stercie ubrań zauważyłem
sutannę. Nigdy nie wkładałem sutann, bo nie jestem księdzem. Więc nie wolno mi.
Zacząłem, więc przewracać ubrania szukając czystej bluzki, koszuli, garnituru…
Czegokolwiek.
Na darmo.
W końcu!
Dokopałem się.
O Boże.
Całe szczęście!
Na samym dole!
Robiąc niesamowity bałagan, spostrzegłem różową, obcisłą,
lateksową sukienkę. Po przyjrzeniu się uznałem ją za strój kąpielowy, bardzo
skąpy. Miał koronki i duży dekolt. Był bardzo obcisły. Bardzo.
Wpadłem w panikę.
Rzuciłem sutanną w głąb szafy, chowając ją pod warstwą
innych sutann by nie było jej widać. Tym samym umacniałem się w przekonaniu, że
nie zostało już żadnych innych ubrań, poza nimi.
Zacząłem płakać i ujadać jak pies.
Zdarłem z siebie koszulę i spodnie, potem bieliznę i
wszystko to rzuciłem za siebie. Wtedy chwyciłem, cały zapłakany i roztrzęsiony,
różowy, stój kąpielowy i z impetem zacząłem wciskać się w niego. Najgorzej było
przepchnąć uda. Początkowo odczuwałem dyskomfort z powodu częściowego
niedokrwienia nóg, ale szybko się przyzwyczaiłem. Ciągnął mnie też za włosy pod
pachami i na udach. Zapiąłem się i bardzo ściśnięty nachyliłem się nad wanną by
opłukać zapłakaną twarz. Przy tym ruchu poczułem jak różowy lateks wyrywa mi
część włosów łonowych.
Potem wszedłem do kościoła.
Zapaliłem świece przy oknie po lewej stronie od drzwi i
podszedłem naprzeciwko. Wciskając się pomiędzy ławki, drzazgi zaczęły ciągnąć
za kostium, który poważnie ścisnął mi jądra. Ból sprawił, że straciłem
równowagę, po czym przewróciłem się, uderzając głową w zakurzoną, brudną
podłogę. Musiałem jednak wstać, bo czas mnie naglił. Mnóstwo pyłu z podłogi,
pokryło różowy, błyszczący strój oraz osiadło na mojej bladej, spoconej od
wysiłku skórze. Podniosłem się i zapaliłem świeczkę, potem ostrożnie, powolutku
opuściłem ławkę i udałem się w stronę ołtarza by zapalić ostatnią z nich, tą
czwartą. Widziałem wtedy dokładnie, jak z kamieni sączy się woda. Zacząłem je
pocierać, moje dłonie były już tak spocone, że przyklejały się do ich
powierzchni, a w raz z dłońmi pył i kurz przyniesiony przeze mnie spomiędzy
ławek. Zaczęło z nich ciec coraz więcej wody. Chciałem je wytrzeć, ale nie
miałem koszulki. Tylko ten obcisły strój.
Nie mogłem iść nawet do pokoju po sutanny by nimi to
wytrzeć, bo nie mogę sobie z pracy wracać do domu i z powrotem, kiedy mam na to
ochotę (to trzecia zasada). Sytuacja była podbramkowa. Zacząłem płakać
cichutko, ale nie wypada się wycierać w kościele, więc pozwoliłem by moje łzy
wraz z wodą spomiędzy kamieni, kapały sobie na podłogę. Potem, zwlekając do
ostatniej chwili, wziąłem się za siebie i zacząłem wylizywać kamienie. Na całym
języku czułem chropowate, słone kawałki kamieni. Zimne i bardzo słone. Lizałem
i co raz z kawałkami kamieni, słonymi i zimnymi, czułem jak na język zbieram
kurz i łzy, które sam przyniosłem na ich twardą, ciemną powierzchnię. Wylizałem
w ten sposób duży kamień większy od mojej głowy, potem zabrałem się za drugi,
co raz zerkając w stronę ołtarza, czy wszystko gra.
Po wylizaniu trzeciego zimnego kamienia przestałem płakać,
bo skupiłem się na swojej pracy. Znów poczułem wielką dumę, z tego jak
odpowiedzialny jestem. Sumienny, pracowity, wytrwały i silny. Jestem prawdziwym
mężczyzną. W różowym, lateksowym, stroju kąpielowym z koronkami i dużym
dekoltem. Szalenie obcisłym, kiczowatym i zakurzonym. Trochę zabrudzonym pyłem
i kurzem, mokrym od potu, łez oraz zimnej, słonej i paskudnie lepiącej się wody
wypływającej spomiędzy kamieni, które jako mężny mąż musiałem dzielnie
wylizywać. Ale to czyni mnie silnym i męskim mężczyzną.
Ostatecznie z kamieni przestało ciec, a ja usiadłem nie
czując języka na pierwszej ławeczce. Czułem z kolei jak moje oczy piekły. Ręce
były prawie tak zmarznięte, jak język, ale dzięki temu nie pociły się tak jak
nogi.
Dzwon wybił.
Wstałem i poszedłem się wykąpać. To było straszne.
Odpiąłem suwaczek, po czym odkleiłem od spoconego, ciała strój,
wyrywając parę włosów z torsu i krocza.
Spojrzałem na siebie.
Byłem okropny.
Paskudny.
Strój po ściągnięciu, w pyle, kurzu, pocie, słonej lepiącej
się wodzie i włosach, wywrócony w połowie na lewą stronę, leżał na podłodze i
przypominał wyglądem skatowaną padlinę jakiegoś zwierzęcia. Nie był już taki
świecący i jaskrawy, zmatowiał i wyblakł.
A ja śmierdziałem.
Potem wykąpałem się, powoli dopuszczając do swojej
wiadomości to, że będę musiał się ubrać w sutannę.
Tak też zrobiłem.
Była równie paskudna.
Czarna jedwabna suknia, delikatnie otulała moje suche ciało.
Czułem się w niej miękko, lekko i swobodnie. Nie uwierała mnie, ani nie
uciskała.
To był jakiś koszmar.
Dzwon.
Wyszedłem do kościoła i zająłem swoje miejsce w pierwszej
ławce. Po mojej, prawej stronie świeciła się czwarta świeca.
Coś jakby zawał, nagle dopadło mnie.
Poczułem chłód od pleców idący. Ogień na świecy zawirował,
prochy na podłodze uniosły się w stronę ołtarza.
Bowiem metr za czwartą ławką były drzwi wejściowe do
kościoła.
Nie wspomniałem o nich, bo nie ma, o czym.
To zupełnie nieważne, nieistotne drzwi.
Przepraszam, to skomplikowane.
Wiatr, który pojawił się w kościele wziął się właśnie od
tamtych drzwi. One same się nie otworzą, co za tym idzie, ktoś musiał sam to
zrobić. Musiał ktoś złapać za miedzianą klamkę i opuścić ją, następnie
pociągnąć w swoją stronę, uchylić je, potem przekroczyć próg, po czym zamknąć
za sobą owe drzwi.
Taki jest, bowiem proces otwierania drzwi.
Ale tych drzwi nie ma potrzeby otwierać.
Nie ma, po co.
To bezcelowe.
Nieistotne drzwi.
Ciche kroki, które się nagle pojawiły, stawały się
wyraźniejsze.
Dochodziły zza moich pleców.
Zbliżały się do ławki.
Nie wiem…
Nie wiem, która była godzina.
Potem, ktoś za mną usiadł w ławce, chyba tej trzeciej, ale
nie chciałem się odwracać.
W końcu jednak trzeba było to zrobić, gdy dzwon wybił północ
i trzeba było zgasić świece, a ten ktoś wciąż siedział z tyłu.
Wstałem i spojrzałem na kogoś, kto patrzył z ławki na mnie.
Wyglądał całkiem znajomo, ale na pewno nie znałem tej osoby. Nikogo nie znam
oprócz siebie. A siebie znam dość dobrze.
Podszedłem do tej osoby i powiedziałem:
Niestety jest już późno i muszę gasić świece.
Ta osoba wciąż patrzyła wprost w moje oczy. Speszyłem się i
opuściłem wzrok.
Proszę pana, już gaszę światła, proszę wyjść.
Powtórzyłem.
Na to ten ktoś odrzekł:
Czemu mnie ksiądz wyrzuca?
A ja zacząłem płakać. To było strasznie upokarzające. Trzeba
było wtedy obedrzeć się z godności. Niczym ze skóry. Czułem się jakby mnie
uderzył. Jakby złapał mnie na kłamstwie, na kradzieży, na biciu dziecka, na
katowaniu psa… Zgwałcił mnie psychicznie tym. To było tak grzeczne, a ja… Ja
byłem niegrzeczny. Ja oszukałem go i jeszcze chciałem go wyrzucić, gdy był
niewinny i nic przecież nie zrobił. Czym sobie zasłużył, żebym go tak
potraktował? Czułem się jak najgorszy łajdak… Jak skończony skurwysyn. Nie
zrozumiesz mnie. Niczego nie zrozumiesz…
Zakryłem twarz dłońmi i wymamrotałem.
Ale ja nie jestem księdzem, przepraszam, że wprowadziłem
pana w błąd, ale ja nie jestem księdzem. Ja nie mam już ubrań i dlatego to
włożyłem. Niech pan na mnie nie krzyczy. Ja nie spodziewałem się, że ktoś tu przyjdzie.
Bo od czterech lat nie było tu nikogo.
A kto był wcześniej?
Nie wiem… Chyba też nikt.
Czy mogę zostać na noc? Jest późno, a ja boję się chodzić o
tej porze.
Nie powinien tu zostawać, ale nie chciałem, żeby krzyczał. W
kościele nie wolno krzyczeć. I to ostatnia z czterech zasad, których trzeba
przestrzegać. On się bał i był niewinny, to ja ponosiłem tu winę…
Tak, ja dam panu moje łóżko, ale niech pan będzie grzeczny.
Dobrze proszę księdza.
Znów zacząłem płakać.
Zasłoniłem się rękoma. Jeszcze raz powtórzyłem, że
przepraszam z całego serca, ale nie jestem księdzem. Potem zgasiłem wszystkie
świeczki oprócz tej czwartej, która powinna jako pierwsza zostać zgaszona.
Zaprowadziłem pana do pokoju, gdzie pokazałem mu łóżko.
Czemu nie ma pan innych ubrań?
Bo wszystkie były brudne.
A co pan robi z brudnymi ubraniami?
Wyrzucam przez okno.
Co jest za oknem?
Nie wiem. Nie wyglądam przez nie. Wyrzucam tam tylko
ubrania.
Rozumiem.
Pan wybaczy, ale muszę pana tu zamknąć na noc, gdyż boję się
o kościół. Dbam o niego.
Rozumiem.
Proszę położyć się na łóżku i być cichutko, bo jesteśmy w
kościele.
Rozumiem.
Zamknąłem drzwi.
Położyłem się pod kamieniami, jak zwierzątko zwinąłem się w
kłębek i obserwowałem drzwi. Potem usnąłem.
:3 nie mogę się doczekać następnej części :)
OdpowiedzUsuń