Czwórka 1

Opowiadanie, które może lekko zszokować. 
Oto jego pierwszy z czterech rozdziałów.
Tytuł brzmi "Czwórka".
Nie zniechęć się pierwszymi rozdziałami, z pewnością nieźle cie zaskoczy, 
gdy przeczytasz całość.



Dzwon o 6-stej zbudził mnie, jak co dzień.
Wstałem z łóżka. Oblałem twarz zimną wodą z wanny stojącej po lewej stronie i ubrałem byle, które z czarnych ubrań leżących na stercie w szafie, stojącej po prawej stronie łóżka. Pokój ten miał jedno okno, brudne do tego stopnia, że nie widać było nic po jego drugiej stronie. Wpuszczało do pokoju jedynie lekko świetlistą poświatę światła z zewnątrz. Był ów pokój o wymiarach 2m na 2,5m.
Naprzeciwko drzwi stała wanna, której długość była 2 metry, więc całą, tamtą ścianę zajmowała ona.
Obok stało łóżko 1,5m, a gdy się na nim leżało to nogi zwisały nad wanną.
Gdy z jednego końca łóżka była wanna, to z drugiego była szafa.
Szafa była dębowa, a w dodatku metrowa i stała przy ścianie, w której były też i drzwi do pokoju. Otwierały się jednak jedne z dwóch drzwiczek tej szafy, bo łóżko całą, drugą stronę zastawiało.
W szafie było bardzo wiele ubrań. Sukni, spodni, koszul, sutann, kapeluszy, garniturów i krawatów. Tworzyły pokaźną stertę łachmanów, gdy tylko zaglądało się do szafy przez jedyne z dostępnych drzwiczek.
Na ścianie naprzeciwko łóżka (tej, która z jednej strony miała wannę, a z drugiej strony drzwi i szafę) nie było niczego oprócz wcześniej już wspomnianego okna z brązowo-czarnymi zaciekami z zaschniętej mieszaniny błota i kurzu.
Otworzyłem drzwi do pokoju i wszedłem do kościoła.
Zaskrzypiały. W rękach czułem drganie całych drzwi przez to, jak zawiasy (nienaoliwione) stawiały opór ciągłemu otwieraniu i zamykaniu tych przeklętych drzwi.
Kościół miał wymiary 7m na 4m nie licząc ołtarza, którego wymiary były 3m na metr (tyle ile i szafa miała). Od razu po wyjściu z pokoju ukazywała się 3-metrowej długości ławeczka, jedna z czterech stojących jedna za drugą po lewej stronie kościoła (patrząc od jego końca). Kościół rozciągał się na lewo (patrząc od strony drzwi z pokoju), na prawo zaś był ołtarzyk.
Szedłem jak zawsze na lewo (od strony drzwi od pokoju, rzecz jasna). Bo tam miałem ważną pracę do wykonania. Pracę wymagającą wielkiego poświęcenia, odpowiedzialności, wytrwałości, pracowitości, wstrzemięźliwości, siły, męstwa, wiary, godności, honoru i sumienności wielkiej oczywiście. Musiałem zapalić przy tej ścianie dwie z czterech, znajdujących się w kościele, świec.
Znajdywały się po obu stronach okna, równie brudnego jak pozostałe 3 (jedno w pokoju, o którym już zdążyłem wspomnieć wcześniej). Wszystkie z brązowymi obrzydliwymi zaciekami, takimi, których krople ociekającego brudu dawno wyschły na ich szybach, brudnych od zacieków, które z kolei pozasychały jeszcze przed tymi zaciekami, o których teraz była mowa. Wszystkie te pokolenia paskudnie brązowo-czarnych zacieków utworzyły obrzydliwe mozaiki na wszystkich czterech oknach w kościele (licząc też to jedno będące w pokoju).
Na podłodze ślady były po wosku, który kapał sobie, co jakiś czas i zasychał. Zasychał jednak mniej obrzydliwie niż zacieki na oknach.
Te paskudne.
Brązowo-czarne.
Zacieki.
Ściany były marmurowe, wszystkie oprócz jednego miejsca, o którym zaraz opowiem, bo to ważne i trzeba poświęcić mu oddzielny akapit.  Podłoga też była marmurowa, tak jak i ściany. Po zapaleniu zapalonymi zapałkami zimnych, szarych, zakurzonych, wielkich świec, po obu stronach jednego z czterech okien w kościele, (chociaż jedno z nich było w pokoju) trzeba było przejść metr do trzymetrowych (w długości, rzecz jasna) ławeczek, bo tam przy ścianie, między drugą i trzecią ławeczką palić się miała jeszcze jedna (trzecia) biała, kapiąca szarym woskiem świeczka.
Miała ona ciekawe położenie, bardzo strategiczne, gdyż mieściła się między dwoma (ostatnimi, o których mam zaszczyt już wspominać) pozaciekanymi brudem oknami. Wszedłem w ławkę (była dość ciasna) i po trzech kroczkach byłem już przy świeczce i mogłem ją zapalić.
Odpowiedzialnie.
Nikt inny nie dałby rady, nikt nie byłby na tyle kompetentny do tego, jak tylko ja i moja nieskromna z tego powodu osoba.
Wysunąłem z ławeczki swoje nogi często zawadzające o drewniane drzazgi odstające z siedzeń ławeczek. Było już całkiem widno dzięki blaskowi bijącemu z trzech (z czterech obecnych tam) świec. Podszedłem dwa kroki do ołtarza, bo tam, tuż obok drzwi do pokoju była ostatnia. Ale czemu jej nie zapaliłem na początku?
Dlatego, bo tak jest znacznie lepiej.
Potem podszedłem do owego miejsca, które opisać muszę nieco dłużej. Otóż przed pierwszą ławką w „rogu”, między nią i ołtarzem, nie było rogu i nie było marmuru. Tam były, bowiem kamienie.
Od dołu do góry cały róg, (którego nie było) był usypany z wielkich, czarnych kamieni. Spomiędzy nich wypływała na podłogę woda. Raz były to kropelki, raz były to strumienie owej paskudnej, słonej wody, które zalewały kościelną, marmurową podłogę. Tajemnicze to było, powiem wam. Podszedłem do nich, bo trzeba te kamienie odwiedzać i sprawdzać czy nie przeciekają zbyt mocno, by nie zalały całkiem wszystkiego. Odpowiedzialne to prawie tak jak zapalanie świec, ale trochę mniej. Dlaczego? Bo ławki trzymetrowe (w długości), dębowe (tak jak szafa w pokoju) i z odstającymi drzazgami były już stare i gdy moczyły się wodą za bardzo to próchniały. Przez to w kościele unosił się duszny odór rozkładającego się, próchniejącego, starego, dębowego drzewa. Dlatego nie mogło być na podłodze zbyt dużo tej słonej wody by nie niszczyła ona ławek i by nie wydobywał się z nich ten duszny smród.
Odwiedzając kamienie trzeba wytrzeć koszulką ich mokrą powierzchnię i trochę z nimi porozmawiać. Lubią chyba też jak się je całuje, a czasem liże, ale ja osobiście nie przepadam za tym. Całowanie jak najbardziej, ale lizanie ich chropowatej, zimnej, śliskiej, mokrej i nieraz lepkiej powietrzni nie należy do przyjemnych.  Jednak nikt za mnie nie mógłby tego zrobić, bo ani ty, ani wy, nie jesteście na tyle odpowiedzialnymi osobami do tak ważnego zadania.
Kamienie ewidentnie lubią to, bo wystarczy je trochę powylizywać i przestaje spomiędzy nich ciec.
Po ich lewej stronie jest marmurowa ściana, pierwsza z czterech ławek stojących w rzędzie oraz okno (jedno z dwóch otaczających trzecią świeczkę). Zaś po prawej stronie od kamieni, znajduje się ołtarz.
Na ołtarz się nie wchodzi. To pierwsza zasada.
Tam stoi mały stoliczek i coś na nim leży, ale na ołtarz się nie wchodzi. W końcu wiadomo, że tam odprawia się msze, ale ja nie jestem księdzem i mi nie wolno tam wchodzić. Niestety w tym kościele nie ma księdza. Na ołtarz, zatem się nie wchodzi i basta.
Usiadłem w pierwszej ławce i patrzyłem, jak co dzień na stoliczek na ołtarzu.
Oczywiście nie modliłem się, bo modlić się można w kościele tylko wtedy, kiedy jest msza. To z kolei zasada numer 2.
Mszę może poprowadzić tylko ksiądz.
Nie ma księdza.
Więc nie ma mszy.
Więc nie wolno się modlić.
Jak to dobrze, że mam swoje zasady.
Bez tych zakazów stałbym się bezbożnikiem bez zasad i wartości.
Ale mam zasady.
4.
To wspaniale.
Minęło może jakieś parę minutek i dzwon wybił godzinę 12-stą. Dzwon, bowiem dzwonił 4 razy w ciągu doby i oznajmiał mi, że nadeszła na coś pora.
O 6-stej dzwonił abym wstał, zapalił świece i zajął się kamieniami w rogu, a potem pilnował ołtarza.
Teraz mogłem odpocząć.
Wyszedłem, więc do pokoju i zmieniłem bluzkę na inną, uprzednio myjąc się w wannie, bo po ciężkiej robocie byłem już trochę spocony. Zmieniając ową bluzkę, dzwon zadzwonił, bo już 18-sta była.
Wróciłem do kościoła, ucałowałem kamienie by nie przeciekały. Były słone i zimne, na ustach zostawał mi szorstki, twardawy osad, który zlizywałem językiem, bo nie chciałem wycierać się. To byłoby niekulturalne i nie wypadało tak, w końcu byłem w kościele.
Potem usiadłem na swoim miejscu w pierwszej ławce, tej najbardziej skrzypiącej, (bo i najbardziej spróchniałej) i pilnowałem ołtarza, żeby nikt tam nie wszedł. Nikogo, co prawda, od kiedy sięgam pamięcią nie było tutaj. A spędziłem tam już jakieś 4 lata, chociaż nie liczyłem tego, bo, po co? Straciłem rachubę, ile to wszystko trwa, ale byłem zadowolony, że sprawy mają się stabilnie i nic się nie chrzani ani nie psuje w tej, mojej pracy. Jednak, jeżeli (nie daj Boże) ktoś by przyszedł to trzeba pilnować ołtarza, by tam nie wszedł, trzeba też pilnować by świece były zapalone, bo można się zgubić. Kościół, bowiem jest duży jak już wspominałem, nie licząc ołtarza jego powierzchnia to całe 24 metry kwadratowe. Wraz z ołtarzem o wymiarach 3m na metr mamy 27 metrów kwadratowych, a dodając pokój (2m na 2,5m, jeśli pamiętasz) to już całe 32 metry kwadratowe.
Zapalone świece świadczą też o tym, że kościół jest gotowy i jest otwarty, bo jakby ktoś przyszedł (oby jednak nie) to głupio by było, gdyby pomyślał, że kościół jest zaniedbany, albo, co gorsza, że nie ma tu nikogo. A przecież jestem. Ja jestem. Bardzo odpowiedzialny, zapracowany i sumiennie wykonujący swoje obowiązki. Dbam o kościół i wykonuje wszystkie zadania, które tylko jestem w stanie wykonać.

Popilnowałem ołtarza aż do północy. Wtedy dzwon zadzwonił ostatni raz i trzeba było pożegnać kamienie, pogasić świece i ułożyć się spać, by rano wstać pełnym sił na kolejne przygody.

Komentarze

Prześlij komentarz