Wejście

Wdowa.
Z bogatej rodziny.
Metr sześćdziesiąt trzy wzrostu. Szczupła, siwiutka, z noskiem zadartym wyżej niż innej, przeciętnej pani z jej wzrostem by się to udało.
67 lat minęło jak jeden dzień.
Dzisiaj dwie, jej córki podjęły decyzje, że leczenie kolana matki nie może być dłużej zaniedbywane, tak jak to miało miejsce w poznańskiej klinice, gdzie na dobra sprawę, Irena, nie otrzymała żadnej sensownej pomocy.
Po poradzeniu się paru koleżanek (jako najtrafniejszych źródeł informacji w dziedzinie medycyny), 37-letnie panienki napisały wniosek o przyjęcie matki do szpitala św Heleny. Owa placówka cieszyła się praktycznie nieskalaną opinią w oczach ludu polskiego miast i wsi, który tylko miał zaszczyt się tam leczyć. To za sprawą kontraktu ze szwedzką służbą zdrowia, która jak wiadomo jest najlepsza w całej Europie.
Irena w swoim godziwie długim życiu, dzięki pieniądzom ojca, za młodu i za czasów PRL-u podróżowała,  podróżowała wiele, oj bardzo wiele. Kraje skandynawskie, ich czyste ulice i ogólna "ładność" szczególnie ją urzekły, co było powodem najczęstszych wycieczek, a nawet i zamieszkania w tamtych rejonach przed 30-stoma laty.
Przejdźmy jednak do sedna.
Najnowsze metody leczenia i profesjonalizm powodowały, że nawet "najcięższe przypadki" spędzały w szpitalu św Heleny maksymalnie miesiąc. Po przekazaniu dokumentów z poprzedniej kliniki, nowy lekarz dyżurny Ireny, doktor Hetno, skwitował śmiechem pytanie panny Barbary, o to czy doprowadzi on kolano jej matki do stanu względnej używalności. "Panno Tarińska, za odpowiednią cenę możemy pańskiej matce nawet te kolano wymienić, chociaż nie sądzę by było to konieczne." Elokwentny i szarmancki. Mógłby być jej mężem gdyby tylko chciała, ale nie chciała, bo po co? Ma przecież matkę, siostrę, 3 koty i wielką willę pod Poznaniem.
Ostatecznie czas leczenia Ireny został oszacowany na okres 9-ciu dni. Cena... nie grała roli, chodziło by ulżyć mateczce w katorgach.
Niemalże nad samym brzegiem Bałtyku, z daleka od miast, a nawet miasteczek i wsi, wznosił się przepiękny klif, a na nim malowniczy zamek o rozmiarach na tyle pokaźnych, że widząca go wtedy, po raz pierwszy Irena, aż otworzyła ze zdumienia oczy nieco szerzej. Poprawiła okulary i zapięła futro, gdy przed autem ukazała się wielka, czarna brama. Monika otworzyła szybkę i przemówiła do urządzenia stojącego obok. Brama się roztwarła i panie wjechały na teren należący już do kliniki. Z początku duże pole, drzewa, ławeczki, a potem podzamcze i sam zamek ukazał się od frontu, ich oczom. Wjechały przez wrota na teren wewnątrz zamku gdzie na zielonych, ławeczkach tu i ówdzie siedziały starsze panie i panowie.
- To dom starców? - Zapytała kpiąco Irena.
- Nie, mamuniu. Może młodsi pacjenci mają jakieś miejsca w innych częściach kliniki. - Zagdybała Monika.
Barbara rozglądała się w milczeniu. Zaparkowały i do ich samochodu podbiegła pielęgniarka.
- Panie Tarińskie? - zapytała grzecznie, gdy otworzyły drzwi i kobiety zaczęły powoli opuszczać czerwone BMW.
- Tak, siostro.
- Fantastycznie! Witamy w szpitalu świętej Heleny. - Powiedziała entuzjastycznie, po czym zwróciła się do Ireny- Mam nadzieje, że czas spędzony w naszej placówce minie pani z przyjemnością.
- Oby nie trwało to zbyt długo...- Mruknęła Irena.
- Ja jestem siostra Renata Grewocka i oprowadzę panie po szpitalu, a następnie zaprowadzę do lekarza dyżurnego, który przekaże klucze do pani pokoju.
Pare staruszek przyglądało się nowo przybyłym, ale w szczególności Irenie z jej wysoko podniesioną głową i nadmiernie wyprostowaną postawą. Z okna na 4-tym piętrze całą sytuacje oglądały przenikliwe, szare oczy. Patrzyły nie tylko na to co się dzieje teraz na podwórzu, ale i na przyszłość, całkiem niedaleką przyszłość. Poniżej przenikliwych oczu, zaciśnięte usta sączyły w zamyśleniu herbatę, gorzką niczym nadchodząca, całkiem niedaleka przyszłość...

Komentarze